Kolejna książka o. Michała Zioły zatytułowana Kropki i kreski to zbiór osobistych portretów kilkunastu ważnych dla autora postaci. Przedstawione są w niej osoby z kręgu paryskiej „Kultury”, Julia Hartwig czy Elias Canetti, ale są również bohaterowie praktycznie nieznani, tacy jak szwedzki kapitan Axel, który na falach „potopu” dotarł w rodzinne okolice o. Michała, gdzie zmarł, nawróciwszy się przedtem na katolicyzm, albo Paweł Kalinka, grający na fujarkach i fletach w Tarnobrzegu, którego „popiskiwanie” stało się inspiracją dla jednego z utworów Witolda Lutosławskiego. Każdy z tych portretów to punkt wyjścia do refleksji, która jak fala zagarnia w siebie kolejne wątki i przynosi je do stóp czytelnika. Jest w tych tekstach trochę kokieterii przemieszanej z autoironią: „Grzebię się w ziemi – taki mam zawód, choć przecież z moimi talentami mógłbym szyć pluszowe misie. A do tego jeszcze te ręce kowala – jak więc mam ulepić portret Damy?” – tak zaczyna się portret Julii Hartwig. Charakterystyczne jest dla o. Zioły subtelne przywoływanie nazwisk, cytatów i wydarzeń, aczkolwiek bez epatowania erudycją. Cały zbiór składa się bez wątpienia na interesującą lekturę.
Równocześnie te krótkie refleksje, za sprawą których o. Zioło chce powiedzieć coś więcej o wybranych przez siebie osobach lub ocalić je od zapomnienia, afirmować ich istnienie, obdarzyć rozumiejącym i wybaczającym spojrzeniem, to kontynuacja tego wątku jego pisarstwa, który często pozostaje w cieniu jego twórczości poświęconej problemom duchowości i życia wewnętrznego, przez co w dużej mierze odbierany jest on jedynie jako „pisarz religijny” czy „przewodnik duchowy”, z pominięciem walorów literackich jego książek. Ukazanie się Kropek i kresek to zatem dobra okazja, by wydobyć go z tego zaszufladkowania i spojrzeć na niego w inny sposób.
W jednym z listów do Thomasa Mertona Czesław Miłosz pisze, jak trudno stworzyć tekst dotykający problemów duchowości i życia wewnętrznego, będący zarazem tekstem literackim: „Problem jest bardzo trudny. Literatura jest zbyt subiektywna, traktaty teologiczne abstrakcyjne”. Trochę później dodaje: „Faktem jest, że katolicka literatura rzadko przekracza barierę, by wejść na teren literatury świeckiej”. Dzisiaj, w dobie jeszcze większej fragmentacji gustów i zainteresowań czytelników oraz ogromnego zalewu książek i konieczności ich kategoryzacji, słowa Miłosza stają się jeszcze bardziej aktualne. Za sprawą algorytmów oprogramowań księgarń internetowych i decyzji księgarzy kolejne nadciągające z drukarni pozycje lądują w określonej kategorii, pozostając w niej na zawsze. Książkę napisał ksiądz katolicki? W takim razie trafi do działu „religia”, a nie „esej literacki”.
Więcej niż pisarstwo religijne
Wystarczy jednak przeczytać Kropki i kreski, a także takie książki Michała Zioły jak Liście, listki, listy, Inne sprawy czy Jedyne znane zdjęcie Boga (o tej ostatniej pisała więcej Katarzyna Wiśniewska w 598 numerze „Znaku”), by widzieć w nich również literaturę. Chociaż nie ma w nich rozbudowanej narracji, o jakiej pewnie myślał Miłosz (czas dla powieści katolickich w stylu Greene’a, Bernanosa czy chociażby Malewskiej minął), to przecież nieuzbrojony w teorie krytycznoliterackie doświadczałem podczas ich lektury tego, czego oczekuje większość czytelników od dobrej literatury: wyrazistych obrazów, zapisów chwil, które z ulotnych stają się wieczne, odsłaniającej się nagle perspektywy, potwierdzenia intuicji, których nie potrafimy wyrazić z powodu naszej niemoty, a którym daje wyraz pisarz.
Michał Zioło jako pisarz sans phrase, a nie „pisarz religijny” preferuje krótkie formy i we wspomnianych wyżej książkach znajdziemy lapidarne szkice obejmujące szeroki wachlarz osób, treści i wydarzeń – właśnie eseje, którym bliżej pod pewnymi względami do tekstów Ryszarda Przybylskiego niż do książek religijnych. Są one bardziej próbą literackiego oddania świata, a nie pouczeniem czy katechezą. Co to bowiem za katecheza, skoro przywoływani są w niej Gondowicz i Dukaj; paryska „Kultura” i Sándor Márai; Różewicz, Stempowski i Zagajewski; czy wreszcie Miłosz, Kijowski i Bobkowski, należący do ulubionych twórców o. Zioły? A poza tym Brodski i Henryk Waniek, Tworki Bieńczyka i Mikrokosmos Daviesa, Barbara Skarga i pamiętniki Paska.
