Tekst, który Państwo przeczytają, a z nim ja, jako jego autorka, mamy ten komfort, że ani on, ani ja nie aspirujemy do niczego ponad próbę opowiedzenia o tym, co umiem i chcę przeczytać u Wisławy Szymborskiej. Jednocześnie zastrzegamy sobie oboje prawo do okolicznościowego braku zainteresowania tym, co umieją i chcą przeczytać inni, jak również do niewiedzy o tym, że inni przeczytali u poetki to samo bądź podobne, a opowiedzieli o tym w bardziej eleganckich i porywających zdaniach.
„To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby”
„Czuję się zagrożony wszelkim horyzontem” – żali się w Głosach z tomu Wszelki wypadek Appiusz Papiusz Hostiuszowi Meliuszowi, na co Hostiusz, z wyraźnie pokrzepiającą intonacją, odpowiada: „Naprzód. Gdzieś wreszcie jest koniec świata”. Rzymianie w Głosach są aroganccy i spięci, skupieni na tuszowaniu swojego zdezorientowania mnogością „małych narodów”, które „rozumieją mało”, a które tworzą wokół Imperium zgoła niesanitarny kordon nagannych obyczajów, zacofanych praw i nieskutecznych bogów. Enumeratywne potraktowanie niechlujnych i lekkomyślnych Aboryginów, Rutulów, Sabinów, Ekwów, Wolsków, Aurunków, Marsów i kogo tam jeszcze, za pierwszym, odruchowym skojarzeniem odsyła mnie bezpośrednio do Urodzin z ich urokliwie aliterowanymi morenami, murenami i morzami, czy ogniem, ogonem, orłem i orzechem. To niepokojące odesłanie, a jego rykoszet prowadzi do kolejnych „zdziwieniowych” – że użyję neologizmu redaktorów z TOK FM – tekstów Szymborskiej i tym samym moje zaniepokojenie podsyca.
Wszystko moje, nic własnością,
nic własnością dla pamięci,
a moje dopóki patrzę.
(Elegia podróżna, z tomu: Sól, 1962)
Bo kolonizatorskie, a nie kronikarskie, wydają mi się często potrzeby i metody Szymborskiej i nie zmylą mnie jej narzędzia. „Pamięć nareszcie ma, czego szukała” – tak zaczyna się wiersz poświęcony szukaniu w snach właściwego, prawdziwego obrazu zmarłych rodziców. W tym upragnionym śnie rodzice są „posłuszni tylko sobie i niczemu już”: stan ostateczny, docelowy, film wyświetlony projektorem tęsknoty, strachu przed zapominaniem i podszyty lękiem przed własnym przemijaniem, jest filmem o podległości – choćby samemu sobie – i o posiadaniu – choćby samego siebie. „Dotknęłam świata jak rzeźbionej ramy” – kończy wiersz Szymborska. Tak, ta mapa jest oprawiona oszałamiająco. Ale i Szymborska jest bardzo piękną imperatorką, bo wie, że:
Nawet proste dzień dobry
wymienione z rybą
ciebie, rybę i wszystkich
przy życiu umocni.
(Obmyślam świat, z tomu: Wołanie do Yeti,1957)
„Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło”
„Czemu w zanadto jednej osobie? / Tej a nie innej? I co tu robię?”. To może nie są najciekawsze pytania, jakie można postawić w tych fundamentalnych kwestiach, ale zapewne są konieczne jako wstęp do bardziej szczegółowych, a jednocześnie mroczniejszych, które w Zdumieniu z tomu Wszelki wypadek również się pojawiają. Są bardziej dziecinne, a ich melodyka wydaje się dedykowana raczej rdzeniowi kręgowemu niż, tradycyjnie, prawej półkuli mózgu: „W domu nie gnieździe? / W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?”. Ależ owszem, są ludzkie dzieci, które rodzą się z tak zwaną „rybią łuską”. Ichtyosis ma kilka postaci, z których najlżejsza, jak większość dermatoz, naraża na śmieszność i obrzydzenie współplemieńców, najcięższa zaś zabija. Zestawienie twarzy z liściem, możliwość zamiany tych dwóch, nazwijmy to, aparycji, możliwość w ogóle ich porównywania, jest – przynajmniej dla mnie – na tyle nieprzyjemna, niesprawiedliwa, a jednocześnie niewykluczone, że całkowicie, w ramach ekosystemu, naturalna, że czym prędzej przypominam sobie, jak poradził sobie z nią język codzienny, w relacjach którego niekiedy zdarza się dostać w twarz „z liścia”, czyli otwartą dłonią. W kolokwialnym zwrocie liść staje się ludzką ręką, co eliminuje z tego pojedynku milczącą, a wobec tego możliwe że pokrzywdzoną, przyrodę. W wierszu Szymborskiej przyroda, również ta nieożywiona, wraz z wyodrębnioną z niej na chwilę na potrzeby tego jednego igrzyska ludzkością, stanowi gigantyczną pulę, z której losuje się nie wiadomo do jakich celów i wedle niewiadomo jakich zasad. Czy muszę dodawać, że najmniej wiadomo, kto losuje. Czasem mam wrażenie, że zdumienie Szymborskiej, „zdumienie Szymborskiej”, ten związek frazeologiczny, którego istotną składową jest zachwyt, dotyczy w istocie samego losowania.
