Subskrybuj
Publicystka, wieloletnia redaktorka „Tygodnika Powszechnego”, w którym pełniła m.in. funkcje sekretarza redakcji i zastępcy redaktora naczelnego, członkini zespołu miesięcznika „Znak”. W latach 1989–1993 – posłanka na Sejm z ramienia Solidarności, a potem Unii Demokratycznej. Ostatnio opublikowała...

Coraz bliżej albo coraz mniej

Czy świat jest dla wierzącego przeciwnikiem, z którym trzeba się zmagać i nie pozwolić mu nad sobą zapanować? A może polem posłannictwa, z którego żaden skrawek nie jest wykluczony ani naznaczony piętnem potępienia?

17 lutego 2013, niedziela

Im bliżej wieczność, im czasu mniej, tym częściej i tym mocniej wraca pytanie o bilans. Czy już pora? Czy w ogóle pora i czego bilans miałby dotyczyć? Przecież, skoro nie wiemy, kiedy każdy z nas zostanie zawołany, może być i tak, że będzie to zupełnie niespodziewane, jakby ze środka tego, co nas wciąż pochłania. Bo co to znaczy np. odpowiedzialność za świat? Słowo „globalizacja” budzi coraz więcej oporów i sprzeciwów. Zaczyna się ono wydawać – i jest w tym, niestety, wiele racji – synonimem zagrożeń: utraty tożsamości i wolności. Jednocześnie mamy świadomość, że dostaliśmy ziemię jako dar i, zwłaszcza od początku doświadczeń z kosmosem, odkrywamy w sobie jakiś rodzaj globalnego znaku solidarności z naszą planetą. Cytowałam niedawno Jana Józefa Szczepańskiego (A potem, „Tygodnik Powszechny” nr 6, 10 lutego 2013) opowiadającego, jak w latach 60. oglądał telewizyjną transmisję jednego z pierwszych lotów kosmicznych. Słuchał wymiany zdań między załogą a centralą na Ziemi. „Wyzbytymi śladu zdziwienia, przeżuwającymi gumę głosami, kosmonauci opowiadali, co widzą. »To wygląda jak kawał zielonego sera« – mówili. Od dolnej krawędzi iluminatora rósł ukośnie głęboki czarny cień. Nagle któryś z kosmonautów zawołał tonem zupełnie nowym, jak gdyby ocknął się niespodziewanie: »Widzimy Ziemię! Jest cała błękitna! Jest cudowna!«” (Koniec westernu). Dopiero co współuczestniczyliśmy w przeżywaniu małego dotknięcia apokalipsy w postaci deszczu meteorytów w Czelabińsku. Z tej okazji dwukrotnie zaproszono do rozmowy w radiu i telewizji kosmonautę Mirosława Hermaszewskiego. Bez zdziwienia odnalazłam w jego wspomnieniach to właśnie uczucie współtroski i związku z Ziemią oglądaną z kosmosu, jako coś, co zachwyca, co jest własne, za co ponosi się odpowiedzialność i co staje się źródłem metafizycznego refleksu: ta drobina, jaką jest człowiek, nie może być we wszechświecie sama i opuszczona. Kosmonauta mówił o Bogu, chociaż Go nie nazwał. I mówił o Ziemi jako ojczyźnie.

20 lutego 2013, środa

Kilka dni temu znalazłam w prasie wiadomość o śmierci filozofa prof. Krzysztofa Michalskiego (zmarł 10 lutego 2013), który współtworzył wraz z ks. prof. Józefem Tischnerem Instytut Nauk o Człowieku w Wiedniu. Pamiętam go z papieskiego seminarium w Castel Gandolfo w pierwszym roku stanu wojennego. Umierając, miał tylko 64 lata. To nie pora opuszczać świat, któremu był tak potrzebny. Jak każdy mędrzec, których przecież nam brakuje. I to mędrzec pełen żaru i oddania. W takich chwilach czuję solidarność globalną – uczucie współtroskania nie o żadną bliską mi kapliczkę uczuć czy zadań, tylko o świat, na który zostaliśmy posłani. I to każdy z nas, od początku historii po jej krańce. Także Kościół, nie tylko od dnia zapowiedzi abdykacji przez Benedykta XVI, zawsze myślał i myśli globalnie, tak w czasie, jak w przestrzeni. I czując się jego cząstką, nie ma się wątpliwości, że ten bilans i tę odpowiedzialność za posłannictwo Ewangelii niesie każdy wierzący i nie może go odłożyć na półeczkę w poczuciu, że już swoje zrobił albo że ma dosyć. Na czym jednak ma polegać owa współodpowiedzialność? Czy świat jest dla wierzącego przeciwnikiem, z którym trzeba się zmagać i nie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zamknięci w ideologiach