Subskrybuj

Historie, które wychodzą poza ekran

Na film dokumentalny patrzę jak na dziedzinę sztuki filmowej, która nie funkcjonuje w getcie, lecz jest częścią kina artystycznego. Nie może być nic gorszego dla filmu dokumentalnego niż odgrodzenie go od ogólnego nurtu i mówienie o nim jako o czymś wyjątkowym. Wtedy pojawia się kategoria: dokument, i zaczynają kłopoty. Dokument, czyli co?

Wokół polskiego filmu dokumentalnego panuje obecnie duże ożywienie, pojawiają się ciekawe tematy, nie brakuje oryginalnych form, ujawniają się nowe trendy. Jakie zjawiska w polskim filmie dokumentalnym budzą szczególne Pana zainteresowanie?

Rzeczywiście, w obszarze filmu dokumentalnego można wyczuć dużo pozytywnej energii. Obok młodych twórców ze zdwojonym wysiłkiem pracują także ci ze średniego i starszego pokolenia. Ciekawe jest to, że szukają oni tematów już nie tylko na swojej ulicy, ale wychodzą dalej, w świat. Od niedawna można mówić wręcz o swoistej modzie – czegoś podobnego w polskim dokumencie dotychczas nie było – na szukanie tematów za granicą. Na ostatnim Krakowskim Festiwalu Filmowym także zauważono, że stosunkowo mało filmów podejmuje sprawy polskie. Niektórzy są tym zaniepokojeni. Spotykam się z opiniami, że polskie kino dokumentalne przestało pełnić funkcję zwierciadła przechadzającego się po naszym, polskim gościńcu. Ja jednak bym się tym nie przejmował, a całą kwestię widziałbym raczej jako próbę odreagowania. Nie szkodzi, że te proporcje dziś są zachwiane, że dokumentaliści przestają pokazywać Polskę a szukają tematów gdzieś na antypodach, w Indonezji, Meksyku, Sudanie. W tym wyjściu polskich dokumentalistów na zewnątrz jest być może także coś z chęci wybicia się na niepodległość. Wielu z nich ma już za sobą udane filmy osadzone w polskich realiach i na jakiś czas chce od Polski odpocząć. Czasami obce środowisko pozwala odnaleźć świeżość spojrzenia i nabrać dystansu. Warto pamiętać, że czasy, kiedy polski artysta, a więc także twórca filmowy, był obarczany misją i do czegoś obligowany, już minęły.

Znakomita część tych projektów, które wychodzą poza nasze granice i przekraczają dotychczas znane ramy konwencji filmu dokumentalnego pokazuje nieprawdopodobny potencjał formalny filmu dokumentalnego. Dobrym przykładem może być tu obraz Six Degrees w reżyserii Bartosza Dombrowskiego. Film został zainspirowany teorią psychologa Stanleya Milgrama zakładającą, że od każdego dowolnego człowieka żyjącego gdzieś na Ziemi dzieli nas najwyżej 6 osób.

To prawda. Mamy zatem kino konceptów, poszukujące oryginalnych środków wyrazu, nowych formuł, próbujące wchodzić w grę z widzem. Jest to najlepszy dowód na to, że także w Polsce film dokumentalny może stawać się taką formę wyrazu, dla której nie obca jest głębsza refleksja i w której pojawić się może myśl socjologiczna, a środki filmowe uznawane są za odpowiednie medium, by przy zachowaniu walorów artystycznych zilustrować nawet eksperyment naukowy. Świadczy to wreszcie o tym, że także u nas możliwy jest pewien rozmach realizatorski. A dla mnie jest to również przejaw odwagi twórców i producentów, co dobrze rokuje na przyszłość.

