Subskrybuj

Ten zły w nas

Agresja przy obecnych komfortowych warunkach bytowania nie jest już zasadniczo potrzebna i z mechanizmu przystosowawczego przeobraziła się w destruktywny. Rozmawiamy jako intelektualiści XXI w., a w głowach mamy jeszcze zbieracza-łowcę z paleolitu. To jest ten zły w nas, któremu czasami udaje się wyjść na zewnątrz.

Kto ma nam więcej do powiedzenia na temat takich eskalacji zła jak masakra na wyspie Utoya czy niedawne strzelaniny w USA: filozof, psycholog, socjolog czy neurobiolog?
Wszyscy. Przypadki masowej agresji to tak złożone fenomeny, że każda ze wspomnianych profesji za pomocą własnych metod i sposobów analizy przyczynia się do stworzenia jak najbardziej wszechstronnego i całościowego obrazu tych zjawisk. Ze swojej strony będę jednak podkreślał, że ogromną rolę w dotarciu do wiedzy na ich temat gra może nawet nie tyle sama neurobiologia, ile neuropsychologia. Zarówno bowiem rzetelny psycholog, jak i socjolog powinien w swojej pracy uwzględniać ten dziś już chyba oczywisty fakt, że zachowania człowieka – także te zbiorowe – są związane z mechanizmami funkcjonowania jego mózgu.

A filozof?
Na temat przyczyn zła filozof ma dziś do powiedzenia najmniej. Filozofia nie jest nauką, gdyż jej tez nie da się eksperymentalnie obalić. Dane twierdzenie może uchodzić za naukowe tylko wtedy, gdy można sobie pomyśleć doświadczenie, które je potwierdzi lub zaneguje w jednoznaczny sposób. Filozofowie mają do odegrania ważną rolę o tyle, że umieją spojrzeć na problemy naukowe z szerszej, ogólniejszej perspektywy i próbują dokonywać pewnych syntez. Jest to potrzebne jako przeciwwaga dla drobiazgowego, nastawionego na szczegół podejścia naukowego. Naukowcy bowiem często bardzo zawężają swoje spojrzenie. Dla przeciętnego uczonego o wiele ciekawsze są zachowania szczura niż analiza wielkich katastrof. Miejsce filozofii widzę obok wybitnych dzieł literatury i sztuki, bez których bylibyśmy ubożsi w rozumieniu zła.

Do czasu gdy złem zajmowała się filozofia i religia, przynależało ono bezsprzecznie do jednych z najbardziej tajemniczych i mrocznych spraw duchowych. Czy coś z tej metafizycznej aury ostało się pod bezwzględną lupą nauki?
Rzeczywiście, nauka w pewnym momencie zaczęła intensywnie zajmować się kwestiami dobra i zła. Próbowano sprawdzić, czy te pojęcia, tak silnie zakorzenione w kulturze zachodniej, są uniwersalne, czy też nie. Badania potwierdziły, że we wszystkich kulturach na świecie ludzie wiedzą, że rzeczy dzielą się na dobre i złe, że należy robić te dobre, a unikać złych, a więc, iż jako gatunek jesteśmy wyposażeni w pewien zmysł moralny. W jaki sposób on działa? By na to pytanie odpowiedzieć Mark Hauser i jego współpracownicy z Zakładu Psychologii Uniwersytetu Harvarda, przeprowadzili szeroko zakrojone badania nad wyborami moralnymi wśród internautów. Opracowali testy, które polegały na rozwiązywaniu dylematów moralnych – dokonaniu wyboru między dwoma możliwościami w sytuacji, w której żadna z nich nie może być uznana za dobrą. Okazało się, że większość ludzi rozwiązuje je w analogiczny sposób. Najciekawsze było jednak to, że wybory te są podobne w różnych kulturach niezależnie od cywilizacji, religii, wykształcenia, rasy czy płci i pomimo tego, że badani dawali bardzo różne ich uzasadnienia! Hauser wysunął przypuszczenie, że podobnie do „gramatyki języka”, umożliwiającej nauczenie się mowy, mózg jest wyposażony w „gramatykę moralności”, odpowiedzialną za powstanie systemów moralnych, w oparciu o które budujemy nasze więzi społeczne.

