Subskrybuj

Opowieść o duszy, która poruszyła ciałem

Kiedy ciału czegoś brakuje, jest traktowane jak niepełnowartościowe. Dlatego niepełnosprawne ciało jest jakby mniej warte niż pełnosprawne. Głowa Rafała Urbackiego, tancerza i choreografa, który spędził na wózku inwalidzkim dziesięć lat, nie akceptuje takiego stanu rzeczy. Natomiast pełna współpraca umysłu z ciałem sprawiła, że młody tancerz wstał z wózka i chodzi.

Rafał Urbacki, mover, performer, humanista Student III-go roku reżyserii dramatu w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. L. Solskiego w Krakowie, choreograf współpracujący z duetem artystycznym Strzępka – Demirski. Tancerz. Przedstawia swoje solo Mt9,7 w Instytucie Teatralnym im. Z. Raszewskiego w Warszawie. Jest autobiograficzne.

Zaczyna, siedząc na wózku inwalidzkim. A potem wstaje. A więc chodzi? Dlaczego w takim razie siedział na wózku? Po co korzysta z takiego rekwizytu? Po chwili wiadomo.

Urbacki mówi: „Gdy miałem czternaście lat, usiadłem na wózku. Gdy po dziesięciu latach z niego wstałem, znajomi przestali mnie poznawać na ulicy albo myśleli, że to jest cud.(…) Dzisiaj stoję przed wami, nie mając czucia w nogach od połowy ud do czubków palców. Ale to nie jest cud. To jest po prostu ciężka praca.”

– Na czym polega praca, która pozwala niepełnosprawnemu człowiekowi wstać z wózka i nie mówić o cudzie?

Rafał Urbacki: Na długich ćwiczeniach i dużej świadomości ciała. Na wiedzy o tym, jak ciało funkcjonuje.

– A więc na sprzężeniu ciała z umysłem?

– Mniej więcej. Mam zanik mięśni, a chodzę, wykorzystując kości i ścięgna. Wiem, jak się poruszać, jak przenosić ciężar ciała, by stabilizować nogi i iść. Od półtora roku siadam na wózku tylko wtedy, kiedy wymaga tego moja praca, na przykład podczas mojego solo.

– A więc nie mówimy o cudzie, bo nie nastąpiło uzdrowienie. Po dziesięciu latach spędzonych na wózku inwalidzkim zaczął pan chodzić mimo trwającej nadal choroby, a nie dlatego, że ona się skończyła?

– Tak. Moja niepełnosprawność, a nie choroba, jest związana z zaburzeniami wydzielania enzymów. Mięśnie są gorzej odżywione, albo wcale i dlatego zanikają. Oprócz tego mam jeszcze neuropatię, czyli zaburzenia czucia głębokiego w nogach. Te wady genetyczne ujawniały się z czasem.

Od dzieciństwa było ze mną coś nie tak. Mało się ruszałem, nie lubiłem sportu, nie lubiłem biegać. Mama wysłała mnie więc chociaż na jogę. To była najciekawsza dla mnie forma ruchu.

Kiedy miałem dziewięć lat, zaczęły się poważne problemy. Chodziłem z dużym trudem. Z początku lekarze nie podejrzewali choroby mięśni, bo było to wtedy schorzenie mało znane. Zaczęto mnie leczyć ze zwapnienia kości. Założono mi gips. A ponieważ nie pomógł, założyli znowu. Byłem w gipsie sześć razy. To najgorsze, co można było zrobić. Mnie zanikały mięśnie, a unieruchomienie przyspieszało ten proces. Diagnoza, że to defekt genetyczny mięśni, a nie schorzenie kości, padła dopiero po trzech latach.

Miałem bolesne zapalenia mięśni i ścięgien. Do tego cztery razy dziennie przyjmowałem insulinę, z powodu zaburzeń w jej wydzielaniu. Od tego zrobiłem się ogromny. Ważyłem 120 kilogramów. A ten ciężar musiałem utrzymać coraz słabszymi mięśniami. I tak właśnie w wieku czternastu lat usiadłem na wózku. Po prostu nie mogłem już chodzić. Efekt był taki, że moja niepełnosprawność stawała się coraz większa. Mięśnie słabły przecież nie tylko w nogach. Miałem problemy z podnoszeniem rąk, zaburzenia oddychania. Był nawet pomysł, by podłączyć mnie do respiratora. Uchroniła mnie przed tym rehabilitacja, podczas której zacząłem ćwiczyć. Codziennie, po kilka godzin.