W przypadku Six Degrees mamy podróż w nieznane, która ma pokazać, czy ludzie rzeczywiście mogą być tak blisko siebie, czy to raczej złudzenie. Film kręcony jest w Europie i w Ameryce Południowej, a wszystko zaczyna się od pewnej Polki – Martyny, nie do końca spełnionej artystki rockowej z Warszawy, która chce spotkać się z Marco Antonio – farmerem z Meksyku. Rodzą się pytania: czy ona zna kogoś, a ten z kolei kogoś innego i czy ten łańcuch znajomości się w końcu domknie? Śledzimy tok rozumowania Martyny, która przypomina sobie o chłopaku mieszkającym w Londynie. Akcja przenosi się z Warszawy do Londynu, a potem dalej…

W niecodzienną podróż udają się także Marcel i Paweł Łozińscy…

Nasi dwaj wysoko cenieni dokumentaliści robią film o sobie i łączącej ich relacji ojca i syna. Prawdopodobnie jest to najtrudniejszy film w ich karierze, ponieważ stanowi formę osobistego rozrachunku, balansującą na granicy ekshibicjonizmu. To film utrzymany w konwencji kina drogi. Starym campingowym busem odbywają podróż po Europie, aby na koniec znaleźć się w Paryżu. W kinie polskim, o ile pamiętam, niczego podobnego wcześniej nie zrobiono.

Ale i Maciej Drygas, autor filmów głęboko zanurzonych w polskiej rzeczywistości, m.in. głośnych i często nagradzanych Cudzych listów, odbywa swoją filmową podróż życia.

W przypadku twórcy Cudzych listów – niezapomnianych ze względu na formę, która w niezwykły sposób współgrała z intymnymi zwierzeniami ludzi – można z pewnością mówić o nowej życiowej przygodzie. Drygas zrobił sobie przerwę od PRL-u i kończy film, nad którym pracował 6 lat. Znając jego podejście do materii filmowej, obiecuję sobie po tym obrazie dużo dobrego. Przedmiotem jego fascynacji stała się mała sudańska społeczność żyjąca od pokoleń nad Nilem. Drygas chce pokazać, co dzieje się z ludźmi, którzy zostają nagle wysiedleni, znajdują się w nowej, sztucznej przestrzeni, a mimo to próbują stworzyć w niej sobie na powrót dom. To film o potrzebie zakorzenienia, zanikającej tradycji i globalizmie, który niszczy tradycyjne wartości.

Wszystkie te projekty mówią wiele o pasji twórców, ich zaangażowaniu, cierpliwości. Powroty do bohaterów swoich dzieł, a nierzadko także niesiona im pomoc, budują szczególną więź między nimi a reżyserami, co dla efektu końcowego filmu także w wymiarze jego artystycznego oddziaływania nie jest bez znaczenia.

Można znaleźć sporo przykładów takich spektakularnych więzi z bohaterami, poświęcenia się tematowi, uczynienia go niemal pomysłem życia. Przychodzi mi na myśl holenderski dokumentalista Leonard Retel Helmrich. Jego obsypane nagrodami Miejsce wśród gwiazd jest trzecią częścią filmowej sagi przedstawiającej życie w Indonezji na przykładzie rodziny Sjamsuddin, której przyglądał się kilkanaście lat. Ale także nasi sąsiedzi, Czesi, mogą pochwalić się znakomitym Obywatelem Havlem. Kamera w bardziej lub mniej oficjalnych chwilach towarzyszyła prezydentowi Havlowi przez 13 lat. Szkoda, że nic podobnego nie powstało w Polsce. Losy przynajmniej niektórych osób naszego życia publicznego mogłyby stanowić świetny materiał na taką właśnie filmową opowieść. Warto jednak zwrócić uwagę na piękny obraz Hanny Polak – Swalka: Historia Julii. Reżyserka przez 12 lat przyglądała się życiu tytułowej bohaterki, po raz pierwszy, gdy ta była jeszcze małą dziewczynką. Jest to zarazem opowieść o ludziach bezdomnych, żyjących na wysypisku śmieci (swalce) nieopodal Moskwy. Wcześniejszy film Polak, Dzieci z Leningradzkiego, w 2005 r. nominowany był do Oscara. Do bohaterów swoich filmów powracał po latach także Marcel Łoziński i za każdym razem ze spotkań tych rodziły się interesujące opowieści. Warto sobie uzmysłowić, że bohater w filmie dokumentalnym nie jest tylko kolejną maską wizji zapisanej w scenariuszu, jakąś nową jej odsłoną, która musi pasować do linii dramaturgicznej. Tutaj najczęściej życie dyryguje przebiegiem zdarzeń.