Zatem religia i duchowość zostają odsunięte na dalszy plan?
Nauka na pewno nie może uwzględniać proponowanej przez nie perspektywy, ale bada zarówno je same, jak i związki łączące je z moralnością. Religie są powszechne tak samo jak normy moralne. Fakt ten każe przypuszczać, że powstały one w toku ewolucji na skutek działania określonych systemów neuronalnych. Struktury odpowiedzialne za religijność i moralność są ze sobą silnie sprzęgnięte i występują w mózgach wszystkich normalnych osobników naszego gatunku. A więc zło i dobro także na poziomie neurobiologii pozostaje w związku z religijnością, choć przypuszczam, że nie takiej odpowiedzi Pani oczekiwała. Ciekawa, bo sprzeczna z naszymi intuicjami na temat relacji religii i moralności, jest hipoteza „lewopółkulowego objaśniacza świata” wysunięta przez Michaela Gazzaniga. Mówi ona, że choć wiele aktywności naszego mózgu zachodzi nieświadomie, to te, którym uda się przebić do poziomu świadomości, koniecznie musimy sobie wytłumaczyć i w wytłumaczenia te mocno wierzymy. Dlatego z naukowego punktu widzenia to moralność poprzedza religię, a nie na odwrót! Na pewnym etapie nasz mózg musiał sobie wytłumaczyć istnienie moralności i stworzył w tym celu systemy religijne. Co nie oznacza, że wierzenia religijne nie objawiają nam jakiejś prawdy. Te kwestie pozostają jednak poza zasięgiem zainteresowania nauki.

Wierzenia ludzi, choć powszechne, niekiedy bardzo się jednak od siebie różnią, podobnie jak wyznawane wartości moralne. Jak to więc możliwe, że badania, o których Pan wspominał, ujawniły przede wszystkim podobieństwa a nie różnice w wyborach moralnych?
Zmysł moralny jest pewną dyspozycją. Może się ona wypełnić różną treścią tak, jak różnymi językami możemy nauczyć się mówić w zależności od tego, gdzie się urodzimy. Dlatego też zdarza się, że to co w jednej kulturze uchodzi za dobre, w innej jest przejawem zła. Sama jednak umiejętność rozróżniania dobra i zła jest wrodzona, tak samo jak zdolność mówienia, a nawet więcej, bo nie tylko sama ta dyspozycja, lecz również pewne konkretne jej treści. Pierwsza część testów, o których wspominałem, sprowadzała się w istocie do pytania: czy można poświęcić życie jednej osoby, żeby uratować pięć? W zależności od przedstawionej sytuacji odpowiedzi na to pytanie, jak zresztą zakładano, były różne, ale niezwykle konsekwentne. W teście tym wykorzystano klasyczne już dylematy zwrotnicy i mostka, w których by uratować pięć osób, trzeba zabić jedną, a cała różnica sprowadza się do tego, że raz (dylemat mostka) trzeba dokonać tego własnoręcznie, spychając człowieka pod pociąg, a raz (dylemat zwrotnicy) przesuwając dźwignię tak, by rozpędzony tabor wjechał na boczny tor i uderzył w stojącą na nim jedną osobę. Choć ostateczny skutek w obu sytuacjach jest taki sam, istnieje między nimi zasadnicza różnica. Pierwszy przypadek wymusza bowiem pogwałcenie osobowych norm moralnych, drugi bezosobowych. Jak istotne jest to rozróżnienie pokazały reakcje osób badanych, które w większości nie decydowały się na własnoręczne zabicie człowieka, choć na przestawienie dźwigni już tak. Mamy w sobie więc wrodzony sprzeciw wobec pogwałcenia osobowych norm moralnych, są one uniwersalne. Jednak kontekst kulturowy gra niezwykle istotną rolę w kształtowaniu się moralności tak, że może w pewien sposób ukierunkowywać i modyfikować także ten głęboko zakorzeniony w naturze imperatyw. Wystarczy prosty, już teraz może nawet śmieszny, ale wiele mówiący przykład: jako dziecko byłem uczony, że dobry Niemiec to martwy Niemiec. To, że dziś mówię o tym z całkiem zewnętrznej perspektywy, pokazuje tylko jak bardzo zmienne jest to, co uważamy za dobro i zło, pomimo trwale istniejących w nas wrodzonych dyspozycji i jak wielką wagę posiada tu kultura i wychowanie.

