Myśl Delfieux zdaje się iść na przekór pobożnym wyobrażeniom. Nie w ciszy, ale pośród rytmu życia miasta. Nie w oddaleniu od ludzi, ale przebywając pośród nich. I wreszcie: nie wyróżniając się pośród mieszkańców miasta, ale razem z nimi pracując, wynajmując mieszkania, stojąc w korkach i poszukując pracy. Jerozolimskie Wspólnoty Monastyczne wydają się paradoksalne, ponieważ idą na przekór naszym wyobrażeniom o monastycyzmie i szukaniu Boga. Myśl Delfieux jest jednak całkowicie biblijna: Nowy Testament kończy się obrazem miasta opisanym w Apokalipsie. „Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem zstępujące z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża. I oto usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą oni Jego ludem (…)” (Ap 21, 2–3). Po opisie górskich szczytów, nocach i dniach spędzonych na pustyni, czuwaniach w świątyniach – wszystkich miejsc niejako uprzywilejowanych, gdzie Bóg przemawiał – na końcu pozostaje tylko jedno miejsce. Miasto.
Teopolis
Miasto jest tym punktem, który określa moją tożsamość. Mieszkam w Olsztynie, nie chcę mieszkać w Warszawie – to stwierdzenie ma moc wyznania. Uciekam od miasta, aby zdążać do miasta. W innym mieście jest lepiej niż w tym. I nawet jeśli żyję z dala od miasta, to wciąż pozostaje ono trwałym punktem odniesienia mojego krajobrazu oraz moich wyborów. W taki czy inny sposób żyję w obrębie miasta. Nie powinno to dziwić, jeśli mamy w pamięci jego rozległe rozmiary. Tak, miasto jest wszędzie. Dociera na prowincję, wchłania ją. Unieważnia dotychczasowe podziały na wieś i metropolie. Granice są płynne, zachłanne. To, co jeszcze parę lat temu było granicą miasta, teraz jest jego dzielnicą. Tam gdzie niegdyś nie docierał autobus, teraz standard życia niebywale się podniósł – prowincja jest miastowa. I wreszcie: tam gdzie miasto nie spełnia moich oczekiwań, klnę pod nosem: co za wieś! Metropolia nie porządkuje już rzeczywistości, nie jest zbiorem niezmiennych stałych, dzięki którym mogę dokonać oceny tego, co tu i teraz. Miasto nie jest już niewzruszone, dostojne, niezmienne. Przeciwnie, wpisana weń jest metamorfoza, lifting, zmiennokształtność. Już nie tradycja, ale nowoczesność. Dlatego też miasto to obszar ciągłego napięcia, gubienia się i odnajdywania, styku przypadkowości i upartej determinacji. Nic nie jest w stanie opisać lepiej stanu duszy współczesnego człowieka niż metropolia. To nie twierdza wewnętrzna, nawet nie ogrody mistyków, tylko poszarpane, rozdziawione miasto, które upokarza i podnosi. Wszyscy jesteśmy naznaczeni, dotknięci przez miasto. Jesteśmy miastowi.
Beton, rynek, dzielnice upadłe i zakazane. Katedra i nowe świątynie neonowych bożków. Miasto męczy. Nieustannie lawiruje między Nierządnicą a Oblubienicą, Babilonem a obiecanym Jeruzalem. Miasto zawieszone między stygmatyzującym przekleństwem a życiodajną obietnicą. I jak tu żyć? Metropolia oferuje albo nadmiar możliwości i wrażeń, albo odczytuję miasto jako więzienie, z którego podejmuję rozpaczliwe próby ucieczki. Życie w mieście to wstąpienie na trudną drogę balansowania na krawędzi między tu a tam, między „już” a „jeszcze nie”. Samotność w skupisku ludzi. Bezrobocie w mieście żyjącym z pracy. Miasto poniżające, żyjące z wyzysku, choć jest materialnym zapisem dumy i wartości wyniesionych na sztandarach, herbach, dewizach.
Życie w sprzecznościach, mijające w paradoksach. I w tym całym galimatiasie obrazów, uczuć, Pierre-Marie Delfieux wprowadza tę myśl: miasto jest miejscem spotkania z Bogiem. Słowa o. Delfieux są z gatunku odkryć – to nic innego jak odczytanie tego, co już było dane. Jerozolima jest miejscem danym ludziom od Boga, to również miasto zbudowane przez ludzi dla Boga. Od tej pory te dwa obrazy – zstępowania i wstępowania – będą się wzajemnie przenikać. Miasto może wznieść do Boga, ponieważ Bóg zstąpił do miasta. Jezus zmierza do Jerozolimy, w jej obrębie dokonuje ustanowienia Eucharystii, zostaje zabity i pogrzebany, i wreszcie zmartwychwstaje. I domykający akord: Pięćdziesiątnica, zesłanie Ducha Świętego, dokonuje się w mieście. Kościół rodzi się w mieście. Odtąd nie ma już Greka ani Żyda, zostają przełamane bariery. Może wypadałoby poprowadzić ten temat dalej i napisać – od Zielonych Świątek jesteśmy mieszkańcami miasta, mieszkańcami teopolis. Miasto, a już na pewno miasto z zamykających Nowy Testament kart, to miasto przyjmujące. Otwarte. Bez granic, bo granicą-bez granic jest sam Bóg. To miasto gromadzące w jedno. Dlatego, jak sądzę, Delfieux powtarza tę samą myśl niczym mantrę: w sercu miasta, w sercu Boga. A nawet idzie dalej, uciekając w język metafory i w świat medytacji, gdy pisze w książce Mnich w mieście: „Miasto może nam dać Boga, ponieważ Bóg ofiarował się w mieście. Może ono nas ofiarować Bogu jako żywe hostie, ponieważ oczekuje nas On w mieście, aby karmić swoją Eucharystią i przyoblec nas mocą z wysoka. Miasto może nawet stać się Bogiem, bo On nadał mu imię Miasto-Bóg”. Miasto Boga, a nawet jeszcze bardziej Miasto-Bóg to wizja, od której nie można uciec. Wizja – niech znów zabrzmi paradoks – która narodziła się na pustyni.