Wzmocniłem się. Na trzecim roku studiów pojechałem na warsztaty tańca integracyjnego w Śląskim Teatrze Tańca. Miałem już wzmocnione ręce. Podczas jednych z zajęć spróbowałem zejść z wózka, na podłogę, nie na nogi. Coraz częściej tańczyłem więc na podłodze. Przełom nastąpił, gdy przeprowadziłem się z Gliwic do Krakowa i poznałem Iwonę Olszowską, która prowadziła zajęcia ze świadomości ciała i contact – improvisation. Bardzo się w to wciągnąłem. To jest technika taneczna powstała w latach sześćdziesiątych w Ameryce. Opiera się na fizycznym działaniu ciała, na sile grawitacji, żeby nie używać mięśni, ale pracować z własnym ciężarem, na kościach. Stałym elementem tej techniki są tzw. jamy, tak jak w jazzie. Ktoś sobie jazzuje na saksofonie, ktoś ma pianino, ktoś się włącza. Ta sama formuła tylko przeniesiona na formę tańca. Podczas jednego z takich jamów, kiedy dość intensywnie trenowałem na podłodze, zrobiłem rolle przez głowę, zaskoczyły mi przeprosty w kolanach, no i stanąłem. A potem się przewróciłem. Ale – stałem!

Zacząłem eksplorować tę technikę. Jeździłem na różnego typu warsztaty z nauczycielami contact improvisation i Body Mind Centering. Dużo na ten temat czytałem. I zacząłem pracować nad własnym sposobem poruszania się. Najpierw na podłodze, potem w pozycji wertykalnej. Chodziłem po mieszkaniu wykorzystując swoje rozciągnięcie, przez jakieś przejścia przez ręce, bo nie umiałem jeszcze na nogach. W końcu i to sobie wypracowałem.

Zimą ubiegłego roku nastąpił kolejny przełom. Nie byłem w stanie dojechać do budynku mojej uczelni – PWST, ponieważ ulice były zaśnieżone. I wtedy stwierdziłem, że spróbuję pójść o kulach. No i poszedłem.

 

ŚWIADOMOŚĆ CIAŁA

Podczas swojego solo Rafał Urbacki pokazuje slajdy z dzieciństwa i czasu, kiedy był nastolatkiem. Na dużym ekranie widać otyłego chłopaka na wózku. W kościele, na spacerze, na dyskotece tańczącego z dziewczynami, ale zawsze w pozycji siedzącej. Poniżej, w snopie światła, obecny Rafał Urbacki. Tańczy na nogach. Wykorzystuje sprężystość i rozciąganie swojego ciała, robi na podłodze szpagaty, błyskawicznie wstaje i robi robi piruety. Całkowicie panuje nad swoim ciałem.

– Żeby chodzić, musiał pan poznać swoje ciało umysłem.

– Poznać i poczuć. Co więcej, ja je poznaję każdego dnia na nowo. Bo ono się codziennie zmienia. Każdy z nas ma codziennie nowe ciało. Coś się zużywa, coś się odnawia. Dlatego codziennie rano robię research samego siebie. Muszę sprawdzić, jak działa moje ciało. Inaczej nie wstanę, albo mogę sobie zrobić krzywdę. Rozciągam się więc jak kot. Skupiam się nad tym i rejestruję, co trzeba rozciągnąć, rozluźnić. I wtedy włącza się umysł: dziś do chodzenia trzeba zastosować taką a nie inną technikę.

Ciało zmienia się też w ciągu dnia, dlatego rano słabo mi się chodzi, ale wieczorem już lepiej. Ciało podlega ciągłemu procesowi, który intensywnie wpływa na moją jakość życia. A ja ten proces uważnie obserwuję i analizuję. Jeżeli więc źle spałem, to wiem, że trochę gorzej będzie mi działać ramię i dlatego dziś będę chodził bardziej od kręgosłupa i miednicy, a wieczorem prawdopodobnie będzie mnie boleć kręgosłup. Jeżeli mam jakiś drobny uraz, naderwałem sobie coś w szyi, to wiem, że będę bardziej przenosił ciężar ciała po przekątnej i prawdopodobnie będzie mnie boleć prawe biodro. Mam skoliozę, która prawdopodobnie pogłębia się przez pionową pozycję, więc więcej rzeczy lewą stronę, przez to miałem problem z kolanem i zapalenie torebki stawowej. Wszystko jest ze sobą sprzężone.

Bardzo lubię chodzić do klubów. Często zamiast na jogę idę do klubu potańczyć, tylko po to, żeby spróbować innych jakości ruchowych. Tylko że ruch improwizowany nic nie daje. Jeżeli go nie poddasz pewnemu opisowi, racjonalizacji, werbalizacji, nie uporządkujesz go jakoś, to jest tylko fajnie.

Dlatego kiedy pracuję z tancerzami, nie zgadzam się, by bezrefleksyjnie wypuścić ciało. Kiedy improwizują, domagam się, żeby opisali mi potem, co wydarzyło się z nimi, co pamiętają.