Czy to oznacza, że z natury jesteśmy dobrzy i nieskorzy do krzywdzenia innych ludzi, a kultura tę skłonność do dobra w nas osłabia?

Nie. Zło tak jak dobro ma źródło w naszych instynktach. Kultura może je przeobrażać, tłumiąc jedne z nich, a wzmacniając inne, ale one same już w nas tkwią.

A więc jednak jesteśmy źli z natury?
Agresywni. A to nie to samo.

Agresja nie jest zła?
Co to znaczy zła agresja?

Czy to nie tautologia? Każdy przejaw agresji jest czymś złym, pomimo tego, że niektóre z jej form jesteśmy skłonni usprawiedliwiać, jak np. agresję w obronie własnej.
A uprawianie sportu czy sztuki nazwałaby Pani złem? Z pewnością nie. A są to zrytualizowane, wysublimowane formy agresji. Zapewniam Panią, że jest ich o wiele więcej. Zwykliśmy utożsamiać agresję ze złem, ale skądinąd wiemy – przekonują o tym badania naukowe – jest ona często czymś bardzo dobrym, pełni wiele ważnych, pozytywnych funkcji tak w życiu jednostek, jak i w obrębie całych grup, także gatunku. Nauka nie zajmuje się złem jako takim, bo nie wartościuje moralnie, choć sama moralność, o czym wspominaliśmy, może być przedmiotem jej badań. Ale nie jest też tak, że zło i agresja nie mają ze sobą nic wspólnego – mają – bardzo wiele. Dobrze tę niejednoznaczną zależność obu terminów oddaje tytuł książki wybitnego etologa Konrada Lorenza Tak zwane zło (2003). Poszukując odpowiedzi na pytanie o zło w nauce, trzeba o tej niejednoznaczności pamiętać. Człowieka obojętnego na krzywdę komuś wyrządzaną, a psychicznie i fizycznie zdolnego do stanięcia w obronie ofiary, nazwiemy złym, ale agresywnym – żadną miarą. Definicja agresji jako świadomego działania mającego na celu skrzywdzenie lub uszkodzenie przedmiotu działania pokrywa się jednak z tym, co najczęściej mamy na myśli, mówiąc o złu w sensie moralnym.

By nawiązać do słynnego filozoficznego pytania: skąd agresja?
Agresja pełni w świecie zwierząt szereg ważnych funkcji przystosowawczych i zazwyczaj związana jest z konkurencją o środki do życia, a więc pokarm i terytorium, a także z obroną potomstwa oraz reprodukcją. Człowiek także jest gatunkiem agresywnym. Gdyby nim nie był, już by nie istniał, gdyż dawno zostałby wyparty przez konkurencję lub w najlepszym razie nadal skakałby z gałęzi na gałąź gdzieś w Afryce. Agresja okazała się w naszym przypadku nie tylko najlepszym sposobem obrony, lecz także, odpowiednio przeformułowana, niebywałym motorem rozwoju. Dlatego też skłonności agresywne wzmacniane przez dobór naturalny do dziś przetrwały w naszych genach. Problem w tym, że agresja nastawiona na ochronę życia i zdobycie pożywienia, przy obecnych komfortowych warunkach bytowania we współczesnym cywilizowanym społeczeństwie, nie jest już zasadniczo potrzebna i z mechanizmu przystosowawczego przeobraziła się w destruktywny. Rozmawiamy tu jako intelektualiści XXI w., a w głowach mamy jeszcze zbieracza-łowcę z paleolitu, który rozumuje prymitywnie i wie, że jeśli pod ręką jest jedzenie, to trzeba się najeść, jeśli ktoś zagraża życiu, to należy go zabić, a jak nadarza się szansa na kopulację, to nie można przejść obok niej obojętnie, bo następnym razem partnerki lub partnera może już nie być. To jest ten zły w nas – Mr. Hyde – któremu czasami udaje się wyjść na zewnątrz.

