Były, oczywiście. Hanna Malewska – pisarka i redaktor naczelna miesięcznika „Znak” w latach 1959–1973; Józefa Hennelowa – redaktor „Tygodnika Powszechnego”, związana z pismem od 1948 r.; Krystyna Chmielecka, sekretarz Wydawnictwa Znak od 1959 do 1989 r. Być może ktoś jeszcze pamięta znakomitą tłumaczkę i publicystkę Annę Morawską oraz pisarkę Zofię Starowieyską-Morstinową. By jednak rozeznać się w zasługach kobiet, które nazywano sekretarkami, choć ich znaczenie wybiegało daleko poza funkcje wyłącznie pomocowe – np. Marii Czapskiej, Marii Turowiczówny czy Marii Lach – potrzeba już bardziej wnikliwej znajomości historii środowiska niż tylko powierzchowna. Były kobiety w administracji, które – parafrazując wyrażenie filozofki prof. Jolanty Brach-Czainy – zajmowały się redakcyjną „tkanką codzienności”: księgowością, prenumeratą, sprzedażą książek, prowadzeniem archiwum.
Na jeszcze głębszym planie, ginąc w pomroce dziejów, znalazły się żony redaktorów, choć ich niewidzialna obecność była może całkiem nierzadko warunkiem sine qua non skuteczności działań ich mężów. To one przecież zdejmowały z nich balast codziennej udręki życia – od prania w pralce frania (z namaczaniem!) począwszy, na zakupach w gospodarce niedoborów skończywszy. A przecież nie pełniły funkcji wyłącznie „żon swoich mężów”, pozbawionych własnego życia i zdania. Przestały być pamiętane, bo codzienność na pamiętanie nie zasługuje – sens życia przyzwyczailiśmy się wiązać wyłącznie z wydarzeniami, które wydają nam się wielkie i przełomowe. Padły też ofiarą amnezji, jaka powoli zaczyna obejmować całe środowisko Tygodnikowo- -Znakowe, przemienione w pomnik, który albo się profanuje, albo sakralizuje. Ale na pewno nie traktuje na tyle uważnie, by je rzetelnie poznać, przywracając zamienionym w pomnik ludziom ich prawdziwe rysy. By tego dokonać, oddanie głosu kobietom, choćby przez zabieg przywołania na moment ich zapomnianego czy bagatelizowanego istnienia, wydaje się konieczne. Na dobrą sprawę, kto lepiej od nich może wiedzieć, czym było życie w PRL-u, w środowisku, które najpierw było obiektem represji, a potem milczącego lekceważenia i spychania na margines jako „katolickie getto”.
Nie jest to łatwy zabieg, bo „krzątactwo” – by posłużyć się kolejnym wyrażeniem prof. Brach-Czainy – jakie przez lata było udziałem kobiet, nie rzuca się w oczy. Bo w sumie czym się tu chwalić? Wartość – nie tylko finansowa – pracy domowej stała się tematem godnym debaty publicznej całkiem niedawno. Kiedy zbierając pięć lat relacje współpracowników i przyjaciół Jerzego Turowicza, zadawałam pytania o życie codzienne, nawet jeśli otrzymywałam barwne odpowiedzi, nierzadko podszyte były one powątpiewaniem: ale kogo to może obchodzić?… Tak jakby interesujące mogły być tylko zmagania z systemem, prowadzone w cenzurze albo z mównicy sejmowej. Jakby mniejszy ciężar gatunkowy wspomnień pozbawiał je jakiegokolwiek znaczenia. Może dlatego że przynależny był przede wszystkim i z reguły kobietom?
Obserwatorki i uczestniczki
Janina Gołubiewowa uważała, że obowiązki domowe to jej zadanie. Biorąc je na siebie, sądziła, że w pewien sposób oddaje się pracy twórczej męża – zdejmuje bowiem z niego obowiązki uciążliwe i czasochłonne. Własne malarstwo – mimo posiadanego wykształcenia i dorobku – traktowała niemal jak hobby, malując obrazy w wolnych chwilach i na wakacjach. Rysunki jej autorstwa były umieszczane m.in. na łamach „Tygodnika Powszechnego”, prawdopodobnie jest też autorką winiety pisma (w kształcie obecnym na łamach pisma z Wiślnej do 2007 r.) – liternictwa stworzonego wyłącznie na potrzeby pierwszej strony „Tygodnika”. W wywiadzie z 1989 r. przyznaje, że potrafiła podołać wszystkiemu, czego się podjęła – wzbudzało to w niej ustawiczne poczucie winy. Zawsze jednak uważała, że najważniejsza jest twórczość autora Bolesława Chrobrego i to dla niej przede wszystkim musi znaleźć się przestrzeń: „Starałam się maksymalnie odciążyć Tola, zresztą w wielu sprawach czuł się on zupełnie bezradny”. Mąż rewanżował się chodzeniem na wywiadówki, urządzaniem przedstawień kukiełkowych dla dzieci, gdy były małe, organizowaniem szarad i gier na wakacjach w Klikuszowej.
