Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Nic nie oddzieli nas od natury

Poszczególne kultury rdzennie amerykańskie zachowują świadomość swojej odrębności wobec innych sąsiadujących kultur i wobec ludzi pochodzenia europejskiego czy afrykańskiego. Im bardziej dana kultura indiańska świadoma jest swojej odrębności, tym bardziej stara się ją zachować i tworzy jakiegoś rodzaju bariery, za którymi chroni się przed członkami szerszej społeczności swojego kraju.

Dominika Kozłowska: „Znawca kultur indiańskich” to zawód, hobby, tożsamość?

Aldo Vargas-Tetmajer: To oczywiście potoczne określenie, służące wyjaśnieniu kim jestem i czym się zajmuję, przynajmniej częściowo. Sformułowałem je na potrzeby debaty, która odbyła się w gmachu AGH (debatę „Narkotyki protezy duszy” zorganizował miesięcznik „Znak” we współpracy z AGH w lutym 2013 r. – przyp. red.), podczas której zostałem poproszony o przedstawienie w jaki sposób  kultury tradycyjne podchodzą do enteogenów. Przyjąłem zaproszenie i podjąłem się tego zadania, gdyż od strony ojca należę do tej części społeczeństwa boliwijskiego, która żyje na styku dwóch światów: świata, który bardzo ogólnikowo można by określić mianem pokolonialno-hiszpańskiego i świata indiańskiego, czyli rdzennych społeczności Ameryki. Moi przodkowie wywodzą się z ludu Qechua, który zamieszkuje Andy od Ekwdoru po północną Argentynę. Boliwia, mój kraj dzieciństwa, składa się z dwóch obszarów: górskiego oraz nizinnego. Na tym pierwszym dominują Aymarowie, naród z którego wywodzi się obecny prezydent Boliwii, Evo Morales Ayma, pierwszy w historii prezydent indianin, oraz lud Quechua. Na tym drugim żyje bardzo wiele innych narodów indiańskich, z których najliczniejsi są Tupi-Guarani.

Jedna gałąź mojej rodziny należy więc bardziej do części indiańskiej, druga – do po-hiszpańskiej. Kwestia tożsamości i przynależności do tej czy innej kultury jest obecna w naszym życiu, w którym daje się wyczuć napięcie wynikające z niedookreślenia, do którego kręgu się należy. Ze względu na moje związki zarówno z tą po-hiszpańską, jak i z rdzennie amerykańską częścią rodziny – staram się bywać w Boliwii tak często jak to tylko możliwe – oraz na częste wizyty w różnych innych regionach Andów, posiadam praktyczną wiedzę na temat kultur indiańskich. Staram się coraz lepiej poznawać swoje indiańskie pochodzenie, ponieważ właśnie z nim świadomie się utożsamiam. Stale pogłębiam swoją znajomość rdzennych kultur amerykańskich, z przeszłości i teraźniejszości a swoją wiedzą dzielę się z innymi np. jako wykładowca przedmiotu „Cywilizacje prekolumbijskie Ameryk” w Katedrze Porównawczych Studiów Cywilizacji na Uniwersytecie Jagiellońskim.

W jaki sposób Pana rodzina funkcjonująca na styku dwóch kultur: indiańskiej i pokolonialno-hiszpańskiej wpisuje się w specyfikę boliwijskiego społeczeństwa?

