Po ukończeniu seminarium ksiądz Twardowski spędzał wakacje w Katowicach, gdzie otrzymał pismo z Kurii Metropolitalnej, że został mianowany prefektem parafii Żbików dekanatu Pruszkowskiego.
„Zechce przeto WJKS Wikarjusz Prefekt udać się do parafii Żbików i objąć obowiązki wskazane mu przez proboszcza. Jednocześnie Kuria Metropolitalna zaznacza, że opłaty pobrane za lekcje winny być dołączone do iura stolae”.
Walizka i tobołek
Dziwne to było miejsce. Z ogromną świątynią, przysadzistą jak kwoka, która zagarnęła pod skrzydła pisklęta – wiejskie, drewnianie chałupki kryte strzechą, z glinianymi garnkami zatkniętymi na żerdziach płotów. A wokół pola i łąki. I cztery kilometry do najbliższego przystanku autobusowego, krzywą, brukowaną drogą.
Kościół wielkością swoją pasował raczej do miasta niż wsi i był pamiątką po dobrych czasach Żbikowa, które skończyły się wraz z pierwszą wojną światową.
Ale wcześniej wieś była zamożna, parafię erygowano tu już w XIII wieku, poprzedni kościół słynął z bogatego wyposażenia w kielichy, ornaty i komże ministrantów.
Do Żbikowa na wakacje przyjeżdżała inteligencja. Żbików zadzierał nosa przed proletariackim Pruszkowem, którego potem stał się ubogą dzielnicą.
Jeszcze z walizką w jednym ręku i tobołkiem w drugim, prosto z drogi, wikariusz Twardowski poszedł za swoim pierwszym proboszczem Franciszkiem Dyżewskim do kościoła, przed główny ołtarz. Ksiądz Dyżewski otworzył tabernakulum i wygłosił homilię o Jezusie Eucharystycznym. Modlili się.
Jana zachwycił kościół i dopiero po latach mówił, że tak naprawdę był w złym smaku, nieogrzewany – zimą wino zamarzało w kielichu, pełen bohomazów i brzydkich przedmiotów. Jednak wtedy pisał matce, że trafił do pięknej świątyni. Dziwiła się po przyjeździe gustom syna.
A jeśli źle wybrał?
Jan Twardowski nie pasował tutaj.
Nie potrafił śpiewać.
Nie potrafił głośno mówić.
Wątły, kulejący inteligent słabego zdrowia.
Miał szczęście, że ksiądz Dyżewski uwielbiał wygłaszać kazania i niechętnie dopuszczał do nich swoich wikarych. Jan, zawstydzony, spoglądał z ambony na parafian oczekujących huczących kazań w stylu łysego jak kolano proboszcza. Sam coś mamrotał z góry.
– To nie kazanie, to bąkanie pod nosem – powiedział ksiądz Dyżewski wikaremu po wysłuchaniu pierwszego wystąpienia na ambonie.
Któregoś roku w pierwszym dniu Wielkanocy rezurekcję odprawiał proboszcz. Następna msza święta przypadła księdzu Twardowskiemu. W kościele było niewielu wiernych. Wszedł na ambonę i stremowany oparł się mocniej o pulpit, pod którym proboszcz chował ludzką czaszkę. Potoczyła się po schodach ambony.
– Amen – powiedział wikary Twardowski i zszedł na dół.
Słabł przy ołtarzu, uginały się pod nim nogi, drżały ręce. Badał się u lekarzy, podejrzewano epilepsję albo stwardnienie rozsiane. Okazało się jednak, że jest zupełnie zdrowy.
Wspominał po latach: „Więc to chyba brało się z wielkiego uczuciowego poruszenia”. „Bardzo trudno było mi na początku po prostu być księdzem. (…) Dla mnie oznaczało to całe lata cierpienia. To było życie nieudane w bardzo konkretnym sensie”. „Miałem poczucie małej wartości, własnej brzydoty, niedoskonałości. Wydawało mi się, że nikt na mnie nie patrzy, czułem się niedowartościowany i niepewny”. „Tak naprawdę jestem od urodzenia wprost chorobliwie nieśmiały. Torturą było dla mnie odprawianie mszy świętej tyłem do ludzi. Myślałem: »Patrzą na mnie, widzą długą tyczkę na chwiejących się nogach. Zaraz zemdleję!«. I mdlałem”. Był zagubiony.
Z jednej strony miał księdza Franciszka Dyżewskiego, urodzonego jeszcze w XIX wieku czciciela Matki Bożej, który co roku organizował pielgrzymki na Jasną Górę, gdzie dostępował zaszczytu wygłoszenia kazania, który porządkował życie parafian, urządzał im teatr, na którego imieninach stół z zaproszonymi gośćmi sięgał korytarza plebanii.
Z drugiej był ksiądz Aleksander Kamiński, katecheta, tutejszy życzliwy człowiek podwożący na rowerze ministrantom teczki do szkoły.
Ksiądz Jan czuł się przeraźliwie samotny. Nie miał kontaktu z parafianami. Żył jeszcze Stalin, zbyteczny kontakt z księdzem mógł się skończyć wezwaniem na milicję. Chciał odwiedzić kogoś, dawali mu przez okna znak, żeby nie podchodził. Najbliższą mu osobą stała się osiemdziesięcioletnia staruszka ze wsi, która mu usługiwała.
Tęsknił za przeszłością. Pisał o tym wiersze. Bał się trudu, który go czeka. A jeśli źle wybrał?
Pisał w wierszach: „Wydaje się czasami, że Pan Bóg odszedł, minął (…). Tylko wątpiące serce wciąż spada w przepaść czarną”.
„Boże, po stokroć święty, mocny i uśmiechnięty (…) dzisiaj, gdy mi tak smutno i duszno, i ciemno – uśmiechnij się nade mną”.
Czasem się wyrywał ze Żbikowa, jechał do Warszawy. Na uniwersytecie, u profesora Borowego, przygotowywał się do pracy doktorskiej.
Miał jednak pecha.
Najpierw, w 1949 roku ciężko zachorował na malarię, która panowała wówczas w podmokłych okolicach Żbikowa. Wyzdrowiał, jednak choroba uszkodziła mu serce i nerki. Do końca życia miał się zmagać z jej skutkami.
Potem, w październiku 1950 roku, zmarł Wacław Borowy. Kierownictwo nad doktoratem przejął profesor Julian Krzyżanowski, historyk literatury, badacz pogranicza i folkloru. Jan Twardowski, choć złożył podanie o ponowne przyjęcie go w poczet doktorantów, pracy doktorskiej nigdy już nie napisał. To nie był dobry czas dla księży.
KatechetaChyba nie bardzo wiedziano, co z nim zrobić. Proboszcz Dyżewski rządził niepodzielnie w parafii niepodzielnie, ksiądz Kamiński uczył religii w okolicznych podstawówkach. Jan Twardowski został więc prefektem w szkole podstawowej w Koszajcu, pięć kilometrów od parafii, i w szkole dla dzieci specjalnej troski w Pruszkowie. Pracę…