Subskrybuj
Historyk sztuki, krytyk. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.

„Sztuka zaczyna się od patrzenia…”*

17 października zmarła prof. Małgorzata Kitowska-Łysiak. Była wybitnym historykiem sztuki, świetnym wykładowcą uniwersyteckim, wprowadzającym kolejne roczniki studentów w świat sztuki współczesnej, autorką wnikliwych tekstów. Była też kimś znaczniej więcej: wzorem i stałym punktem odniesienia dla wielu

Na stałe związała się historią sztuki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Tu ukończyła studia i poza latami 1978-1982, kiedy to kierowała Działem Sztuki Muzeum Lubuskiego w Gorzowie Wielkopolskim, pracowała na lubelskiej uczelni. Od 1982 r. jako asystent, od 1990 r. jako adiunkt, a wreszcie od 2003 r. jako kierownik Katedry Historii Sztuki Współczesnej Instytutu Historii Sztuki KUL. To wszystko nie wyczerpywało jednak Jej aktywności. Chyba nie do końca zdawano sobie sprawę z wielości zajęć, którym prof. Kitowska-Łysiak się poświęcała. Wspierała wiele ważnych inicjatyw, od schulzowskich spotkań w Drohobyczu począwszy, na Lubelskim Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych skończywszy. Przede wszystkim była zaś podporą dla innych, zwłaszcza młodych, którzy jako historycy czy krytycy sztuki dopiero stawiali zawodowe kroki. Wychowała całe grono piszących dziś o sztuce.

Zajmowała się historią i teorią sztuki XIX i XX w., ale pisała też o twórczości współczesnej. Dziesiątki Jej tekstów ukazywały się zarówno w tomach zbiorowych i pismach specjalistycznych, jak i na łamach m.in. „Kresów”, „Nowych Książek”, „Odry”, „Tygodnika Powszechnego” czy „Znaku” (w tym ostatnim w latach 2000-2001 prowadziła rubrykę autorską Niepewność oka). Część z nich zebrała potem w autorskich wyborach: Ślady (1999) oraz Rzeczywistość obrazu (2007). Zajmowała się twórczością krytyczną Wilhelma Feldmana, wnikliwie interpretowała prace Artura Nachta-Samborskiego i Aliny Szapocznikow, pisała o Tadeuszu Borucie, Grzegorzu Bednarskim, Aldonie Mickiewicz i wielu innych. W ostatnich latach wiele uwagi poświęciła Grupie Zamek. Szczególne ważny był dla niej jednak Brunon Schulz. Była najwybitniejszym znawcą jego dorobku plastycznego, choć to stwierdzenie zapewne by Ją oburzyło. Równie wnikliwie analizowała jego teksty. Opracowywała jego twórczość, zredagowała kilka poświęconych mu tomów, a swoje studia o nauczycielu z Drohobycza zebrała w autorskim tomie Schulzowskie marginalia (2007). Ostatnio została członkiem zespołu redakcyjnego przygotowującego wydanie jego Dzieł wszystkich. Zdążyła opracować jedynie Xięgę Bałwochwalczą.

Jako badacz i krytyk potrafiła funkcjonować na pograniczu. Doskonale znała nie tylko sztukę i jej historię, ale także literaturę, filozofię czy film. „Metoda jej »sztuki krytycznej« – jak pisała tak bliska Jej prof. Elżbieta Wolicka – wnikliwej analizy, diagnostyki i oceny – z reguły ostrożnej i obwarowanej szeregiem znaków zapytania – polegała na mistrzowskim stosowaniu zabiegu kontekstualizacji”. Posiadała bowiem rzadką umiejętność lokowania opisywanej przez nią twórczości i samych artystów w szerszym tle: biografii i środowiskowych uwarunkowań, ideologicznych i artystycznych wyborów, życia instytucjonalnego czy też mód i zmiennych upodobań odbiorców. Miała też szczególną zdolność dostrzeżenia dzieł i rzeczy zazwyczaj uznawanych za drugorzędne, nieistotne bądź zbyt trywialne. Potrafiła wydobywać i nadawać im sens, dostrzec ich często nieoczywiste znacznie, jak w pamiętnym tekście Od biografii artysty do biografii historyka sztuki, w którym analizowała popularne, a dziś trochę zapomniane powieści Pierra’a La Mure’a czy Irvina Stone’a, które dla kolejnych pokoleń były pierwszym krokiem w świat sztuki. Jej erudycja nie przysłaniała sztuki. To zawsze były jej własne, odrębne odczytania, ze świadomością, że ostatecznie dzieło zawsze pozostanie dla nas tajemnicą. We wstępie do Śladów pisała: „Odbiorca sztuki jest w gruncie rzeczy skazany na samotność. Twórca adresuje doń swoje dzieło, ale przecież spomiędzy słów, dźwięków, plam barwnych czy układów elementów w przestrzeni on sam, adresat, musi odczytać jego sens. Zrobi to tak, jak będzie umiał, jak pozwoli mu na to zawartość własnej głowy i – można dodać – własnego serca, określana przez osobiste doświadczenie”. W patrzeniu na sztukę była wierna swoim wyborom, przekonaniom artystycznym i ideowym, ale to nie pozbawiało ją ciekawości i zrozumienia dla wyborów odmiennych, często bardzo odległych od jej własnych. Z niezwykłą uwagą pochylała się na dorobkiem innych. Pieczołowicie przygotowała…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy wierzymy w koniec świata?