Nasze doświadczenia są bardzo typowe dla mieszkańców tego obszaru. Jak wcześniej wspominałem, Boliwia jest krajem pod względem kulturowym niezwykle bogatym i złożonym. W jej skład wchodzi zarówno społeczność pochodzenia europejskiego, jak i rdzennie amerykańska, ale też spory wkład w kulturę wnoszą potomkowie Afrykańczyków. Jeśli chodzi o tę pierwszą, to w większości wywodzi się ona z Hiszpanii, żyje na tych ziemiach od niespełna 500 lat, i choć wciąż ma pewne związki z kulturą hiszpańską i szerzej europejską, bardzo się od nich różni, również pod względem językowym. Wśród białych są także potomkowie imigrantów przybyłych do Boliwii pod koniec XIX w. i w pierwszej poł. XX w. np. z Niemiec, Francji czy chociażby dawnej Jugosławii (jedna z moich cioć była pochodzenia jugosłowiańskiego) lub innych krajów europejskich. Również część indiańska jest bardzo zróżnicowana. Pomiędzy i ndianami zamieszkującymi górzyste obszary Andów i niziny amazońskiej są większe różnice niż np. pomiędzy Polakami a Włochami. Boliwia jako państwo jest tworem postkolonialnym, mieszanym pod względem narodowościowym już od zarania swojego istnienia. Nie istnieje coś takiego jak plemię czy indiański naród Boliwijczyków. Obecny prezydent, chcąc podkreślić wielonarodowość kraju, zmienił nazwę Republiki Boliwii na Estado Plurinacional de Bolivia czyli Wielonarodowe Państwo Boliwia. W naszej rodzinie ta różnorodność jest bardzo odczuwalna na wielu poziomach, obecne są w niej elementy obu kultur, ale jest to symbioza, nie konflikt.

Jakie są relacje między tymi dwiema społecznościami?

Chciała Pani powiedzieć: między tymi ponad czterdziestoma społecznościami, gdyż tyle narodów oficjalnie zamieszkuje ten kraj. Oficjalne dane nie dają pełnego obrazu sytuacji. Podział narodowościowy, przynajmniej do niedawna, odzwierciedlał nie tyle pochodzenie etniczne, co przynależność do pewnych warstw społecznych. Gdy ktoś przechodził z warstwy niższej do wyższej, automatycznie stawał się białym, mimo że etnicznie był wciąż indianinem. Przykładowo, mój ojciec, który etnicznie rzecz ujmując był prawie 100% indianinem, w dokumentach określany był jako „biały” tylko dlatego, że ukończył studia wyższe. Również moja prababcia, która była 100% indianką, w pewnym momencie za taką przestała być uznawana. Pochodziła z narodu, który trudnił się przewozem towarów przez góry na grzbiecie lam i mułów. Pod koniec XIX w. i na początku XX w. dorobiła się takiego bogactwa, że mogła na dłuższy czas wyjechać do Europy, do Paryża. Kiedy wróciła, uznawana już była za osobę białą, pomimo że wciąż przecież była indianką.

W Ameryce Łacińskiej wśród ludzi pochodzenia hiszpańskiego zachował się o wiele bardziej niż w Europie autorytarny sposób odnoszenia się do innych mieszkańców tych krajów. Społeczność białych tworzy taką po-hiszpańską rasę panów, która w niektórych rejonach zachowała nawet język Kastylijski, czyli hiszpański sprzed wieków, mimo iż w Hiszpanii już on prawie nie występuje. Często przejawiają wielkopańskie nawyki, traktując wszystkich innych z wyższością, przy czym najniższa warstwa to dla nich indianie. Można to bardzo wyraźnie zauważyć chociażby oglądając współczesne seriale latynoamerykańskie. Odgrywane w nich relacje są doskonałym odzwierciedleniem, nawet jeżeli lekko przerysowanym, mentalności postkolonialnej. Jest ona wciąż żywa i mocna, i do dziś nadaje ton kulturze tamtego kontynentu.

Również z perspektywy Europy bogactwo kultur rdzennych mieszkańców Ameryk często znika, ustępując miejsca ogólnemu określeniu „indianie”.

