Nowy Rok 1972 Anna i Jerzy Turowiczowie powitali z butelką wina i z najmłodszymi wnukami, Maćkiem i Michałem Smoczyńskimi, których rodzice noc sylwestrową spędzali w Beskidzie – w domu Danuty i Jana Józefa Szczepańskich w Kasince Małej. Jakiś czas po północy pojawił się z szampanem Miotek, czyli ks. Mieczysław Maliński. Ks. M.M., autor drukowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego” od końca lat 50. tzw. ramek – rozważań na temat niedzielnego fragmentu Ewangelii, toast wypił tylko z panią Anną. Naczelny „Tygodnika Powszechnego”, który miał za sobą wyczerpujący pobyt w Rzymie, skąd pisał relacje z synodu biskupów dla swojego pisma, ledwo stał na nogach i tuż po dwunastym kurancie, kiedy można było przyjąć, że rok 1972 jest rozpoczęty, położył się do łóżka.
„Taki to był nasz Sylwester” – napisał w południe w liście do Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego – przyjaciół, którzy od kilku miesięcy mieszkali za Atlantykiem, w Des Moines w stanie Iowa. To był pierwszy list pisany w Nowym Roku, Jerzy Turowicz zdradzał więc plany podróżnicze: luty – wyjazd do Brazzaville w Kongu „na małe sympozjum europejsko-afrykańsko-chrześcijańskie”. Wiosna – wyjazd do Niemieckiej Republiki Federalnej. Jesień – sześciotygodniowy objazd po USA: od Wschodniego Wybrzeża do San Francisco. A do tego zaproszenia do: Anglii, Holandii, Belgii. „No ale wszędzie przecież nie pojadę, bo pracuję w »TP«” – konkluduje naczelny „Tygodnika”.
Przedwyborcza gorączka i msza
Nie tylko obowiązki związane z prowadzeniem ważnego w kraju pisma ograniczały możliwości podróżnicze Turowicza. Równie skuteczne w przykrawaniu marzeń do rzeczywistości było Biuro Paszportowe, które arbitralnie, na podstawie decyzji administracyjnej, mogło się nie zgodzić na wyjazd naczelnego „Tygodnika”. Turowicz przekonał się o tym nie raz, także w lutym 1972 r., kiedy ostatecznie odmówiono mu wydania paszportu na podróż do Konga („właśnie w tym czasie był tam zamach stanu, co mogło być, owszem, interesujące, ale nie pojechałem – szkoda” – skwituje odmowę w następnym liście do przyjaciół w Stanach, z 17 marca). Z tego samego powodu na panewce spaliła idea wyjazdu do Holandii na seminarium poświęcone tematyce polityki bez przemocy.
W kraju nie brakowało jednak pasjonujących wydarzeń. Podczas IV zjazdu PZPR w grudniu 1971 r. pierwszym sekretarzem Komitetu Centralnego rządzącej partii został Edward Gierek, premierem rządu w miejsce Józefa Cyrankiewicza obrano Piotra Jaroszewicza. Na 19 marca 1972 r. wyznaczono wybory do Sejmu.
W kalendarzu Turowicza już 3 stycznia znajduje się pierwsza nota na temat środowiskowej narady przedwyborczej. Odbyła się „u Jacka”, czyli w mieszkaniu Mai i Jacka Woźniakowskich przy Wyspiańskiego w Krakowie. Poza gospodarzem byli redaktorzy „Tygodnika”: Krzysztof Kozłowski, Mieczysław Pszon, Stanisław Stomma, Turowicz oraz redaktor miesięcznika „Znak” – Stefan Wilkanowicz. Z Warszawy przyjechał Tadeusz Mazowiecki, redaktor naczelny miesięcznika „Więź”.
Spotkanie poprzedzało wyznaczoną na godzinę 10.00 dnia następnego „aud. u Klasy”, jak pisze Turowicz w kalendarzu, czyli audiencję u Józefa Klasy, który w latach 1971–75 był pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie. O 13.00 kolejna narada, tym razem w mieszkaniu Jana Józefa Szczepańskiego przy ulicy Helclów, przed zebraniem krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich (z udziałem: Jana Błońskiego, Stanisława Lema, Jerzego Kwiatkowskiego, Leszka Elektorowicza). Można się domyślać, że rozmowy redaktora, dwóch profesorów literatury, dwóch pisarzy i poety dotyczyły wyboru kandydatów na delegatów, którzy mieliby reprezentować krakowski Związek na lutowym walnym zebraniu ZLP w Łodzi. Nie były to wybory bez znaczenia. Organizacja, zrzeszająca ludzi żyjących z pisania, nie była bowiem tylko związkiem zawodowym, przede wszystkim reprezentowała środowisko literatów przed władzami. Bywało, że podczas zjazdu dyskutowano także o wolności słowa, działalności cenzury, ograniczanych przydziałach papieru.
