Subskrybuj

Myślenie już tu nie mieszka

Nie można wyprostować rosochatego drzewa człowieczeństwa, nie da się też naprawić uniwersytetu w jego obecnym kształcie. Trzeba pomóc mu odejść.

Struktura zachodniego uniwersytetu tak w wersji europejskiej, jak amerykańskiej została ukształtowana przez walkę i pracę trwające stulecia. W Ameryce, która zaadaptowała gotowe rozwiązania kontynentalne, proces wykuwania uniwersytetu nowego typu trwał znacznie krócej, bo jakieś 150 lat.
Na kontynencie europejskim pierwszą widomą oznaką uniwersyteckiej samodzielności była emancypacja rozumu spod władzy kościelnej. Już w późnym średniowieczu zaprzestano używania słowa clericus wyłącznie w odniesieniu do duchownego i zaczęto stosować je do osób porządnie wykształconych. Słychać to jeszcze w języku angielskim (the clerk) i francuskim (le clerc), w którym słowo to oznacza intelektualistę. Niestety, w języku polskim nadal odnosi się ono do kleryka.

Kawiarniane dyskusje

Pierwsze niezależne uniwersytety budowały osoby wypchnięte – jak choćby Abelard – poza obręb instytucji kościelnych. „Wraz z uniwersytetem – twierdzi Jacob Taubes – wykształciła się nowa forma społeczna i nowy autorytet, który rozsadził strukturę średniowiecznego społeczeństwa” . Uniwersytet stanowił wspólnotę osób, które z upodobania do nauki stworzyły sobie własną ojczyznę – ojczyznę ducha. Z czasem, gdy myślenie zapomniało o sobie, gdy poczęło migać się od własnych zajęć i powinności, nastąpiło usztywnienie struktur uniwersyteckich. Było ono efektem absolutyzacji nowej metody badawczej, bliżej znanej jako scholastyka, którą można także nazwać szczególarstwem i dzieleniem włosa na czworo. Dość powiedzieć, że aż po reformę Humboldta (XVIII w.) na uniwersytetach nie prowadzono badań humanistycznych i przyrodniczych. Traktowano je jak szkoły zawodowe, z których wypuszczano adeptów gotowych służyć państwu: przyszłych urzędników, księży, nauczycieli, prawników.

Wkrótce pierwsze skrzypce jęła odgrywać inteligencja mieszczańska. W humanizmie renesansowym, potem w oświeceniu, debatowano, spierano się, tworzono najważniejsze idee poza uniwersytetem. Intelektualiści, pisarze, filozofowie uprawiali refleksję w salonie i kawiarni, nawet nie próbując łączyć jej z uniwersytetem. Kawiarnia dostarczała koniecznych fermentów, które w krótkim czasie zaowocować miały głębokimi zmianami o charakterze politycznym i intelektualnym. „Stała się salonem dla bezdomnych i ubogich pisarzy, a władza była zmuszona podejmować działania przeciwko dyskusjom kawiarnianym, podczas gdy dysputy uniwersyteckie zdecydowanie mniej ją obchodziły”. To, co tak świetnie prosperowało na obrzeżach oficjalnej polityki państwa francuskiego, a więc pewien szczególny rodzaj nieskrępowania i swobody ducha, skutecznie wyrugował Bonaparte. Zdystansowany od rozgadanych filozofów, postawił na inteligencję „techniczno-organizacyjną”, która miała zbudować nowoczesny aparat państwowy oparty na biurokracji. Tak było we Francji, najważniejszym kraju na kontynencie. Trochę inaczej rzecz przedstawiała się w Niemczech, gdzie w mowie rektorskiej z 1811 r. Fichte właściwie zrównał uniwersytet z „nowym Kościołem”.

„Samorozumienie uniwersytetu, jakie nam przekazali w swych wykładach Fichte, Schelling i Hegel, nie było zupełnie pozbawione aspektu chimerycznego nawet w ich epoce, niemniej projekty owe stanowią kamień węgielny dla uniwersytetu jako nowego Kościoła, ustanawiając zasady i rytuały tej instytucji: wolność nauki i nauczania. Dlatego niemieccy profesorowie w epoce niemieckiego idealizmu mogli pojmować siebie jako mieszczańskich urzędników i kapłanów ducha zarazem, nie dostrzegając w tym najmniejszej sprzeczności” .