Z pustyni do miasta
Pierre-Marie Delfieux święcenia kapłańskie przyjmuje w 1962 r. Ma wtedy 27 lat. Zostaje duszpasterzem paryskiej Sorbony i Grand Palais. Bliskość uniwersytetu, bliskość studentów – młodych, energicznych, kwestionujących zastany porządek. Dla młodego księdza to czas zmierzenia się z ich pytaniami, ale również z pytaniami świata nauki, a także swoimi własnymi. Sam studiuje dalej: doktorat z teologii, podjęcie kolejnych kierunków – socjologia i filozofia. Czas nie jest tu bez znaczenia. Można tylko pytać, jak rewolucja młodzieżowa roku 1968 na uniwersytecie i w lewicującej Francji odcisnęła na nim swój znak. Wątki biograficzne zazwyczaj pomijają ten fragment – dla mnie najciekawszy. Wyobrażam sobie, że w tym czasie zawirowań (w 1965 r. zakończył się II Sobór Watykański) młody ksiądz czuje, że wymagana jest od niego jakaś zdecydowana postawa. Wyrusza do samych źródeł. Najpierw pielgrzymka do Ziemi Świętej. Później, wzorem patriarchów, proroków i ojców pustyni, dwa lata spędza w pustelni na Saharze. Wybiera górę Assekrem, gdzie swoją pustelnię miał bł. Karol de Foucauld. Ewangelia i Eucharystia, milczenie i modlitwa – niczego, co zbędne. Tysiące pytań, a wśród nich te najważniejsze, które pewnie pojawiły się już wcześniej: jak żyć Bogiem dzisiaj? Marzy mu się życie monastyczne, jednak klauzura, opuszczenie świata odstręcza go. Jednocześnie pozostawiony świat zniechęca do powrotu: jest zbyt hałaśliwy, zbyt neurotyczny. Co robić? Gdzie naprawdę jest jego miejsce? Rok 1974, Delfieux przypadkowo czyta fragment francuskiej gazety wydanej dwa lata wcześniej. Przedrukowano w niej apel kard. François Marty, że Paryż potrzebuje mnichów na miarę 2000 r. Być mnichem w mieście? Pierre-Marie wraca, aby stanąć przed kardynałem i podjąć zadanie stworzenia zakonu, który będzie oazą ciszy i modlitwy pośrodku gwarnej pustyni miasta. Same sprzeczności – w sam raz na miarę dorównujących im czasów. W 1975 r. dwunastu pierwszych braci śpiewało oficjum. Rozpoczęła się historia Jerozolimskich Wspólnot Monastycznych.
W początkach monastycyzmu Arseniusz mawiał: „Uciekaj, milcz, zachowaj pokój”. Wybierano pustynię jako miejsce uprzywilejowane dla spotkania Boga oraz jako miejsce wolne od świata. Mnisi żyjący na pustyni szybko przekonali się, że piaszczyste pustkowia są licznie zaludnione przez panoszące się ego, nieraz przybierające fizyczną postać pokusy, wszechogarniające znużenie. Na pustyni było zarazem łatwiej, jak również trudniej. Pod koniec XX w. pustynią stało się miasto. Pierre-Marie Delfieux połączył doświadczenie socjologiczne z ponownym odkryciem obrazu miasta w teologii. Nie trzeba uciekać na pustynię, do lasu ani do górskiej samotni, by spotkać Boga. Miasto pozostaje tak samo uprzywilejowanym miejscem spotkania z Nim. Biblia prowadzi czytelnika od miasta do miasta: Niniwa, Jerozolima, Damaszek. „Nie oddawajmy się zatem zbytnio marzeniom – to raz jeszcze Mnich w mieście – o ogrodach na wsi czy wielkich drzewach na skraju dróg pod pretekstem, że (…) to przypominałoby nam pierwszy raj, cały zdobny w pierwotną łaskę. Prawdą jest, że życie monastyczne chce być życiem anielskim i powinno być duchowe. Jakże jednak się dziwimy, gdy się dowiadujemy, że ostatecznie nawet raj, raj utracony, będzie nam na nowo oddany, ale po to, by także on został wcielony w miasto!”. Święty mnich to ten, często powtarza Delfieux, który na pustyni pozostaje ze światem, a w świecie jest jak na pustyni. Oto nazwa twojej pustyni: Olsztyn, Warszawa, Poznań…
Na wzgórzu
Jeruzalem. Księga życia (Livre de vie) kieruje wzrok na jedno miasto, narzucając odczytanie duchowe, a zarazem bardzo konkretne: „Jeruzalem to twoje nowe imię. Imię wyraża przynależność, wyjaśnia posłannictwo, przypomina obowiązek (…). Ponieważ Jeruzalem jest miastem danym ludziom przez Boga i zbudowanym przez ludzi dla Boga, dzięki czemu stało się patronką wszystkich miast, i ponieważ twoim powołaniem jest być mieszkańcem miasta – jesteś mnichem, mniszką jerozolimską” (rozdz. 16).