Turowicz w wyborach delegatów przepadł, uzyskując 29 głosów na ponad 70 możliwych do zdobycia. O 22.00 kończą się obrady literatów, ale naczelny „Tygodnika” nie zbiera się do domu – znajduje czas dla przyjaciół. Z Ewą Lipską idzie na bigos, a z innym poetą, Tadeuszem Nowakiem, na wódkę.
Na zjazd ZLP Turowicz ostatecznie nie pojedzie nawet w charakterze sprawozdawcy „Tygodnika”. Pojechał natomiast piszący od roku felietony dla jego pisma Antoni Słonimski. „Myślałem, że wieczorem odkuję się na bankiecie, ale ledwo dopchałem się do bufetu i zdobyłem kawałek szynki koloru marengo w czerwony rzucik. Ze spaniem też nie było najlepiej. Oślepiony reflektorami zdrzemnąłem się trochę w czasie paru sprawozdań, ale budziły mnie oklaski, bo sen mam lekki” – streszczał Słonimski „najważniejsze” wydarzenia zjazdu w felietonie Notatki z podróży do Łodzi. Felieton w całości zrzuciła cenzura; został opublikowany dopiero 20 lat po zjeździe, 16 po śmierci autora.
Kalendarzowe zapiski Jerzego Turowicza z później zimy 1972 r. zdominowuje jeden temat: wybory. Między początkiem stycznia a dniem wyborów usiłowano sobie poradzić z „rozwiązywaniem kwadratury koła”, jak Turowicz nazywa środowiskowe konwentykle przedwyborcze w liście do Międzyrzeckich, podczas niemal 20 spotkań organizowanych w Krakowie i Warszawie. Wydarzenia opisuje lapidarnie: „Komisja Konsultacyjna – ja przewodniczę, wybuch Kostka [Konstantego Łubieńskiego], nasza Victoria (?)” (Warszawa, 9 stycznia); „Andrzej [Święcicki] łamie się, godzi się kandydować” (Warszawa, 15 stycznia); „13.30–15h z Wackiem A.[Auleytnerem] w »Café Nowy Świat« – rozmowa bezpłodna. 15h u Stommów – obiad, drzemka, narada” (Warszawa, 17 stycznia); „KIK – spotkanie z redakcją »Więzi« – Mazowiecki, Wieczorek, Szpakowski – dyskusja 70 proc. wariatów + Jacek [Woźniakowski], Stefan [Wilkanowicz], Krzysztof [Kozłowski], ja” (Kraków, 27 stycznia); „u kardynała Wojtyły – obie redakcje + Henio Krzeczkowski – kolacja, dyskusja o Kole Znak etc.” (Kraków, 28 stycznia).
I tak właściwie bez końca, aż do 19 marca. Sprawa reprezentacji środowiska podczas wyborów, mimo lakoniczności notatek Turowicza, wyglądała jednak poważnie.
Andrzej Wielowieyski, wówczas redaktor miesięcznika „Więź”, członek KIK-u od 1956 r.: „Przed wyborami do Sejmu w marcu 1972 r., kiedy trzeba było przedstawić nowych kandydatów na posłów (m.in. nie wchodziła już w grę osoba Mazowieckiego ze względu na jego ostre protesty podczas wydarzeń marcowych w ’68 r.), zaproponowano Wacława Auleytnera, którego myśmy w KIK-u na posła nie chcieli”.
Dyskusje dotyczyły kształtu list wyborczych, ale spór był o wiele głębszy – dotyczył metody działania środowiska. Czy należy, jak do tej pory, traktować działalność polityczną koła posłów Znak jako mniej ważną niż zadania formacyjne, które spoczywają na redakcjach „Tygodnika Powszechnego”, „Więzi” i Znaku (miesięcznika oraz wydawnictwa)? A może jednak trzeba zmienić front i dążyć do porozumienia z władzami, jeśli tylko cena tego nie byłaby za wysoka, w ten sposób uzyskując możliwość szerszego działania? Zwolennikiem tej drogi był m.in. jeden z posłów koła Znak – Janusz Zabłocki.