Udowodniony jest wpływ głowy na ciało, ale i wpływ ciała na głowę. Podczas rehabilitacji u osób upośledzonych wzmacnia się ciało, poprawiają się też zdolności percepcyjne. To sprzężony system. Można sobie zorganizować ruch, przewidzieć go. Zrobić coś i poddać to analizie. Kiedy uświadamiam sobie jakiś problem w moim ciele, próbuję to nazwać, zracjonalizować, zobaczyć. Wtedy wzbogacam się ruchowo.

Na pracy z obrazami wewnętrznymi polega też technika, która pomaga mi chodzić. To Body Mind Centering. Bardzo prosto mówiąc polega na tym, że wywołuję sobie w głowie pewien obraz dotyczący anatomii ciała i kiedy zaczyna działać wyobraźnia, ciało reaguje. Nie czuję swoich nóg, swoich kości, ale wyobrażam sobie mój staw biodrowy, miednicę, torebki stawowe, ścięgna, wyobrażam sobie, jak ruszyć palcem poprzez miednicę. Dzięki takiej rekonstrukcji mogę się ruszać.

Podczas rehabilitacji osób, które doznały urazu w wyniku skoku na główkę próbuje się zrekonstruować ich ruch, czyli wrócić do tego, jak ta osoba ruszała się wcześniej. Jednak osoba niepełnosprawna musi „wymyślić” swój nowy ruch. Wymyślić, czyli przyjrzeć się temu, co ma, i to wykorzystać.

Sprzężenie umysłu i ciała zależy też od tego, jaki jest ten umysł. Na przykład ja, kiedy uczę się czegoś na pamięć, utrwalam to jakimś ruchem, który wtedy wykonuję. Myślę o przestrzeni, o tym, że chcę gdzieś dojść, i ręką odtwarzam kierunki, w których będę szedł.

Na scenie często wykorzystuję swoje „ułomności”. Doprowadzam celowo do tego, że kolano mi się ugina, bo nie stabilizuję stopy w stawie skokowym. A to jest kolejny krok – przestaję myśleć, czy to wygląda atrakcyjnie, czyli przechodzę przez kolejny proces związany z postrzeganiem siebie w kategoriach estetycznych. Współpracuję z Akademią Muzyczną w Krakowie i gdy uczę studentów muzykoterapii o etapach usamodzielniania się niepełnosprawnych pod względem motoryki, mówię, że kiedy niepełnosprawny schodzi z wózka, to jakby wychodzi z muszli. Nie jest już uzbrojony w wózek, który daje mu pewną swobodę, tempo, płynność ruchu. Zachowuje się trochę jak ślimak bez muszli. Porusza się w sposób, który jest wartościowany ujemnie,. To jest pokraczne, nieharmonijne, brzydkie. I teraz chodzi o to, by odrzucić to wartościowanie i wykorzystać potencjał, który się ma. Jeśli go wykorzystam, mogę zacząć coś robić dalej. Ludzie sprawni też mają różny poziom akceptacji swojego ciała i ruchu. Wiele osób na przykład nie lubi tańczyć, bo obawia się np. śmieszności.

 

ODRZUCENIE I BUNTSolo Urbackiego. Gaśnie ostatni slajd, zapala się światło. Urbacki chodzi z mikrofonem. „Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem. Pomimo że mam pierwszą grupę inwalidzką i jestem niezdolny do samodzielnej egzystencji [śmieje się]. Jestem osobą niepełnosprawną, więc cierpię. A moje cierpienie jest po to, abyście mogli się ubogacić. Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem, pomimo że jestem gejem. (…) Bóg mnie kocha. Problem w tym, że Kościół mnie nie kocha”. – Kościół rzeczywiście pana nie kocha, czy też jest tu tylko symbolem świata, który pana nie kocha? – Akurat w solo mówię o Kościele. O pewnej strukturze instytucjonalno-prawnej, o systemie i o ludziach, którzy współtworzą ten system i go realizują. Chodzi właśnie na przykład o wypowiedzi księży na temat seksu z osobami niepełnosprawnymi. Bo te wypowiedzi są prawdziwe, nie wymyśliłem ich. Jednak moja cielesność, osoby niepełnosprawnej, homoseksualnej, rzeczywiście nie mieści się nie tylko w Kościele. Kiedy byłem zdarzyło się, że nie wychodziłem przez siedem miesięcy z domu. Nie chodziłem do szkoły, miałem indywidualny program nauczania, siedząc w swoim pokoju, zdawałem sprawdziany. I tak spędziłem dwie pierwsze klasy liceum. Teatrem zainteresowałem się w 2001 roku. Moje pierwsze doświadczenie to operetka w Gliwicach. Dziś trochę wstyd, ale zachwyciłem się. Zacząłem systematycznie chodzić na spektakle teatralne. Potem zacząłem jeździć do ośrodków rehabilitacyjnych. I pewnego razu do takiego ośrodka miał przyjechać biskup diecezji gliwickiej. Mieliśmy zrobić dla niego spektakl….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ciało, duch, rynek