Subskrybuj

Lekcja Porębskiego

Mieczysław Porębski był nie tylko wybitnym uczonym i mądrym nauczycielem, który pokazywał, jak rozumieć i przeżywać sztukę, ale posiadał także dar prawdziwej, bezinteresownej przyjaźni. Jego inspirująca osobowość przyciągała studentów, artystów, ludzi pióra, naukowców. Kilku z nich opowiada o swoich spotkaniach z Profesorem.

MARIA POPRZĘCKA

Mieczysław Porębski, penetrując rozliczne dziedziny nauki i sztuki, nigdy nie pozostawał obojętny ma otaczającą go rzeczywistość, a nawet skrzeczącą pospolitość. Żył w „tym kraju” i tego kraju kulturą, historią, losem. Obserwował zmiany jego kulturowego krajobrazu, śledził stereotypy i mity narodowej świadomości.

Patrząc na „obszary polskości w świecie zdarzeń” z rozległej perspektywy tysiącletniej historii, ogarniając wzrokiem przestrzeń od krzyżackich zamków po kresowe zagony, usiłował określić „polskość jako sytuację”. Widział ją jako warunkowaną przez „istnienie (po części zwartej, po części żyjącej w diasporze) wspólnoty duchowej, która skupia się wokół pewnych historycznie ukształtowanych symboli, z symbolami tymi identyfikuje swe trwanie, trwania tego ciągłość i godność”.
Wskazuje przy tym na rozliczne tej polskości zagrożenia, ale również zagrożenia polskością, których nasza apologetyczna historia nie widziała i widzieć nie chciała, i wreszcie zagrożenie najgorsze – zagrożenie polskości przez zaniechanie polskości, acedię, „grzech nierządnego smutku”.

Owo oblicze już nie tylko uczonego i myśliciela, lecz obywatela zatroskanego o swój kraj, Porębski po raz pierwszy objawił na pamiętnym Kongresie Kultury Polskiej w grudniu 1981 r. W swoim wystąpieniu przedstawiał „ten kraj” jako wymagający totalnej rewaloryzacji, „monstrualną masę upadłościową”, rozciągającą się od „zaśmieconych szczytów Tatr po skażone sine fale Bałtyku”.

Teraz, po latach, do tego tekstu wraca, wciąż pytając: czy odzyskaliśmy – albo raczej: czy stworzyliśmy – choć trochę przestrzennego i duchowego („co na jedno wychodzi”) ładu? Czy – sięgając po słowa przyjaciela Profesora, Tadeusza Różewicza – ten kraj to dziś „śmietnik pełen życia i niespodzianek”, czy też raczej kraina wszechobecnej bylejakości, gdzie „wszystko stoi w poprzek wszystkiemu”?

MARIA POPRZĘCKA – historyk sztuki, profesor UW. Ostatnio opublikowała 55 skarbów Polski (2012)


JACEK SEMPOLIŃSKI

Obraz sztuki Porębski całe życie tworzył, angażując wszystkie swe przymioty: wrażliwość, wyobraźnię i sceptyczną refleksję. Ciekaw wszystkich przejawów życia artystycznego i intelektualnego. A ponieważ obraz stale się zmieniał, ciekawość Porębskiego gromadziła wszystkie narzędzia dostępne, by nimi ująć heterogeniczność świata sztuki, czy ogólniej, kultury. Zawsze dążył do jak największego przybliżania się do rzeczywistości; chciał coś zobaczyć. Namalowanie „obrazu” wymagało narzędzi różnych. Były nimi i marksizm, i antropologia, i teoria gier, i strukturalizm; czasem wydawało się dziwne, czemu Porębski zapuszcza się w tereny ze sztuką niemające nic wspólnego, czemu uruchamia warsztaty zawarowane dla innych specjalności niż historia sztuki.

Zapominano, że historia sztuki to dziedzina, która stale się tworzy, zapominano, że malowanie obrazu wymaga często ruchów nieprzewidzialnych, że on, pisarz, prowadzi narrację meandrami, nie według ustalonych linii. Jak nie mógł czegoś zobaczyć oknem, wciskał się szparą i, podobnie jak malarz robiący często ruchy nie od razu jasne, by całość miała swa wymowę, tak on materię myśli traktował nie statycznie, a dynamicznie. Nawet drażniąc chwilowo.
Zawsze, i od sztuki, i od myśli oczekuje się (i wymusza nawet) czegoś określonego, tworzenia konstrukcji niewątpliwych, które w ciągu tradycji zarysują wyraźne miejsce i będą ogniwem łańcucha. Zapomina się, że z takim nastawieniem żadne dzieło powstać nie może. Uchylając pytanie „dlaczego?”, uchylamy w ogóle akt twórczy.