Andrzej Wielowieyski: „Kraków nie zawsze rozumiał te nasze spory, choć Turowicz czy Stefan Wilkanowicz dobrze się orientowali w wewnętrznych różnicach ideologicznych. Konflikt w środowisku Klubów Inteligencji Katolickiej i koła posłów Znak narastał od przełomu lat 60. i 70. Część działaczy – w tym niektórzy nasi posłowie: Auleytner, Łubieński i właśnie Zabłocki – uważała, że należy być bardziej uległym wobec władz, bo to może dać szersze możliwości działania. Władze takiemu manewrowi byłyby bardzo przychylne, choćby dlatego, że łatwiej by im było wówczas usunąć spośród Znakowych posłów osoby dla władzy niewygodne”.
Zdaniem Wielowieyskiego, spory mogły się zakończyć różnorako; nie wyklucza nawet przejęcia warszawskiego KIK-u przez grupę Zabłockiego, czego próby były zresztą przez posła podejmowane.
Ostatecznie, w wyborach do Sejmu VI kadencji posłami zostali: Stanisław Stomma, który objął stanowisko przewodniczącego koła posłów Znak, Konstanty Łubieński, Janusz Zabłocki, Tadeusz Myślik i Wacław Auleytner. Ten ostatni zastąpił Tadeusza Mazowieckiego, na którego kandydowanie nie zgodziła się władza. To podczas tej kadencji Sejmu, w lutym 1976 r., podczas głosowania nad poprawkami do konstytucji PRL, które czyniły z PZPR „przewodnią siłę polityczną społeczeństwa w budowaniu socjalizmu” i gwarantowały sojusz z ZSRR, Stanisław Stomma – w geście najzupełniej symbolicznym – wstrzyma się od głosowania. Tym posunięciem przypieczętuje przejęcie koła Znak przez grupę Zabłockiego i swoje odejście od pracy parlamentarnej.
Jerzy Turowicz wrzuca kartkę do urny o godz. 17.00. Potem odwiedza matkę, Klotyldę Turowiczową, i siostry, Mariannę i Olawię, mieszkające w rodzinnej kamienicy przy Sobieskiego; wieczorem przychodzi na wino do swojej wicenaczelnej, Ziuty Hennelowej, i jej męża, Jacka, by celebrować imieniny Józefy. Jak zwykle, kiedy jest w Krakowie, o 21.30 razem z żoną uczestniczy w mszy w kolegiacie Świętej Anny. „Msza święta jest centralną sprawą w moim życiu” – powie Jackowi Żakowskiemu kilkanaście lat później podczas rozmów, które złożą się na książkę Trzy ćwiartki wieku. W kalendarzu skrupulatnie odnotowuje miejsca uczestniczenia w mszy: w Krakowie kościół p.w. św. Anny albo kościół Karmelitów na Piasku, w Warszawie kościół Wizytek.
Jan Turnau, publicysta „Gazety Wyborczej”, spokrewniony z Jerzym Turowiczem przez rodzinę jego matki: „Jak on musiał świetnie organizować sobie czas! Stefan Kisielewski ujął to kapitalnie i, mimo przekąsu, z najwyższym podziwem: »Turowicz na wszystkim się zna, na wszystkie imprezy chodzi, także na muzyczne, wszystko czyta. A ile on w kościele czasu traci!«. Bo Turowicz rzeczywiście chodził do kościoła i się modlił, a Kisiel był trochę protestant, trochę agnostyk i praktyki religijne Jerzego imponowały mu”.
Bruderschaft z ks. Tischnerem
Krzysztof Śliwiński jest pewien, że to był początek lat 70., dzień wspomnienia w liturgii Kościoła katolickiego św. Małgorzaty Marii Alacoque, której objawienia rozpowszechniły kult Najświętszego Serca Pana Jezusa: „Wychodzi na to, że musiał to być 14 października. Adaś Michnik obchodził urodziny. Z reguły zapraszał wówczas do siebie nawet ponad 100 osób. Co oczywiste w czasach, kiedy najważniejszego opozycjonistę uważano za wroga państwa, dochodząc do domu, wymijało się tajniaków, którzy bez większego skrępowania robili zdjęcia wchodzącym. Ja przyprowadziłem Turowicza. Jerzy przyjął zaproszenie bez wahania, choć zapewne zdawał sobie sprawę, że instytucja zajmująca się inwigilacją obywateli skrupulatnie rzecz odnotuje.
