Artykuł ten stanowi pierwszą część cyklu poświęconego Jerzemu Turowiczowi. Przedstawia on redaktora naczelnego „Tygodnika” jako człowieka wierzącego; tematami dwóch kolejnych części będą: Turowicz jako obywatel i jako twórca kultury.
Redakcja
O Jerzym Turowiczu można powiedzieć, że był katolikiem integralnym. Kimś, dla kogo wiara jest elementem koniecznym do życia. Po prostu: jego warunkiem sine qua non.
Takie pojmowanie wiary wyniósł z domu rodzinnego, który opisywał jako „tradycyjny i bardzo religijny”, związany z Kościołem. Trudno się temu dziwić, jeśli się wie i pamięta, że z Turowiczami mieszkała ciotka, była wizytka, która ze względu na słabe zdrowie musiała zrezygnować z życia zakonnego. Z kolei ojciec Jerzego, sędzia August Turowicz, działał w Akcji Katolickiej, przyjaźnił się z wieloma księżmi i – również jako publicysta – ściśle współpracował z diecezjalnym tygodnikiem „Dzwon Niedzielny”. Atmosfera panująca w domu Turowiczów miała więc zapewne wpływ na późniejsze przekonania i wybory życiowe Jerzego i jego licznego rodzeństwa, zwłaszcza obu braci, którzy odkryli w sobie powołanie kapłańskie.
Rzeczą całkowicie naturalną była w tej rodzinie przynależność młodych do Sodalicji Mariańskiej. Organizacja ta – założona w Polsce przez ks. Józefa Winkowskiego – wydawała w Zakopanem własne pismo „Pod Znakiem Marii”. To właśnie tutaj Jerzy Turowicz, jako uczeń VI klasy gimnazjum, opublikował swój pierwszy w życiu artykuł.
Przyszły redaktor „Tygodnika Powszechnego” nie miał chyba nigdy wygórowanych ambicji teologicznych, choć teologów (zwłaszcza współczesnych) znał i namiętnie czytywał. Jego wiara, pojęta jako odpowiedź na katolickie Credo, ukształtowała się już w latach młodzieńczych (co nie znaczy, oczywiście, że potem – w wieku dojrzałym – nie nastąpił proces jej pogłębiania). On sam, pytany o to, w co i jak wierzy, z pewną powściągliwością odpowiadał, że nie przeżywał wątpliwości ani też nie przechodził kryzysów religijnych, co jednak – dodawał – wcale nie musi być zasługą, może bowiem świadczyć o katolicyzmie „łatwym”, a w każdym razie łatwiejszym aniżeli droga tych, którzy wątpią, kwestionują dobroć bądź mądrość Bożą i chadzają „nad przepaściami wiary”.
Turowicz wprawdzie wątpienia w istnienie, dobroć i wszechmoc Boga nie doświadczał, jednak dobrze je rozumiał. Zarówno jego samego, jak i formację, którą w ramach polskiego katolicyzmu współtworzył, cechowała przecież otwartość na pytania ludzi poszukujących. Czy to paradoks? „Myślę, że nie – komentował przed laty tę postawę Jarosław Gowin. – Trzeba [bowiem] niezachwianej wiary, (…) żeby z uwagą przyjmować argumenty tych, którzy wsłuchując się w »muzykę sfer«, słyszą lament nieodkupionego cierpienia, a nie dziękczynną harmonię”.
Wiara Turowicza chyba rzeczywiście była niezachwiana. Co ciekawe, spośród jego tekstów trudno wyłuskać artykuły poświęcone np. Trójcy Świętej, zmartwychwstaniu Jezusa czy nadziei na życie wieczne, czyli centralnym prawdom chrześcijaństwa. Takich tematów Turowicz starał się nie poruszać: znał bowiem granice swojej kompetencji, nie pozwalała mu też na to wrodzona dyskrecja, a poza tym wiedział, że – przy jego „dziecięcej” wierze i wrażliwości religijnej – tego rodzaju teksty przypominałyby jedynie streszczenie katechizmu. On zaś uważał, że lepiej sięgać do źródeł (w tym wypadku do samego katechizmu) aniżeli do najlepszych nawet omówień.
W dorobku publicystycznym Jerzego Turowicza znajdujemy za to ogromną liczbę tekstów o Kościele i katolicyzmie rozumianym jako droga i życiowy wybór. Bo tajemnica Kościoła (i katolickości, która oznacza powszechność) stanowiła jedną z największych jego fascynacji. Zaczęła się ona już w domu, między innymi dzięki prenumeracie i lekturze francuskich pism katolickich, została natomiast znacznie pogłębiona, kiedy Jerzy znalazł się na studiach we Lwowie (na Politechnice Lwowskiej), a potem w Krakowie (UJ). Młody Turowicz zaangażował się wówczas w działalność Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. To w tym właśnie czasie przeczytał, przemyślał i przedyskutował znakomitą – jak mówił – Istotę katolicyzmu Karla Adama. Wiele lat później, dodawał, „w tajemnicę Kościoła – jego funkcji w świecie nie tylko jako wspólnoty wierzących i drogi zbawienia dusz, ale także jako współtwórcy historii – wprowadziła go równie znakomita książka o. de Lubaca Katolicyzm”.
„Odrodzenie” było świetną szkołą chrześcijaństwa: uczyło młodych niedoświadczanego dotąd czynnego uczestnictwa w liturgii, stwarzało okazję do pracy charytatywnej oraz porządkowało świat i życie, dając podstawy filozofii tomistycznej. Symbolu tego całożyciowego uporządkowania można upatrywać w tytule lwowskiego pisma, którego publicystą i redaktorem naczelnym został wkrótce Turowicz: „Dyszel w głowie”. Autorem szczególnie dla niego ważnym był już wtedy Jacques Maritain, francuski filozof, odnowiciel tomizmu, myśliciel, który wywarł ogromny wpływ na Kościół powszechny.
Wróćmy jednak do „Odrodzenia”. Ci, którzy nim kierowali, pokazywali młodym, iż „wiara bez uczynków jest martwa”, „nie każdy, kto mówi: »Panie, Panie«, wejdzie do królestwa niebieskiego”, zaś ten, „kto powiada, że miłuje Boga, a brata swego nienawidzi, jest kłamcą” (z czego wynikała m.in. szczególna wrażliwość tego środowiska na grzech antysemityzmu). Członkowie „Odrodzenia” wiele czasu poświęcali też na poznawanie katolickiej nauki społecznej i lekturę papieskich encyklik: Rerum novarum i Quadragesimo anno, co – jak podejrzewam – już na całe życie ukierunkowało duchowy rozwój Jerzego Turowicza. To chyba właśnie wówczas ugruntowało się w nim powołanie do społecznego zaangażowania i umocniła świadomość, iż ma ono swój korzeń w Ewangelii.
„Fałszywym jest pogląd, że katolicyzm nie interesuje się porządkiem doczesnym, światem, człowiekiem i więzią łączącą go ze zbiorowością ludzką” – pisał Turowicz w programowym tekście W stronę uspołecznienia, opublikowanym…