W 1993 r. siedemdziesięcioletni Lucian Freud namalował siebie przy pracy. Stanął przed lustrem nago, w rozczłapanych trzewikach bez sznurówek. Mistrzowsko i bezlitośnie ukazał swoje niemłode już ciało – przygarbione plecy, pozbawione jędrności mięśnie, wysuszoną skórę. Chociaż obnażył kruchą cielesność, zachował dumę. Pędzel i paleta to jego tarcza i miecz, magiczna laska Prospera.
Urodził się w Berlinie w 1922 r. jako najmłodszy z trzech synów architekta Ernsta Ludwiga Freuda i wnuk słynnego Zygmunta. Po dojściu do władzy Hitlera wraz z rodziną wyemigrował do Anglii. Ledwie radził sobie z nowym językiem, był samotnym, krnąbrnym chłopcem. Wyleciał ze szkoły po tym, jak dla popisu na ulicy zdjął spodnie.
Mimo to, dzięki figurze konia z piaskowca (zresztą jedynej rzeźbie w swojej karierze) dostał się na artystyczne studia. Miał 17 lat, kiedy jego rysunki opublikował awangardowy magazyn „Horizon”. W 1954 r., obok Bena Nicholsona oraz Francisa Bacona (z którym połączy go podszyta podziwem i rywalizacją przyjaźń), reprezentuje Wielką Brytanię na weneckim Biennale.
Przez kolejne dziesięciolecia sztuka Freuda rozwijała się na marginesie awangardy. W zaniedbanych pracowniach malował przede wszystkim ludzi. Jeśli wyglądał na zewnątrz, to nie dalej niż na zarośnięte londyńskie podwórko. Prawie nie podróżował i utrzymywał surową dyscyplinę pracy.
W wytartym fotelu, na rozbebeszonym łóżku, cierpliwie pozowali mu bliscy – rodzina i przyjaciele, ponieważ uważał, że tylko ich może pokazać wnikliwie. Nie przejmując się krytyką, uparcie podkreślał przywiązanie do dawnych mistrzów. Malował według Watteau, Chardina i Cézanne’a, a jego szerokie impasty przywodziły na myśl Rembrandta czy Halsa. W 1987 r. Robert Hughes nazwał go „największym realistą naszych czasów”.
Chociaż Freud pilnie strzegł swojej prywatności, po Londynie krążyły plotki o jego romansach, dzieciach, nocnych eskapadach i pasji hazardzisty. Niektórych oburzało, że malował nago swoje dorosłe córki. Niechętnie udzielał wywiadów, ale często pokazywał się w autoportretach. Rozmazana twarz, uchwycona jakby przypadkiem, w ręcznym lusterku. Odbicie w lustrze, przesłonięte liśćmi draceny. W klasycznych ujęciach z profilu i en face, z wąwozami zmarszczek, grą światła i cienia na policzkach. Autoportret z 2005 r. uderza pychą i autoironią. Przygarbiony, ubrany artysta stoi przed sztalugami, a za kolana obejmuje go „naga wielbicielka”.
Masa różowej skóryW ostatniej dekadzie życia Freud jest u szczytu sławy, a jego prace osiągają niebotyczne ceny. U progu nowego stulecia pozuje mu sama królowa brytyjska. Cyzelowany przez półtora roku portrecik w atmosferze skandalu trafia na pierwsze strony gazet. Freud nie nadaje się na nadwornego pochlebcę. Twarz Elżbiety II jest jakby spuchnięta i obolała, nie licuje z majestatem korony. Nazwisko Freuda kojarzy się dziś z masą różowej skóry, kończynami rozrzuconymi bezładnie na naturalnej wielkości płótnach. Określenie „nagi portret” powraca w tytułach jego obrazów od lat 70. Jakby podkreślał, że nie o akt tu chodzi – ciało zmienione w sztukę, przybrane w formę. Ale nie jest to także tradycyjny portret, który umieszcza modela w jego społecznej roli. Jak przyznawał Freud, głowę zostawiał na koniec i traktował na równi zresztą ciała. Stąd pojawiające się niekiedy oskarżenia o „urzeczowienie” modeli. Zwykle leżą lub siedzą w pozycji intymnej, półświadomej. Rozłożeni na łóżku, na chwilę przed zaśnięciem, sami ze swoim ciałem, zmartwieni, a może w półsennym rozleniwieniu po miłości. Często eksponują swoje genitalia, ale nie dla erotycznego wzbudzenia, lecz tak, jakby się zapomnieli. Według krytyków obrazy Freuda budzą nieraz zażenowanie, uczucie wtargnięcia w czyjąś prywatność. Kompozycja jest jednak często nachalnie sztuczna, upozowana. Leigh Bowery, performer, gej i znana postać londyńskiej cyganerii, spoczywa na kupie szmat, a nogę opiera na pasiastym materacu. Młody mężczyzna (asystent malarza, David Dawson), leży z zasłoniętymi oczami, a z…