Pierwsza nauka pobrana od Pani Profesor Aliny Witkowskiej, kiedy zaczynaliśmy studia doktoranckie w Instytucie Badań Literackich PAN, była taka, że każde zdanie, czy to adresowane do profesorskiego audytorium, czy to do sprzedawczyni w sklepie albo do taksówkarza za kierownicą, musi być zapięte na ostatni guzik – bezbłędnie sformułowane i ekspresyjnie wymówione.
Trzeba było znać głos Profesor, by w pełni zrozumieć jej książki. Najbardziej uderzał mnie jej sposób mówienia. Wrażenie robiła nie tylko niezwykła wyrazistość wymowy i wypowiadanie każdej sylaby tak, jakby była zaklęciem, lecz przede wszystkim żarliwość.
Odnosiło się wrażenie, że w jej ustach słowa, nawet te najbardziej codzienne czy zużyte, dostają wigoru, budzą się do prawdziwego istnienia, dostają w prezencie po parę wykrzykników. Czy to z tego powodu umiała tak świetnie pisać o „tonie” towiańczyków? Być może. Na pewno rozumiała, czym jest brzmienie i była na nie ogromnie wyczulona.
Wszystko, o czym mówiła, nie tylko wielkie idee i literatura, stawało się ważne. Ogromnie lubiłem rozmawiać z nią o rzeczach codziennych. W pewnym okresie sporo jeździliśmy samochodem, woziłem ją do instytutu i do sanatorium. Czułem, że cały świat wokół nas dostaje zastrzyk energii, zaczyna istnieć wyraziście. Każda, najbardziej banalna rzecz mogła doczekać się gorącego komentarza. Miałem wrażenie, że podczas tych podróży dobijamy się do życia, wbiegamy w nie jak dzieci na podwórko. Gdy szliśmy do restauracji na obiad, cieszył (lub irytował) ją każdy szczegół, każdy smak. Umiała unosić się nad nim, jakby każdy z nich wyrażał cały sens tego świata. Dlatego właśnie umiała być zarazem historykiem literatury i pisarką. Przebywanie z nią pomagało odkrywać ten sens, tego także uczyliśmy się od niej: zwracania uwagi na konkret. Dostrzegaliśmy w tym…