Jerozolima niepokoi wyobraźnię. Jest magnetycznym punktem, który pożąda naszej uwagi. Miasto miast – wyniesione ponad inne, nabrzmiałe od znaczeń oraz wizji i drżące w oczekiwaniu na ich spełnienie. Miasto naznaczone obecnością mityczną lub bardziej realną króla Dawida, Jezusa, Mahometa. Zatem Miasto religii, naznaczone przez sacrum, z odciśniętym znamieniem boskości jak dowodem tożsamości. Ale również Miasto zabijające w imię religii. I wreszcie Miasto rozczarowujące, obdarzające przybyszów obłędem, zwanym, a jakże, jerozolimski syndromem. Jerozolima sama w sobie zdaje się nie dawać ukojenia, nie udzielać odpowiedzi. Co zatem oferuje swoim pielgrzymom? Udział w swojej największej świętości, cząstkowe dostąpienie wejścia do Świętego Świętych: milczenie.
Fenomen Jerozolimy, niesłabnący przez wieki, arcyciekawie przedstawił Simone Sebag Montefiore w jej „biografii”. Miasto Boga – krajobrazowo wcale nie najpiękniejsze, bez ukrytych bogactw naturalnych, z zerowym znaczeniem strategicznym. Zdaje się, że im bardziej była niszczona, że im bardziej słuch miał o niej zaginąć, jej znaczenie rosło z dala od niej samej – w Europie, w Rosji. Ilekroć granice stawały się nie do przekroczenia (np. Turcy seldżuccy), tym jaśniała bardziej. Może z tego względu – z oddalenia, z niemożliwości dosięgnięcia – Jerozolima jest miastem, które często przemierza przestrzeń; miastem niezwykle ruchliwym. Przepływa morza i oceany, rozsiada się dostojnie w spokojnych dolinach lub odnajduje się w miejscach najmniej spodziewanych. Mistycy i mesjasze, uciekinierzy ze starego kontynentu, ludzie zaczytani w Piśmie, którzy wierzą, iż „Bóg Izraela jest wśród nich”, budują nową Jerozolimę. Pielgrzymi, którzy zeszli na ląd z Mayflower przywieźli ją ze sobą, w swoich pobożnych sercach i rozjątrzonych umysłach zamkniętych tygodniami pod pokładem. „W niedługim czasie – wylicza Montefiore – powstało osiemnaście miejscowości o nazwie Jordan, dwanaście o nazwie Kanaan, trzydzieści pięć Betlejem i sześćdziesiąt sześć Jerozolim lub Salem”. To miasto przywędrowało również do Polski, lokując się niemal w samym środku kraju – to wieś Nowa Jerozolima w gminie Parzęczew. To Miasto bajeczne, jak powiew z innego świata, ukazuje swoje oblicze na Dolnym Śląsku w Wambierzycach, czy po przeciwnej stronie, na Warmii, gdzie w Olsztynie stoi kaplica jerozolimska lub w Głotowie, gdzie drogę krzyżową usypano piachem i kamyczkami z zamorskiego miasta. Czego się szuka w Jerozolimie, nawet w tej usadowionej gdzieś na amerykańskiej prerii, zagubionej jak klejnot w warmińskich lasach? Ukojenia, bliższego dostępu do Boga? Pojednania – z samym sobą, życiem przeciekającym w pulsującym rytmie przez palce? Czegokolwiek by szukać, znajduje się to raczej w tej nowej, drugiej Jerozolimie. Ta prawdziwa ma dla swych wyznawców gorycz rozczarowania, udrękę popiołu. W okresie krucjat, czyli w czasie rozkwitu Jerozolimy w średniowiecznej wyobraźni Europy, mówiło się, że „żaden podróżny nie jest tak zły jak pielgrzym do Jerozolimy”.
Dla wielu Jerozolima jest nekropolią, miastem spotkania ze śmiercią, ukrywającym swoją prawdziwą twarz pod barwnym płaszczykiem pozorów życia. Miasto otoczone cmentarzami i na nich zbudowane. Do Jerozolimy nie…