A zazwyczaj gdzie się ukrywa?

Ponieważ agresja występuje nawet u najbardziej prymitywnych zwierząt, główne jej ośrodki znajdują się w najstarszych i najbardziej prymitywnych obszarach mózgu, tzw. archipalium. Ważnym jej ośrodkiem jest także układ limbiczny w paleopalium (starej korze), odpowiedzialny za emocje. Ale nie bez znaczenia jest także kora mózgowa (neopalium), która pozwala zaplanować działania agresywne. Jeśli jednak uprzeć się, by wskazać, gdzie bije źródło agresji w naszym mózgu, gdzie leży „układ zła”, byłoby to jądro migdałowate (amygdala), część układu limbicznego. Reakcje tego układu są hamowane przez korę mózgową. W uproszczeniu można więc powiedzieć, że podkorze to nasz Mr. Hyde, a kora mózgowa to Dr. Jekyll.

Kiedy Mr. Hyde bierze górę nad Dr. Jekyllem?
Przede wszystkim zawsze wtedy, gdy osłabione zostanie działanie kory mózgowej, np. za pomocą alkoholu. W kontrolowanych ilościach pozwala się on po prostu rozluźnić, gdyż blokuje odpowiadającą za kontrolę korę mózgową. Ale to rozluźnienie oznacza również osłabienie mechanizmów hamujących agresję, dlatego większość przemocy domowej w Polsce jest pochodną nadmiernego spożycia alkoholu. Jedną z metod, za pomocą której najłatwiej wywołać agresję, jest jednak również – mowa. Dlaczego? Bo jeśli prześledzimy szlaki, które idą ze ślimaka w uchu do kory mózgowej, to okaże się, że na wysokości wzgórza część z nich się rozdziela i trafia od razu do jądra migdałowatego, odpowiedzialnego za reakcje emocjonalne. Z tego powodu nie tyle sama treść wypowiedzi, ale ton głosu i sposób mówienia może łatwo wywołać w innych zachowania agresywne. Ale mowa aktywuje także korę mózgową, która z kolei bardzo hamuje amygdalę. Dzieje się tak, ponieważ inny szlak wychodzący ze ślimaka kończy się dopiero w korze. Rzymskie przysłowie, które mówiło, że będąc w gniewie, należy przed podjęciem decyzji policzyć do dziesięciu, w języku neurobiologii znaczy: uruchom korę mózgową, to zablokujesz reakcje emocjonalne. Na tym polega w zasadzie praca mediatorów policyjnych, którzy wkraczają np. kiedy człowiek usiłuje popełnić samobójstwo. Wtedy nie jest tak naprawdę ważne co taki mediator mówi, ważne jest, że pobudzona zostaje kora słuchowa, która wysyła hamujące sygnały do jądra migdałowatego, i w ten sposób obniża poziom agresywności, w tym patologicznym przypadku skierowanej wobec samego siebie.