Porębski, pisząc swe książki, skwapliwie czytane (Ikonosfera, Pożegnanie z krytyką), bulwersował; ogłaszając artykuły o cybernetyce – jeszcze bardziej. Narzekający na swoistą „amatorską” metodę pisarza zapominali, że z amatorstwa powstawać może profesja, że w amatorstwie tkwi wielka siła sprawcza, nieodzowna dla wszelkiego działania – ciekawość. Zawsze świeża i otwarta.

Osamotnienie artysty czy myśliciela może być tyle frustrujące, co inspirujące, a w Porębskim mamy wsparcie. Wsparcie mamy też w takiej postawie, która akt twórczy widzi w jego suwerenności, niemal mistycznej; to pozwala jakoś żyć. Tylko, że życie biegnie różnymi torami – jest introwertyczne i ekstrawertyczne równocześnie. Może z tego dałoby się ułożyć jakąś syntezę? Obszar twórczości rozbity na miazgę może jest obrazem dzisiejszego świata, w którym nawet wojna nie jest tym, czym była dawniej. Czy prace Porębskiego przewidziały to? Z pewnością. Osamotnieni, winniśmy wrócić do lektury jego książek, w ich różnorodności i zmienności dostrzec jakieś scalenie.

JACEK SEMPOLŃSKI (1927-2012) – malarz, krytyk i eseista, wieloletni profesor warszawskiej ASP


JACEK WOŹNIAKOWSKI

Porębski znał gruntownie nie tylko historię sztuki, ale dobrze spenetrował historię literatury i innych dyscyplin humanistycznych, korzystał też celnie z socjologii i psychologii sztuki. Wkraczał nawet w regiony, gdzie podejmował próbę porównań twórczości artystycznej z pracą matematyków, lub stosowania matematyki do analiz estetycznych. Oczywiście, nie wszystkie te ryzykowne wędrówki po obszarach granicznych między ogromnie różnymi metodami i dyscyplinami mu się udawały.

tałe zainteresowanie tym co nowe zapędziło go na przykład na krótko w meandry marksizmu. Ale jeżeli Porębski poniósł badawcze porażki, to były one z reguły tym, co Anglicy nazywają a galant failure. Częściej jednak owe wyprawy przynosiły niezwykle zapładniające koncepcje.

Bez żadnych wątpliwości działalność Mieczysława Porębskiego – niezależnie od tego, w jakim stopniu z poszczególnymi jej fazami się zgadzać – była niezwykle cennym fermentem w polskiej myśli, i to nie wyhodowanym (jak to często dziś bywa) na prowokacji i epatowaniu rzekomo nowymi pomysłami, ale fermentem wynikającym z ciągłej – powtarzam – ciekawości tego, co się w przeszłości działo, co się dzieje i co by się dziać mogło.

O ileż uboższe byłoby życie polskiej kultury bez stałej, czujnej i wielostronnie przyjaznej obecności Mieczysława Porębskiego.

JACEK WOŹNIAKOWSKI – historyk sztuki, pisarz, działacz społeczno-polityczny, założyciel wydawnictwa Znak. Ostatnio wydał Pisma wybrane (6 t., 2011)

Fragmenty tekstów prof. Marii Poprzęckiej, prof. Jacka Sempolińskiego oraz prof. Jacka Woźniakowskiego pochodzą z okolicznościowej broszury Uroczystość wręczenia dyplomu doktora honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego Profesorowi Mieczysławowi Porębskiemu, Warszawa 2002.


MARTA TARABUŁA

W moich wspomnieniach Mieczysław Porębski występuje nie jako Profesor, lecz jako Profesorek. Jest to pseudonim nadany mu przez studentów z sympatii – co ani trochę nie umniejszało należnego jego osobie szacunku. Był niczym z innego świata, jakby trafił na uniwersytet wprost z ilustracji w książce dla dzieci. Taki archetyp Profesora w wersji z bajki: niewysoki, raczej kruchy, siwy, rumiany, z figlarnym uśmiechem zza okularków.

