Jerzy Zawieyski nie był politykiem, tylko artystą – w „wielkiej” polityce znalazł się nieco przypadkowo. Wrażliwy społecznie, bliski był lewicy, jednak po wojnie nie związał się z komunistami, nie szedł na kompromisy – nie publikował w latach stalinowskich. W październiku 1956 r. współtworzył – wyrastający z klubów młodej inteligencji, których najbardziej znanym przykładem jest Klub Krzywego Koła – Ogólnopolski Klub Postępowej Inteligencji Katolickiej, z którego wyłoniły się Kluby Inteligencji Katolickiej. W tym czasie został posłem na Sejm, jednym z reprezentantów „katolików” (używane wówczas wspólne określenie na różne zaangażowane społecznie środowiska odwołujące się do katolicyzmu, takie jak koło poselskie „Znak”, PAX czy mająca w nim korzenie „Więź” i grupa Frankowskiego, tj. późniejsze ChSS) – Gomułce zależało wówczas na szerokiej koalicji przedwyborczej, która miała dać mu mandat reprezentanta całego narodu. Podczas tego „przypływu nadziei” na realne zmiany Zawieyski zostaje wiceprezesem Związku Literatów Polskich oraz – co ważniejsze – jednym z członków Rady Państwa, czyli „kolegialnego prezydenta”. (Należy jednak pamiętać, że faktycznym dysponentem władzy w PRL była jednak partia, to tam zapadały decyzje – rząd na ogół zajmował się administrowaniem, a Rada Państwa miała zwykle symboliczne znaczenie; nominalnie, według zapisów Konstytucji PRL, była najwyższym organem władzy).
„Naiwny i heroiczny”
Sytuacja Zawieyskiego była pełna paradoksów: „katolik” we władzach PRL; u władzy, ale tylko nominalnie, nie na szczycie, jak mogłoby się wydawać – stanowisko zajmowane przez Zawieyskiego było wysokie jedynie reprezentacyjnie; faktyczne decyzje zapadały nawet nie tyle w partii, ile w kilkuosobowym gronie (w dodatku, jak pokazują badania historyków, nieformalnie, bowiem Biuro Polityczne w latach Gomułki traciło na znaczeniu – decyzje podejmował on sam albo jego zaufani, tacy jak Kliszko; w tej dworskiej atmosferze rozgrywał walkę o wpływy m.in. wiceminister, a później minister spraw wewnętrznych, Moczar).
Zawieyski był na świeczniku, ale czasem wiedział mniej niż ludzie zajmujący mniej ważne stanowiska a zainteresowani polityką, zbierający i porównujący plotki, wyławiający z nich sprawdzone fakty. Zaskakuje i zdumiewa – z wygodnej perspektywy fotela pół wieku po przedstawianych zdarzeniach – postawa autora dziennika, którą można poniewczasie ocenić jako naiwność, a która wynikała z jego delikatności i wrażliwości. Od razu zastrzegam, że używam określenia „naiwność”, patrząc z perspektywy czysto pragmatycznej, czysto logicznie, nie emocjonalnie, bo słowo to jest nacechowane pejoratywnie. Nie sądzę natomiast, aby taka niekorzystna ocena w stosunku do Zawieyskiego była prawdziwa. Słowa tego używam wyłącznie w funkcji opisowej, nie oceniającej. Na kartach dziennika Jerzy Zawieyski jawi się jako postać tragiczna. Nie słowami, a życiem poświęcił się polityce, przy czym rozumiał ją nawet nie tyle jako służbę, ile dosłownie jako krzyż, który wziął na swoje barki. Owszem, politycy czasem mu imponowali, czuł się wyróżniony różnymi oznakami swojej formalnej (bo przecież nie faktycznej) pozycji – nie zmieniło go to jednak. Końcem jego kariery był jedyny w Sejmie PRL głos sprzeciwu wobec polityki władz w marcu 1968 r., kiedy w imieniu koła poselskiego „Znak” protestował przeciw pobiciu przez „nieznanych sprawców” Stefana Kisielewskiego, broniąc pisarzy i studentów. Będąc dramatopisarzem, sam dostrzegał dramatyzm swojego życia – Marian Brandys w poświęconym mu eseju opisuje jego studia nad postacią Rejtana; postawa Zawieyskiego w 1968 r. była przecież nie mniej dramatyczna. Suchy kronikarski zapis nie odda tak dobrze ówczesnej rzeczywistości jak literackie dzieło Brandysa, pokazującego istny „korowód diabłów”, który dotknął Zawieyskiego na sejmowej sali i później. Jego „naiwność” była bliska postawie ewangelicznych prostaczków. Odpowiedniej do opisu postawy Zawieyskiego formuły użyła Barbara Tyszkiewicz: to był człowiek „naiwny i heroiczny”.