W podróż w czasie zabiera nas także Bartosz Konopka.

I jest duża szansa, że jego film Sztuka znikania zjedna sobie szeroką publiczność. W zamyśle ma on być komedią dokumentalną ze sznytem sentymentalnego powrotu do ostatnich lat czasów peerelowskich. Pokazanie tego okresu z nowej perspektywy może okazać się walorem filmu.

Szaman voodoo przyjeżdżający do Polski w przededniu stanu wojennego? Pomysł wydaje się intrygujący, ale i niełatwy w realizacji…

Podejmując się pracy nad filmem, Konopka musiał z pewnością dobrze wiedzieć, czym dysponuje. Być może znalazł coś ciekawego w archiwach. Dzięki elementom rekonstrukcji, która jest mocną stroną tego reżysera, film może być dla odbiorcy zaskoczeniem.

Już w latach siedemdziesiątych zwracano uwagę, że film dokumentalny przestaje być zapisem konkretu, czymś czystym gatunkowo, a zmierza w kierunku uogólnienia i metafory, staje się spektaklem. Jednocześnie w głównym nurcie polskiego filmu dokumentalnego, bardziej lub mniej oficjalnie, wyodrębnia się szkoły Karabasza, Bossaka, Łozińskiego, Fidyka, a do nich z kolei przypisuje się resztę twórców, bliższych tym mistrzom ideowo lub formalnie. Czy takie rozróżnienia są dziś aktualne?

Tego typu podziały i klasyfikacje miały sens i broniły się jeszcze 10 lat temu, obecnie tracą już na znaczeniu. Na scenę weszli nowi twórcy, którzy intensywnie szukają swojego języka. Do której ze szkół należałoby przypisać twórczość Tomasza Wolskiego, czy Michała Marczaka? Jesteśmy dziś świadkami niejako „podziału dzielnicowego” stylistyk. W obrębie filmu dokumentalnego panuje duży ferment. Myślę, że ta sytuacja nie zmieni się szybko i będzie stanowić czynnik stymulujący nowe twórcze poszukiwania. Marczak należy do ostatniej fali młodych utalentowanych twórców, ale wydaje mi się, że na tym nie koniec. Wkrótce dojdzie do głosu kolejne nowe pokolenie, a wraz z nim zapewne całkiem nowe środki wyrazu.

Ciekawe jest śledzenie ewolucji języka filmu. Dziś metafora spełnia inną funkcję niż miało to miejsce kiedyś, gdy z powodu cenzury nie można było mówić wszystkiego wprost. Ale poszukiwanie odpowiedniego stylu, języka daje w dalszym ciągu ogromne pole do inwencji, a gdy udaje się ten własny idiom znaleźć – szansą na sukces.

Być może polscy twórcy będą szukać ukrytych metafor, bo to, jaka Polska jest, każdy widzi. Wszystkie problemy, z jakimi się borykamy albo wszystkie te strachy, które mamy w tyle głowy, są już zuniwersalizowane. Może ktoś odważy się zrobić film o Polsce po Euro, który nie będzie opowieścią wprost, ale właśnie wykorzystującą język metafory filmowej, z wnętrza której tę naszą dzisiejszą Polskę będzie lepiej widać? Mam także nadzieję, że Marcinowi Koszałce w filmie o Euro, Będziesz legendą, człowieku, który realizował z dużym rozmachem, udało się pokazać Polskę Anno Domini 2012, a nie jedynie gołe emocje związane z wielką imprezą sportową, i że będzie to metafora naszego społeczeństwa.

Guy Debord w Społeczeństwie spektaklupisał o cząstkowych ujęciach rzeczywistości, które łączą się w nową całość, tworząc odrębne pseudoświaty. Wydaje się, że opis ten dobrze oddaje dzisiejsze zabiegi dokumentalistów, którzy częściej przetwarzają niż rejestrują. Ramy, które nakładają na rzeczywistość sprawiają, że ich dzieła ocierają się…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Spór o zło