Choć oczywiście aspekt etyczny, jakiś rodzaj winy metafizycznej, nie mógłby się w tym akcie zdumienia nie pojawić. „Wybaczcie mi, dalekie wojny, że noszę kwiaty do domu” pisze Szymborska w wierszu „Pod jedną gwiazdką” z tego samego tomu. Przeprasza też „wołających z otchłani za płytę z menuetem” i „ludzi na dworcach za sen o piątej rano”. I to by było tyle z tej wyodrębnionej ludzkości, czemu w tej litanii należałyby się – choćby tylko formalne – przeprosiny. W dodatku ludzie na dworcach, niedookreśleni jako bezdomni czy ofiary tajnej zmiany rozkładu jazdy, są tam z własnej woli, więc przepraszanie ich wypada zbędnie i ten akurat masowy adresat mógłby spokojnie zostać zastąpiony czymś bardziej abstrakcyjnym. Zresztą w tym wierszu najbardziej poruszają mnie inne przeprosiny: „przepraszam wszystkich, że nie umiem być każdym i każdą”. W „Nieobecności” z tomu Dwukropek „każdy i każda” zostanie zastąpiony „żadnym i żadną”, gdy poetka spekuluje, co by się stało, gdyby nie ją i nie ze sobą nawzajem spłodzili jej rodzice. Dwie inne dziewczynki, które nie byłyby nią samą, są wdzięcznym tłem zdumiewającej konstatacji, że mimo jej osobistego, nieprzebranego a poszczególnego nieistnienia, w ogólnym – czyli czyim? jakim? – rozrachunku niczego zdaje się nie brakować:
Dziewczynki, stańcie tutaj
– wołałby fotograf –
te niższe z przodu, te wyższe za nimi.
I ładnie się uśmiechnąć, kiedy zrobię znak.
Tylko się policzcie,
czy jesteście wszystkie?– Tak, proszę pana, wszystkie.
(Nieobecność, z tomu: Dwukropek, 2005)
„Albo go kocha, albo się uparła”
Czy miłość, miłość do życia również, jest przypadkową łaską czy kosmiczną predestynacją? Ani na jedno, ani na drugie wzoru nie znamy, więc pytanie dotyczy tak naprawdę rodzaju tańca, jaki tańczy się w miłosnych wierszach Szymborskiej, kroków, jakie się wykonuje, a nie zapisu nutowego utworu, który zainspirował tę choreografię. Ich bohaterowie, „od urodzenia w pożegnalnych ciałach” (Monolog dla Kasandry, Sto pociech1997), sprawiają wrażenie stworzonych do wpadania na siebie, ale i do odbijania się od siebie na zmianę w rytmie, który albo od nich nie zależy, albo po prostu nie chcą go sami wybijać. A może nie mają na czym? Kochankowie u Szymborskiej, „wywyższeni ku sobie bez żadnej zasługi, / pierwsi lepsi z miliona, ale przekonani, / że tak się stać musiało”, jako para realizują się w trwaniu w opozycji wobec „ludzi nieznających miłości szczęśliwej”, tą upartą taktyką prowadząc do tego,…