Trzeba sobie uświadomić, że już sama Boliwia ma powierzchnię ok. trzy i pół raza większą od powierzchni Polski, a zamieszkana jest przez nieco ponad 40 różnych kultur. A przecież kraj ten nie należy do największych w Ameryce Południowej. Poza tym, jest jeszcze Ameryka Środkowa, która może nie jest tak duża jak Południowa i Północna, za to kulturowo niezwykle bogata i ważna. To są ogromne obszary, wielokrotnie większe od terytorium Europy. Przed przybyciem Europejczyków, bogactwo kultur rdzennie amerykańskich było niewyobrażalne. To były kultury, które w większości prowadziły osiadły tryb życia, trudniły się rolnictwem, wiele z nich osiągnęło bardzo wysoki poziom rozwoju kulturowo-materialnego a niektóre osiągnęły nawet poziom cywilizacji, tzn. tworzyły wysoce złożone społeczeństwa zamieszkujące miasta. W Amerykach rozwinęły się dwa odrębne kręgi cywilizacyjne: obszar środkowo-andyjski i Mezoameryka. Oprócz tego w Amerykach żyły też ludy prowadzące koczowniczy tryb życia.

Dlatego sugerowałbym inny sposób podejścia do tematu, polegający na oddzieleniu tego, co istnieje jedynie jako clichékulturowe, od tego, jak wygląda rzeczywistość. Z jednej strony trzeba więc przyjrzeć się temu, co pojawia się w naszej wyobraźni, gdy wypowiadamy słowo „indianin”. Zwykle jest to obraz smagłego nagusa na koniu z piórami na głowie i z malunkami na twarzy. Ewentualnie taki sam nagus, ale w otoczeniu dżungli. Do tego czasami pojawiają się też nie do końca określone, fantastyczne obrazy piramid.

A zatem albo „Misja” albo „Apokalypto”, albo opowieści o Winnetou.

Jest to jednak sfera, mogę to śmiało powiedzieć, bajkowych wyobrażeń. W rzeczywistości mamy sytuację demograficzną i etniczną, w odniesieniu do której wątpliwe jest już samo określenie „indianie”. Termin ten wprowadzili Hiszpanie w XVI w. Posługiwali się nim w odniesieniu do wszystkich rdzennych mieszkańców Ameryk, a zatem ludności zamieszkującą tereny od Alaski przez Amerykę Północną, Środkową i Południową, aż po Ziemię Ognistą! Wiele jest interpretacji znaczenia tego słowa. Najczęściej podaje się dwa. Wedle pierwszego określenie „indianie” ma pochodzić z łaciny od słów in Dios(w Bogu). Wedle drugiego od słowa Indie. Jak wiemy, Krzysztof Kolumb początkowo sądził, że kierując się na zachód odkrył drogę do wschodnich Indii. Dlatego w języku angielskim termin Indians wciąż odnosi się zarówno do Hindusów jak i indian. W języku polskim, podobnie jak w wielu innych językach, te dwa określenia się różnią.

Co termin „indianie” oznacza dziś dla rdzennych mieszkańców Ameryk?

Sytuacja różnych grup i narodów rdzennie amerykańskich jest bardzo różna. W Ameryce Północnej niektóre kultury są w zaniku, inne mają potężny stopień identyfikacji narodowej i organizacji społeczno-politycznej. Proszę sobie wyobrazić, że indianie Nawaho, zamieszkujący południowo-zachodnie Stany USA, terytorium swojego rezerwatu określają mianem państwa. Mają swój własny parlament, własne dokumenty, nawet indiański paszport, mimo iż nie jest on uznawany poza Stanami. W Ameryce Środkowej i Południowej wiele grup wciąż trzyma się na kompletnym uboczu. W kraju, z którego pochodzę, takich różnic jest naprawdę dużo. Przykładowo, Aymarowie tworzą naród, który jest bardzo świadomy swojej tożsamości, dlatego bardzo często ludzie wywodzący się z tej kultury obrażają się, kiedy określa się ich mianem indian – termin ten do pewnego stopnia jest dla nich (i nie tylko dla nich) inwektywą. Kiedy o konkretnym rdzennym mieszkańcu mówimy „indianin”, ten często oburza się mówiąc: „nie jestem żadnym indianinem. Jestem Qechua” albo „Aymara”, albo „”, „Kaqchiqel” w Gwatemali, a w Stanach Zjednoczonych – „Cherokee” albo „Navaho”, albo „Hopi”… W bardziej tradycyjnych społecznościach, tożsamość kształtuje się na jeszcze bardziej podstawowym poziomie, poprzez odwołanie się do konkretnej społeczności, żyjącej w obrębie ściśle określonego terytorium.