Dziennik: zwierciadło epoki
Prostolinijne zapiski Zawieyskiego stanowią ważne źródło umożliwiające lepsze zrozumienie PRL czasów Gomułki – okres ten często widzimy dziś przez pryzmat lat 80., ostatniego doświadczenia; tymczasem to była inna epoka. Hasło klucz „mała stabilizacja” jedynie w części – czyli nieprawdziwie – opisuje jej złożoność, tworząc fałszywy stereotyp, co pokazał Marcin Zaremba; w sferze władzy i zmian społecznych były to lata bardzo dynamicznie. Trwała walka o władzę, okresy spokoju przerywane były protestami, aresztowaniami czy procesami – przypomnijmy tylko niektóre z nich: zamknięcie „Po Prostu”, procesy Rewskiej, Rudzińskiej, aresztowanie Kornackiego, spór o kościół w Nowej Hucie, rozwiązanie Klubu Krzywego Koła, zamknięcie dwóch kolejnych czasopism kulturalnych (formalnie – ich połączenie, będące w rzeczywistości przyznaniem wyłączności w tym zakresie środowiskom powiązanym z jedną z grup w partii, której przywódcą był Moczar – tj. utworzenie warszawskiej „Kultury”), List 34, aresztowanie Wańkowicza czy wreszcie – marzec 1968.
Dziennik Zawieyskiego pokazuje nam tę epokę z miejsca szczególnego – możemy zobaczyć dynamikę zmian, a przede wszystkim obumieranie nadziei wzbudzonych październikiem 1956 r., w którym pewne osoby proroczo (por. wydane fragmenty dziennika Jana Józefa Lipskiego) widziały „koniec krótkiej wiosny w naszym kraju”. Ówczesna rzeczywistość jawi się nam jako mozaika wielu środowisk, które stopniowo są marginalizowane, jednak jeszcze kilka lat po 1956 r. odgrywają dużą rolę. Niczym średniowieczne królestwa i księstwa przemykają nam przed oczami kolejne grupy „katolików” i istniejące między nimi podziały („Znak”, „Więź” i różnice między Zabłockim a Mazowieckim, PAX…). Jako potencjalny „ideowy koalicjant” widzimy Klub Krzywego Koła – z dziennika Zawieyskiego wynika, jak wielką wagę przywiązywał on do wygłoszonego na spotkaniu Klubu odczytu w lutym 1959 r.
Paradoksy PRL należy osadzić w odpowiednim kontekście – zauważmy, że „następcą” Zawieyskiego jako reprezentanta „katolików” w Radzie Państwa był… przywódca Stowarzyszenia PAX Bolesław Piasecki (dopowiedzmy, że dopiero za czasów Gierka, od 1971 r.). Dziennik pokazuje wiele tych paradoksów. Jak wynika z zachowanych materiałów MSW, Zawieyski – w końcu członek kolegialnej „głowy państwa” – traktowany był nieomal jak każdy obywatel PRL; Andrzej Friszke pisze w przedmowie o podsłuchu w jego mieszkaniu.
Czytając każdy dziennik, staramy się dostrzec w nim epokę; zapiski Zawieyskiego pokazują wiele szczegółów, które rekonstruują nam lata 1955–1969. Szczegóły te z dzisiejszej perspektywy bywają anegdotyczne (wówczas np. kiedy w lutym 1956 r. Zawieyski, sam dramaturg, opisuje rozmowę w gronie przyjaciół, którzy dziwili się, „że mądry, wykształcony, inteligentny ks. Wojtyła napisał sztukę… niemoralną”, por. t. I, s. 201 – mowa o Bracie naszego Boga). Dostrzegamy semiotyczny wymiar rzeczywistości – genius loci, np. usytuowanie budynku kościoła katolickiego w Moskwie, wciśniętego między budynki KGB (t. I, s. 658).
Na plan pierwszy wysuwa się nieustanna obawa; w sferze wewnętrznej był to strach przed powrotem stalinizmu (np. przy okazji zmian w rządzie jesienią 1959 r.) – Zawieyski notuje, że obawia się „zamordyzmu” (t. I, s. 690) „w wydawnictwach, redakcjach, teatrach, w filmie”. To czas kiedy z pracy usuwano wiele osób – wiemy o Janie Józefie Lipskim i Aleksandrze Małachowskim, ale było ich więcej. Z lektury zapisków Zawieyskiego wynika, że jedną z dominujących wśród ludzi w PRL emocji (czy precyzyjniej: wśród warstwy inteligenckiej) był właśnie strach: w sferze wewnętrznej, ale i zewnętrznej: przed wojną (lub wymuszoną zmianą granic). Dzienniki pokazują nam, jak bardzo strach wpływał na odbiór rzeczywistości. Zawieyski wprost werbalizuje swoje odczucia: „podświadomie przeżywam, jak wszyscy, potworny lęk przed wojną” (t. II, s. 128).
Zauważmy, że im silniejszy był ten strach, tym bardziej zacieśniał się węzeł zależności od ZSRR. Sądzę, że wiele osób podpisałoby się pod wyrażoną przez Zawieyskiego w 1959 r. obawą, że „jeżeli dojdzie do przetargów i kompromisów, Związek Radziecki przedmiotem przetargu uczyni ziemie nad Nysą oraz Szczecin (…)” (t. I, s. 630; przypomnijmy, że formalne uznanie polskiej granicy zachodniej nastąpi dopiero w roku 1990!). Strach przed Niemcami czynił PRL zakładnikiem Moskwy – widać to wyraźnie dopiero post factum, natomiast wówczas dostrzegali to tylko nieliczni.
Mediator i piorunochron Fakt, że Zawieyski był artystą, a nie politykiem, wpływa na jego dziennik, ponieważ…