Żywił przekonanie, że kultura to jedna wielka opowieść, w której jest miejsce dla faktów, ale także dla tych wszystkich form, wątków i znaczeń, jakich na pierwszy rzut oka nie widać, ukrytych w bajkach, w rzeczywistości wyobrażeń – dobrze znanej dzieciom, artystom. I tej rzeczywistości nie można pomijać w badaniach, jak to czynią liczni opisywacze sztuki – rudes, idiotae, illiterati – w istocie nie rozumiejący z niej nic a nic.

Wykłady Profesorka pełne były dygresji, opowieści i anegdot. Jeśli już klasyfikował, to robił to w sposób poetycki, daleki od uniwersyteckich reguł. W słynnym tekście wygłoszonym na paryskim kongresie AICA [Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki – przyp. red.] powinności krytyka podzielił na trzy stopnie wtajemniczenia: voir, faire voir, faire faire voir – oczywiście, by zrozumieć finezję tego wywodu, trzeba znać gramatykę języka francuskiego, z jej logiką i precyzją.

Myślę o nim jako o poecie swojego zawodu. Bo też Profesor nie zajmował się jedynie artefaktami, ale także słowem. Doceniał jak słowa pracują. W jego wypowiedziach zdania piętrzyły się, a my ze strachem słuchaliśmy, czy się nie zaplącze, nie poślizgnie i nie przewróci. Jego piruet zawsze kończył się jednak szczęśliwie.

Prawie w ogóle nie stawiał złych ocen. Niewielką grupę wybranych studentów dopuszczał do siebie bliżej, co było prawdziwym wyróżnieniem. Szybko przechodził z nimi na ty i zapraszał do domu. Paliło się papierosy, Pani Profesorowa wyciągała karafeczkę… Przy zagraconym biurku w fotelu pod lampą siadał Profesorek i rozpoczynał swoim zwykłym pytaniem: „No i co tam słychać w sztuce?”. Miałam wrażenie, że on tym wszystkim trochę się bawi, a tak naprawdę jest przyjacielem tylko artystów swojego pokolenia. To, co pojawiało się później, wzbudzało w nim szczególnego rodzaju chichot. Jakby jakieś leśne licho szeptało mu do ucha: „no i co z tym zrobisz?”.

Z drugiej strony był człowiekiem pełnym pokory i łagodności. Nie było w nim nic z zadufanego w sobie krytyka, który kategorycznie mówi „tak” lub „nie”. Lubił powtarzać, że po to ma nas – swoich studentów – żeby od nas się uczyć.

W jakimś sensie był też prekursorem tego, co dziś nazywamy sztuką kuratorską. Z klocków, które miał przed sobą – faktów, artefaktów, wyobrażeń, pojęć – potrafił budować całości: mądre, precyzyjne i pełne finezji. Pojmował swój zawód w kategoriach gry – i grał w nią błyskotliwie i z talentem. Jego nauka przenikała do nas jakby osmotycznie, poprzez bycie razem.

Uczył, że trzeba uwzględniać wiele rzeczy naraz, widzieć je równocześnie, bo przecież granice między wszystkimi przejawami kultury – literaturą, filmem, reklamą, prasą, kuchnią, sztuką wreszcie – są płynne. Myślę, że tutaj ujawniała się nie tylko jego erudycja, ale także rodzaj pokory wobec świata. Jeśli coś od niego przejęłam, to przekonanie, że istota sztuki nie zmienia się, zmieniają się jedynie jej formy. I że wszystkie te „rewolucje”, „kryzysy” i „końce świata” są tylko końcem pewnej formy – niewielką burzą w szklance wody.

MARTA TARABUŁA – krytyczka sztuki, prowadzi krakowską Galerię Zderzak


ANNA BARANOWA

Profesor Mieczysław Porębski powtarzał swoim uczniom, że historyk sztuki skazany jest na wielkość. Nie była to butada, gdyż on sam gwarantował najwyższy poziom, przekraczając jednocześnie – bardzo płynne zresztą – granice naszej dyscypliny. Uczniowie, którym podobało się tak wysokie ustawienie poprzeczki, bardzo często nie osiągali wymiernych rezultatów naukowych, ale za to mieli gwarantowany permanentny rozwój. Tak daleko zarysowane horyzonty pozwalały na luksus długich i bezinteresownych poszukiwań. Nie cel jest wszak ważny, ale dążenie do niego. Profesor Porębski nie stawiał granic swoim zainteresowaniom dzięki czemu nie ograniczał swoich seminarzystów. Nie ułatwiał, ale też nie utrudniał badań. Wiedział doskonale, że zdobywanie wiedzy jest procesem i czerpać należy z różnych źródeł. Gdy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Spór o zło