W obu Amerykach podejmowanych jest jednak coraz więcej inicjatyw mających na celu budowanie u rdzennych mieszkańców ponadnarodowej świadomości, walki o ochronę wartości wspólnych dla tych kultur. W jakiej zatem relacji pozostają te dwie tożsamości: związana z przynależnością do konkretnego narodu i indiańska? Czy dobrą analogią jest zależność taka jak w naszym przypadku, pomiędzy tożsamością narodową polską, a europejską?

Pytanie to jest ważne, choć w zasadzie pozostaje bez odpowiedzi. Proszę spróbować na nie spojrzeć przez pryzmat Polski. Część naszego społeczeństwa określa ramy narodowe bardzo sztywno, uznaje, że wartości te są stałe, niezmienne i nieprzekraczalne. Jest również i inna część, która nie uznaje tak sztywnych ram. To nie jest tak, że jedna grupa ma rację, a druga się myli. Są to po prostu dwa – albo więcej – różne schematy myślenia. Widzi Pani zatem, że nawet w tak w większości monoetnicznym państwie jak Polska istnieją w tym względzie podziały. Proszę więc sobie wyobrazić, jak to wygląda na kontynencie, na którym kultur jest znacznie więcej, każda ma inne wzorce myślowe, inną liczebność, żyje na innym terenie, w innych warunkach politycznych czy ekonomicznych. Rozziew pomiędzy różnymi sposobami samookreślania tożsamości jest nieporównywalnie większy niż w Polsce czy nawet w Europie. Jedni określają się mianem któregoś z narodów indiańskich bo są smagli i mówią językiem swoich przodków, żyją w wioskach czy społecznościach, respektując bardzo specyficzne, dość niezmienne zasady, patrzą na rzeczywistość w określony sposób. A inni, określają się tak tylko dlatego, że jeden z ich przodków był Indianinem. W Stanach Zjednoczonych jest to np. wpis do rejestru plemion indiańskich. Jest to bardzo formalnyi nie pozbawiony wad sposób określania przynależności kulturowej. Nie ma więc jednych ram. Za każdym razem jest to coś innego. Jeślibym jednak starał się z grubsza opisać bardzo ogólne ramy mentalności indiańskiej, to bym wskazał na określoną formę życia w społeczności, która utrzymuje swoje tradycje kulturowe, nawet jeżeli zmienione i uaktualnione. Ważny jest też stosunek do natury, ogólnie mówiąc dość bezpośredni i indywidualny, jako do czegoś posiadającego własne, odrębne i świadome jestestwo.

Poszczególne kultury rdzennie amerykańskie zachowują świadomość swojej odrębności wobec innych sąsiadujących kultur i wobec ludzi pochodzenia europejskiego czy afrykańskiego. Im bardziej dana kultura indiańska świadoma jest swojej odrębności, tym bardziej stara się ją zachować i tworzy jakiegoś rodzaju bariery, za którymi chroni się przed członkami szerszej społeczności swojego kraju.

Jakiego rodzaju to są bariery?