O tym, że teksty o. Zioły to zaproszenie do kultywowania wspólnych wartości bez wtłaczania czytelników i tychże wartości w ramy określonej konfesji, świadczy chociażby taki cytat z Innych spraw: „Czynności symboliczne są niewielkie w porównaniu z potrzebami dręczonych ludzi, ale są to czynności, które pozwolą komuś przeżyć dzień, ocalą nadzieję wątpiących. (…) Ludzie dobrej woli i ich symboliczne gesty ocalające dobro są – żeby posłużyć się obrazem z tradycji żydowskiej – jak iskry Bożej mądrości rozrzucone po świecie”.
„Ludzie dobrej woli”, a nie „chrześcijanie” czy „katolicy”. „Dobro”, a nie „prawda”. Tylko na takich, jak najszerszych podstawach, można budować coś wspólnie we współczesnym świecie. Równocześnie o. Zioło, nie ukrywając w swoich czasem gorzkich i surowych refleksjach, że ostatecznym punktem odniesienia jest dla niego chrześcijańska nadzieja, nie proponuje nam ckliwego optymizmu, który przebija dzisiaj częściej niż dawniej z „literatury religijnej” będącej tłumaczeniem publikacji amerykańskich protestantów.
Żeby nie było zbyt erudycyjnie, obok wypisów z obcowania duchowego autora przytoczmy jeszcze początek opisu… świniobicia ze szkicu poświęconego kiełbasie z Liści, listków, listów: „Wziąć świnię. Świnię sprawić. To mądre zwierzę – przeczuwa koniec, kiedy dwóch drabów wkracza wczesnym rankiem do chlewika. (…) Ten z przodu ciągnie, ale delikatnie, i dba, żeby nie przesłonić ciałem światła mizernie wkapującego do chlewika od wejścia. Drugi, dwie ręce oparłszy na świńskim zadku, popycha opierające się stworzenie ku śmierci. Mówią, że Szekspir był synem rzeźnika i przed zabiciem wołu orację wygłaszał, ale ze świnią inaczej. Każda najszlachetniejsza mowa zostaje zdekomponowana, obrócona w nicość, przez kwik przenikliwy, oskarżający. Nie ma na to czasu – stąd kroczki przyspieszone w tym obrządku, kroczki pawlakowe, klasyka poruszania się wszystkich zamierzających się na świńskie życie”.
Łatwo tworzyć gładkie frazy o życiu i wierze. Ale dobry opis szlachtowania świni to już literatura.
Z życia trapisty
Najlepsza dla mnie jak dotąd książka o. Zioły to Dziennik Galfryda – zapiski z bez mała dziesięciu lat życia w klasztorze trapistów (1999–2008). Na pierwszych kilkudziesięciu stronach przedstawia czas spędzony w Algierii, gdzie w latach 1999–2001 trapiści próbowali przywrócić do życia klasztor w Tibhirine. W 1996 r., w czasie wojny domowej, terroryści ze Zbrojnej Grupy Islamskiej zabili w tym klasztorze, w którym niebawem miał odbyć swój nowicjat o. Michał, siedmiu mnichów. Dziennik…pokazuje późniejszą determinację trapistów regularnie transportowanych z Algieru do Tibhirine samochodem, który jeden z ochraniających ich żandarmów nazywa – jak pisze bez ogródek o. Zioło – „pierdoletką”. Widzimy migawki z życia mieszkańców Algierii, np. obrazek arabskiej kamienicy przed Świętem Barana: „Balkony (…) przemieniają się w pasterskie zagrody – secesyjne kraty po brzegi wypełnione są sianem, w którym kopie wełnisty tryk. Pije z wiadra na piątym, czwartym, trzecim, drugim piętrze, potem bobczy i sika na łeb tego z czwartego, trzeciego, drugiego”. Swój pobyt w buzującym od radykalnych islamskich nastrojów kraju opisuje z autoironią: „Gazowe piecyki w naszych apartamentach pracują aż miło, czekam tylko, kiedy wylecimy w powietrze. Nikt nie uwierzy, że to zapchana rura, będą zapewniać, że to czeski plastik podłożony przez Zbrojną Grupę Islamską. I że oddaliśmy życie”. Lata późniejsze w dzienniku to rejestracja codziennego życia i pracy w opactwie trapistów Notre Dame d’Aiguebelle we Francji i krótkiego pobytu w Kamerunie. W tych zapiskach więcej obrazków z codziennej, ciężkiej pracy fizycznej niż z liturgii i nabożeństw, a gdy pojawia się pobożny wątek, to tak jak wcześniej, często towarzyszy mu ironia, jak wtedy gdy Zioło opisuje wyjmowanie po pasteryzacji butelek z nalewką Alexion – specjałem klasztoru: „Huk, kłęby pary jak w rosyjskiej łaźni,…