Subskrybuj
Prof. nauk humanistycznych, filozof i historyk religii, eseista. Kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Socjologii i Filozofii PAN.

Skała i kamienie

Historia doktryny chrześcijańskiej pokazuje jak sztuczne są teorie ciągłości, które uzyskują normatywny status w Kościołach, lecz jednocześnie odkrywa autentyczną jedność wiary, nauczania i wyznawania.

Pięciotomową Tradycję chrześcijańską Jaroslava Pelikana określiłbym najchętniej jako epopeję pojęciową, sagę bądź opowieść. Jak bowiem zauważył Vittorio Mathieu, istnieje przecież „mit pojęciowy”, który jest „opowieścią nie mniej metaforyczną niż mit lub opowieść we właściwym znaczeniu tego słowa”.

Gdyby uwagę włoskiego filozofa potraktować poważnie, podczas czytania dwóch tysięcy stron erudycyjnych wywodów Pelikana należałoby szukać pojęć-metafor, które tylko udają, że są abstrakcyjnymi, oderwanymi terminami, a w istocie kryją w sobie mityczne obrazy.

Mity nie rozwijają się w czasie linearnym, lecz roszczą sobie pretensje do ujmowania absolutu. Jednak dla wrażliwego i zdystansowanego obserwatora, jakim jest autor Tradycji chrześcijańskiej, dzieje nie są pozorem, zasłoną dymną. Historia – także ta polityczna (niejako zewnętrzna wobec doktryny) – jest stale przywoływana, a absolutowi przygląda się autor zgodnie z ostrzeżeniami zawartymi w Pawłowym Hymnie o miłości, który mówi, że poprzestać można zaledwie na widzeniu „jakby w zwierciadle” i poznawaniu „po części” (1 Kor 13, 12). Tym sposobem Pelikan nie naraża swojej narracji na brutalne pęknięcie i troszczy się o historyczną materię, o res facta (dzieje doktryny).

Tradycja i historia

W „dystynkcji pomiędzy sferą duchową a doczesną – pisze historyk w kontekście przedreformacyjnego wzburzenia na Zachodzie – troska o jedność przejawiała się w nie mniejszym stopniu, niż w tych doktrynach, które oddawały obie te sfery we władanie papieża. Papiści i monarchiści, koncyliaryści i husyci – wszystkim zależało na jedności Kościoła pojmowanej zarówno jako to, co dane, jak i jako cel. Jak »obrońcy wiary« mieli w XVI wieku ponownie przypomnieć protestantom, augustyńska definicja Kościoła, do której wszyscy oni odwoływali się w ten czy inny sposób, czyniła jedność jego fundamentalnym atrybutem, któremu podporządkowana była nawet jego świętość.

Świętość była prawdziwa, gdy chodziło o Kościół w umyśle Boga i w eschatologicznym świetle wieczności, natomiast jedność konstytuowała warunki, w których Kościół i jego członkowie dążą do osiągnięcia jeszcze większej empirycznej świętości. To właśnie załamanie się tego augustyńskiego rozwiązania paradoksu łaski i doskonałości w odniesieniu do Kościoła sprawiło, że schizma XIV i ruch reformatorski XV stulecia stały się poważnym kryzysem doktryny Kościoła jako jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego” (IV, 105; tomy oznaczam cyframi rzymskimi, numery stron – arabskimi).

Pelikan kończy opowieść wyznaniem, w którym nie opowiada się za jedną określoną konfesją, lecz raczej daje upust swojej nadziei: „Stosowne będzie zatem zakończenie rozwoju doktryny chrześcijańskiej w ten sam sposób, w jaki się zaczęła: »Credo unam sanctam catholicam et apostolicam ecclesiam« [Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół]” (V, 410). Augustyński paradoks łaski i świętości skierowany ku eklezjalnej wizji dał się więc rozstrzygnąć jedynie w marzeniu i retorycznym kole. Krzepkie to i gorzkie zarazem, godne, słuszne i sprawiedliwe, ale czy zbawienne? I czy doprawdy dobre jest to miejsce na tak szlachetną konfesję?

Nie są jednak najważniejsze prywatna liturgia i nadzieja Pelikana, ale opowieść, której pułapki kryją się w napięciu – jeśli nie antynomii – między tradycją a historią. „Tradycja pozbawiona historii – czytamy – ujednolica wszystkie stopnie rozwoju, czyniąc z nich statyczną, jasno określoną prawdę; historia bez tradycji jest historycyzmem, który relatywizuje naukę chrześcijańską w taki sposób, że rozróżnienie pomiędzy autentycznym wzrostem i »rakowatą« aberracją wydaje się całkowicie arbitralne. W niniejszej książce usiłujemy uniknąć pułapek obu tych metod. Historia doktryny chrześcijańskiej jest najskuteczniejszym sposobem pokazania, jak sztuczne są teorie ciągłości, które często uzyskują normatywny status w Kościołach, lecz jednocześnie jest możliwością ukazania autentycznej ciągłości chrześcijańskiej wiary, nauczania i wyznawania. Tradycja jest żyjącą wiarą umarłych, tradycjonalizm jest martwą wiarą żywych” (I, 7-8).

Pod znakiem AugustynaBadacz przekonująco utrzymuje, że olśniewające koncepcje świętego Augustyna (łaski, predestynacji, antropologii, eklezjologii) są niejako centralnym punktem całego opowiadania o losach doktryny, jej kośćcem, punktem dojścia i apogeum, podstawowym systematem, do którego odnosiły się wszelkie konstrukcje i debaty. Mniej ważne staje się dla niego, czy nurt ten podlegał pełnej czy niepełnej asymilacji, przekształceniu bądź falsyfikacji. W dziejach chrześcijaństwa zdarzają się oczywiście zjawiska niezwiązane z augustynizmem, ale nawet wówczas narrator nie może się rozstać z biskupem Hippony – żałuje na przykład, że chrystianizm Wschodu późno (w XIII stuleciu) odkrył wielkość i szczególne znaczenie jego myśli. Choć takie podejście zapewnia dydaktyczną spójność obrazu, to jednak ze względu na mniejszą oryginalność myśli nie zawsze wydaje się sensowne. Dotyczy to zwłaszcza wielkich filozofów i teologów, którzy z trudem, jeśli w ogóle,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kto się boi feministek?