Jerzemu można było proponować takie rzeczy… W latach 80., gdy zajmowałem się sprawami zagranicznymi Solidarności i przyprowadzałem do Jerzego zagranicznych dziennikarzy i dyplomatów, czym też przecież władza się interesowała, Jerzy bez mrugnięcia okiem zostawiał redakcyjne gospodarstwo. Szedł z nami do »Szlacheckiego Jadła« i prowadził długie rozmowy o tym, co dzieje się w kraju, o sytuacji Kościoła, o nadziejach na zmianę”.
Jerzego Turowicza interesowali ludzie przede wszystkim: zarówno od poważnych spraw, jak od bagatelnych drobiazgów. Zapisane pracowicie karty kalendarza zapełniają więc spotkania i rozmowy, odnotowane zostają zarówno uroczyste kolacje, jak posiłki w siermiężnym barze „Kubuś” w Warszawie czy u „Kapusty” w Krakowie. Znajdują swoje miejsce wydarzenia z czyjegoś życia, nabierające znaczenia także w oczach Turowicza, który w zupełnie nie narzucający się sposób interesował się tym, czym żyją jego bliscy, przyjaciele i współpracownicy. Dla Turowicza każdy drobiazg był ważny i wart ocalenia od śmierci w mrokach niepamięci. Jakby całe życie przygotowywał się do napisania książki i sporządzane maczkiem notatki miały szansę okazać swoją użyteczność i niezbędność.
Kalendarz Turowicza zawiera więc: obejrzany z panią Anną film Kazimierza Kutza Perła w koronie („b. dobry, strajk w kopalni”); koniak, którym poczęstował przyjaciół w „Tygodniku” ks. Andrzej Bardecki, gdy został „kapelanem Jego Świątobliwości”; wystawę „Technika w szkolnictwie” otwartą w Akademii Górniczo-Hutniczej; przyjście na świat bliźniąt Anny Micińskiej, przyszywanej córki Turowiczów i znawczyni Witkacego; volkswagena Haliny Mikołajskiej, którym podwiozła go z warszawskiego dworca kolejowego do mieszkania Anieli Urbanowiczowej przy Nowym Świecie, gdzie zatrzymywał się podczas pobytów w stolicy; bruderschaft z ks. Józefem Tischnerem wypity 21 lutego, o godzinie 13.00; cztery dni później odebrany telefon od Ludwiga Zimmerera i Klausa von Bismarcka…
Miesiąc później zamieszcza informację o zawiązaniu koła Znak w Sejmie, którą przekazał mu Stanisław Stomma, opisuje naradę zarządu „fynansowego” spółki Znak (te narady, zdaniem świadków, niezwykle Turowicza nudziły), by dzień później poświęcić obszerny passus dwóm krakowskim wydarzeniom: wernisażowi wystawy malarstwa Jonasza Sterna w Pałacu Sztuki („tłumy – Lila Proszkowska, Ola Paczowska, Taranczewscy, Sandauer, Porębscy, Balzak, Skarżyńscy, Jaś Szcz.[epański]”) oraz wernisażowi wystawy fotografii Andrzeja Cybulskiego. Informacja o cenzurze szalejącej w numerze wielkanocnym sąsiaduje z wykrzyknikiem: „Anna kręgosłup!” oraz wzmianką, że Jerzy Turowicz przed wyjściem z domu musiał napalić w piecach, czym zwykle zajmowała się jego żona.
W połowie kwietnia, kiedy w Warszawie zajmuje się sprawą wizy na jesienny wyjazd do USA, Turowicz po spotkaniu z urzędnikiem ambasady biegnie na pokaz filmów brytyjskich, by obejrzeć Makbetaw reżyserii Romana Polańskiego. Trzy dni później informacja o przyjściu na świat syna Bohdana Cywińskiego sąsiaduje z opisem wyborów zarządu warszawskiego KIK-u: „Studentowicz, Osuchowski, Siła-Nowicki – obłęd. Wacek [Auleytner], Zabłocki – nuda blada. Święcicki, Cywiński, Śliwiński, Wielowieyski…