Otóż już od kilku miesięcy my, współredaktorzy „Tygodnika Powszechnego” przez trzydzieści kilka lat, nie mieliśmy możliwości spotykania się, oboje przyhamowani przez choroby. W zamian za to, właśnie kontakt telefoniczny stawał się coraz żywszy i wydarzyło się dużo. Marek dzwonił, gdy wracał z kolejnego szpitala; dzwonił, pytając o następne wiadomości na temat zdrowia Krzysztofa Kozłowskiego; dzwonił, ilekroć wydał coś nowego…
Bo był do końca czynny twórczo tak, jak gdyby nic mu nie było. Zdążył przygotować antologię utworów poetyckich Karola Wojtyły w bardzo pięknym opracowaniu graficznym, potem podarował czytelnikom jedną z najcenniejszych rzeczy w całej swojej twórczości – Księgę pociechy. Modlitwy dla chorych (Kraków 2011). To książka, którą każdy może zanieść przyjacielowi do łóżka szpitalnego albo unieruchomionego przez chorobę w domu. Pamiętam, że po jej wydaniu zadzwoniłam do Marka, pytając z nadzieją, czy może któryś z jego wierszy z tej książki stał się pieśnią śpiewaną w kościołach, bo tak dobrze każdy z nich się do tego nadaje i mógłby zastąpić niejeden sentymentalny frazes (przykładem jest choćby Hymn o miłości, zaczynający…