Pierwsze pokolenie transcendentalnych idealistów postrzegało siebie jako emanację ducha absolutnego, a jednocześnie dążyło, by tak rzec, do zamknięcia uniwersytetu, do zamrożenia struktur instytucjonalnych. Dziś tego rodzaju postępowanie nazywamy chyba trafniej i bez emfazy blokadą etatów czy – bardziej obrazowo – „wojną pokoleń”. Tak oto ich skądinąd wybitni, nastawieni krytycznie do rzeczywistości i uniwersytetu uczniowie zostali wypchnięci poza mury akademii.
„Hegel – czytamy u Taubesa – jest ostatnim profesorem epoki idealizmu, a już pierwsze pokolenie po nim, które dyskutowało rewolucyjne implikacje oficjalnej, konserwatywnej filozofii państwa i religii, wdało się w konflikt z państwem, Kościołem i uniwersytetem. Feuerbach musiał się zrzec posady prywatnego docenta w Erlangen wskutek swoich poglądów religijno-filozoficznych. Ruge utracił docenturę w Halle z powodu swojej agitacji społeczno-politycznej. Bruno Bauer za sprawą radykalnych poglądów teologicznych został pozbawiony docentury w Bonn. David Friedrich Strauss został przegnany z Zurychu. Marksowi nie pozwolono na dokończenie habilitacji” .

Przeceniona nauka

Z podobną sytuacją mamy do czynienia dzisiaj. Uniwersytet stracił pazur, przestał być elementem krytyki społecznej – jego funkcje zostały w całości zdeterminowane przez potrzeby rynkowe. Napięcie, jakie wytwarza się na kolejnych, kropka w kropkę takich samych konferencjach, jest bliskie atmosferze grzybobrania. Nauka, która nieraz dopomogła człowiekowi w emancypacji od naturalnych dookreśleń, pośredniczy obecnie w jego sukcesywnym zniewalaniu. Wolna od wartości, wydaje się szczególnie podatna na manipulację polityczną, na przejmowanie jej substancji przez hochsztaplerów z dyplomami MBA. Rozwój techniki, któremu towarzyszy rozwój gospodarczy, całkowicie przesłania złowrogą w sumie okoliczność, iż nauka, która w ogólności umożliwia wszelki postęp, jest teraz całkowicie zależna od niewykształconych polityków i ich cynicznych doradców, decydujących o przeznaczeniu środków na badania naukowe. Spróbujmy prześledzić, jak do tego doszło.

Lata 80. ubiegłego wieku – era reganomiki i taczeryzmu – to triumf idei wolnego rynku, który miał przynieść rozwiązanie wszystkich ludzkich problemów – dać szczęście, wolność i dobrobyt całemu światu. Rynek wciskał się tam, gdzie mógł. Nie tylko powstawały prywatne szkoły, ale coraz lepiej funkcjonowały prywatne więzienia. Stopniowo spieniężano to, co do tej pory stanowiło domenę państwa: służbę zdrowia, armie, naukę, banki. Budżety korporacji przewyższały budżety średniej wielkości państw narodowych. U schyłku pierwszej dekady XXI w. życie boleśnie zweryfikowało wiarę w rozbuchany leseferyzm. Zaczęto zadawać pytania o dobra, które nie mogą być ani kupowane, ani sprzedawane, a więc o to wszystko, „what money can’t buy” . Zwolennicy rozwiązań wolnorynkowych utrzymywali, że każda rzecz musi mieć swoją cenę. W przeciwnym razie „bezcenny” produkt w warunkach rynku pozostanie „nierozpoznany”, „niewidoczny”, bez znaczenia. Ci, którzy nie potrafili zgodzić się z takim obrazem sytuacji, wskazywali na rzeczy, które, rozmieniane na pieniądze, od razu psują się albo umniejszają w swojej istocie. „Tymczasem typowe rozumowanie ekonomiczne opiera się na przekonaniu, że urynkowienie danego dobra – wystawienie go na sprzedaż – nie zmienia jego charakteru” . Właśnie to założenie okazało się błędem. Niektóre przedmioty poddawane wycenie zmieniają się w swoje przeciwieństwo. Rozpatrzmy pod tym kątem instytucję uniwersytetu.

W latach 90. w okresie boomu edukacyjnego studiowało za drobną opłatą w kilkuset wyższych uczelniach w Polsce 2 mln osób. Nierzadko w zastępstwie mocno „przepensowanych”, pracujących na wielu etatach profesorów zajęcia prowadzili ich asystenci. Oczywiście, bezpłatnie. Uczonych i studentów przestawała interesować nauka. Pierwsi zajęci byli „akumulacją kapitału”, drudzy chcieli jak najszybciej zapłacić za swój dyplom i znaleźć z jego pomocą pracę. (Nawiasem pisząc, studenci bardzo szybko spostrzegli, że ich dyplom – wraz z inflacją wyższego wykształcenia – każdego dnia tracił na wadze). Gdy dalsze przymykanie oczu…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zamknięci w ideologiach