Czy chce Pan powiedzieć, że zło, nawet to wielkie, jest wynikiem działania w nas pierwotnych, prymitywnych instynktów?
Tak, ale zazwyczaj by mogły się one uwolnić na wielką skalę, trzeba wydrążyć do nich dziurę, a w takiej roli świetnie sprawdzają się wszelkie ideologie. O tym, że zło ujawnia się w sprzyjających ku temu warunkach, przekonują eksperymenty Philipa G. Zimbardo i Stanleya Milgrama. Ten ostatni zanim przeprowadził swoje doświadczenie, poprosił czterdziestu psychiatrów, by przewidzieli, jak będą zachowywać się jego uczestnicy. Szacowali oni, że przemocy wypływającej z posłuszeństwa autorytetowi, którą w tym przypadku było karanie drugiej osoby wstrząsem elektrycznym, dopuszczą się tylko nieliczne jednostki, pod jakimś względem anormalne, sadyści. Według ich oceny większość badanych, karząc innych na rozkaz, nie użyje bodźca przekraczającego 150 V, mniej niż 4 % będzie wykonywać rozkaz jeszcze przy użyciu napięcia 300 V, a tylko 0,1% dojdzie do 450 V. Jak bardzo się mylili! Większość uczestników była posłuszna do końca. Żaden nie przestał wymierzać wstrząsów, zanim nie osiągnął 300 V, a aż 60% uczestników doszło do 450 V. Choć w większości czuli się z tym źle i protestowali słownie, nie przestali wykonywać poleceń. W taki sposób działa każda dobra ideologia. Przekonuje nas, że dla dobra sprawy musi dopuścić niekiedy rzeczy, które normalnie uznalibyśmy za złe. Pawka Morozow zadenuncjował NKWD rodziców jako wrogów ustroju socjalistycznego, nie dlatego że miał wyjątkowo szkaradny charakter, lecz dlatego że wmówiono mu, że to, co robi, jest słuszne. Tak działa każda dobra organizacja – sprawia, że człowiek całkowicie się w niej odnajduje, przyjmując postawę wyznawcy. Sam coś o tym wiem, bo w wieku 12 lat zapisałem się na przekór rodzicom do Związku Młodzieży Polskiej. Zanim odszedłem po kilku latach, na własnej skórze przekonałem się, jak olbrzymia jest moc ideologii. Zawsze staramy się znaleźć usprawiedliwienie dla naszej agresji, czyli zdajemy sobie sprawę, że ona sama jest czymś złym, a z drugiej strony tak łatwo przychodzi ją nam „uzdrowić”, racjonalizując ją.

Czy ostatecznie u źródeł agresji leżą emocje, a to, co nazywamy potocznie rozumem, ma udział w złu o tyle, o ile dostarcza nam racjonalizacji dla działań agresywnych?

Emocje rzeczywiście są bardziej prymitywne, odpowiadają za nie starsze struktury mózgu, które bezpośrednio służyły przeżyciu, a więc głównie sterowały reakcjami typu „walka lub ucieczka”, zatem par excellence agresywnymi. Istnieją jednak dwa rodzaje agresji i mają one odmienne podłoże neuronalne. Jedna z nich jest emocjonalna, druga chłodna.

Badał je na kotach z wykorzystaniem metod kontrolowanego pobudzania odpowiednich struktur elektrodami Allan Siegel. W przypadku tej pierwszej mamy do czynienia z tzw. wściekłą obroną. Kot walczący z psem czy innym kotem syczy i warczy, wymachuje pazurami, stroszy sierść. Ofiara takiej agresji jest gryziona po całym ciele, a jeśli napastnikowi uda się ją uśmiercić, to także maltretowana. Całkiem inaczej przebiega natomiast chłodny atak drapieżczy. Kot cicho skrada się do ofiary i jednym chwytem ją zabija. Tak poluje na myszy, żaby czy ptaki. Zwłoki nigdy nie są maltretowane. Kot domowy, który nie żywi się upolowaną zdobyczą, zazwyczaj przynosi ją w darze swoim właścicielom. Takie dwa typy agresji występują też oczywiście u innych zwierząt, a także u człowieka. Jak różne formy potrafi przybierać agresja najlepiej widać w rozwoju dziecka. Trzylatkiem targają napady wściekłości, rzuca się na podłogę, wrzeszczy, krzyczy, kopie. Wtedy dominują te najbardziej prymitywne mechanizmy. Potem układ limbiczny lepiej się wykształca i już siedmiolatek, choć może być tak samo wściekły jak dawniej, umie się hamować. Wie, że niekiedy, żeby coś dostać, lepiej jest się uśmiechnąć niż krzyczeć. Natomiast gdy w pełni rozwinie się nasza kora mózgowa, możemy doprowadzić naszą agresję do niebywałych poziomów wysublimowania i uczynić niezwykle skuteczną. W pamiętnikach Rudolfa Hössa, komendanta obozu w Oświęcimiu, uderza, jak bardzo był dumny, że udało mu się cały proces od wejścia transportu do komory gazowej po dym z pieców krematoryjnych zamknąć pod jednym dachem. To jest przecież intelektualna robota!

Przerażająca jest umiejętność odseparowania się od ofiary.To prawda, bo wtedy też agresja przestaje być odczuwana jako zło. Jest to też moje…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Spór o zło