W Boliwii są grupy, które bardzo ściśle strzegą granic swojego terytorium. Granice te są zresztą prawnie określone jako rezerwaty lub autonomiczne obszary podlegające prawu rdzennej wspólnoty indiańskiej. Mogą to być również ramy symboliczne: np. uczestnictwo w świętach, określonych zdarzeniach wspólnotowych, korzystanie z pewnych mechanizmów działania we wspólnocie, które wymagają bycia członkiem tej społeczności. Dla każdej poszczególnej grupy są one dość ściśle określone. I w każdym przypadku wyglądają nieco inaczej. Są też ludzie tacy jak ja, którzy w danym momencie nie należą do żadnej określonej społeczności, a którzy mimo to utożsamiają się z tym kulturami, współdzielą pewien zestaw wartości. Nawet, jeżeli uznają się za członka społeczności białych, mają świadomość swojego pochodzenia. Dziś powstaje coraz więcej organizacji indiańskich. Musimy jednak pamiętać, że różnorodność kulturowa rdzennych mieszkańców Ameryk sprawia, iż Boliwijczyk, nawet jeżeli będzie miał świadomość swojej przynależności do kultury indiańskiej, nie będzie z tego powodu czuł bliskości wobec przedstawiciela innej kultury indiańskiej. Trudno tu o takie relacje bliskości jakie występują w Europie, gdzie nawet Brytyjczyk z Grekiem będą funkcjonować w bliższej przestrzeni kulturowej, niż np. Aymara i indianin dorzecza rzeki Xingu w Brazylii. Jestem jednak wielkim zwolennikiem wszelkich inicjatyw podejmowanych przez ludzi z indiańskiego kręgu kulturowego, mających na celu uświadamianie, że pomimo różnic stanowimy pewnego rodzaju jedność makrokulturową.

Czy narody indiańskie określają swoją odrębność kulturową poprzez odniesienie do wartości reprezentowanych przez świat białych?

To jest ciekawe pytanie. Pewną próbą odpowiedzi jest wskazanie pewnego aspektu mentalności zachodniej, której jednym z głównych przekazów lub wręcz nakazów jest zdanie z Księgi Rodzaju: „rozmnażajcie się i czyńcie sobie ziemię poddaną”. Zdanie to jest tak oczywiste dla świadomości europejskiej, że z reguły nie zdajemy sobie sprawy, że dla innych kultur, zwłaszcza rdzennie amerykańskich, sprawa wygląda zgoła inaczej. I nie jest to kwestia jakieś wzniosłości ducha, jak lubi się myśleć w pewnych kręgach, zwłaszcza alternatywnych, tylko odmienności linii rozwoju kulturowego. Narody amerykańskie, będąc potomkami ludów syberyjskich, przez swój specyficzny ciąg ewolucji kulturowej oraz warunki, w jakich przyszło im żyć, mają zupełnie inny rodzaj relacji z naturą niż ludzie Zachodu. O ile kultura Zachodnia postrzega siebie jako odrębną i oderwaną od świata natury, o tyle kultury rdzennie amerykańskie postrzegają siebie jako część składową tego świata. Dlatego w większości z nich wciąż funkcjonuje pojęcie „Pacha Mama” – „Matki Ziemi”, której jest się częścią. Relacje do Matki Ziemi w żaden sposób nie są oparte na dominacji i poddaństwie. Wzorem jest tu raczej związek matki z dzieckiem. Poza tym, u indian mentalność wspólnotowa góruje nad mentalnością indywidualistyczną – szczególnie w tradycyjnych społecznościach, gdzie ich członkowie nie postrzegają siebie w oderwaniu od wspólnoty. Oderwanie takie często traktowane jest jako kara albo przekleństwo. Trzeba jednak pamiętać, że żadna z tych mentalności, czy to będzie mentalność świata zachodniego, czy indiańskiego, nie jest niezmienna. Każda funkcjonuje w odniesieniu do rzeczywistości, której jest częścią i siłą rzeczy ulega przeobrażeniom w czasie.

Czy z tego powodu narody indiańskie tak bardzo walczą o zachowanie tradycyjnego stylu życia?

Można tak powiedzieć, choć równie ważnymi czynnikami są np. kwestie związane z prawem do ziemi i do eksploatacji zasobów naturalnych. Obecnie wiele konfliktów na terenach Ameryk dotyczy właśnie tych problemów.

Jedną z pochodnych zachodniej mentalności polegającej – jak Pan mówi – na czynieniu sobie ziemi poddanej – jest rozwój techniki. Większość mieszkańców wielkich metropolii nie funkcjonuje w świecie naturalnym, lecz głęboko przetworzonym przez technikę. W jaki sposób godzi Pan to napięcie w swoim codziennym życiu, mieszkając na co dzień w jednym z większych miast Polski?

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ateizm i 6 innych ważnych pytań