We wspomnieniach o mężu pani Janina nie mówi o poświęceniu. Opowiada o wspólnym życiu (i to nieraz bardzo wymagającym: okupacja przeżyta na Wileńszczyźnie, opuszczenie rodzinnych stron w 1945 r., niełatwe zakorzenianie się w obcych stronach – najpierw w Łodzi, potem w Krakowie) jako partnerka męża – wprowadzona we wszystko, czym pan Antoni żył jako twórca i jako redaktor „Tygodnika Powszechnego”. Nieprzypadkowo w przeczytanych po śmierci męża notatkach pani Janina znalazła i takie zdania: „Chcę żyć i chcę też umrzeć (…), bo jestem już bardzo zmęczony, nie chcę tylko, żeby Janka płakała, żeby straciła smak istnienia. Chcę, żeby malowała obrazki. Zostawiam te słowa w testamencie: niech kontynuuje naszą wspólną twórczość. Jedyną rzecz, dla której – prócz miłości i przez miłość – warto żyć (…) niech wie, że ilekroć weźmie do ręki pędzel, znowu będę tuż przy niej”.
Maja Woźniakowska, żona prof. Jacka Woźniakowskiego, wieloletniego szefa Wydawnictwa Znak, uważa, że w życiu środowiska nie tyle uczestniczyła, ile je obserwowała. Choć to w ich domu przy Wyspiańskiego, podobnie jak u Gołubiewów przy Jaskółczej, toczyły się najważniejsze środowiskowe obrady. Ją jednak absorbowało co innego: „Czwórka dzieci, problemy finansowe i tym podobne, dość przyziemne sprawy związane z prowadzeniem domu. Zresztą podobne problemy miały żony innych redaktorów – my zajmowałyśmy się tym wszystkim, co się składa na normalne życie”.
Czy w tzw. normalnym życiu może być miejsce na nietoperze? Róża Thun, starsza córka Woźniakowskich, pamięta nietoperze w słojach, kąsające palce u rąk, gdy się je włożyło, za zachętą mamy, do środka. Maria Woźniakowska, biolog z wykształcenia, poza tym że przez lata prowadziła dom i wychowywała dzieci, napisała także pionierską pracę o nietoperzach. Zrezygnowała jednak z pracy naukowej i miejsce pytań badawczych zajęły kwestie trywialne: w jakich proporcjach wymieszać margarynę z masłem, by przemycić choć trochę maślanego smaku? Jak odświeżyć chleb, by nie wyrzucić nawet kromki czerstwego pieczywa? Przy czworgu dzieciach i ustawicznych problemach finansowych byłoby to bowiem marnotrawstwem. Podobnie jak nieszanowanie ubrań, które przechodziły ze starszego dziecka na młodsze.
Natomiast kiedy na jednej z wywiadówek Maria Woźniakowska poznaje nauczyciela plastyki swoich dzieci i zaczyna z nim rozmawiać o malarstwie i uczeniu malowania, spontanicznie zaprasza go do domu. Wie, że ktoś taki na pewno zainteresuje jej męża. W ten sposób najpierw w domu Woźniakowskich, a potem w środowisku „Tygodnika” i Znaku, pojawił się Stanisław Rodziński – znakomity malarz i przez lata recenzent wystaw malarskich w piśmie Jerzego Turowicza. To Jacek Woźniakowski napisał wstęp do szaroburego katalogu przygotowanego na pierwszą wystawę obrazów Rodzińskiego w zakopiańskiej Galerii Pegaz w 1964 r. Podczas rozmowy o wystawie Rodziński wymienia ulubionych malarzy: Emil Krcha i Józef Czapski… „Przecież to wuj mojej żony!” – przerywa prof. Woźniakowski. Rodziński poznaje Czapskiego przy okazji pierwszego pobytu w Paryżu, a zadzierzgnięta wówczas przyjaźń przetrwa do śmierci Czapskiego w 1993 r.
Surowe wychowanie generacji, do której należy m.in. Maja Woźniakowska, nie dawało przyzwolenia na narzekanie. Hart ducha pozwolił im przeżyć najgorsze zakręty historii: zsyłki, ucieczki, przymusowe opuszczanie domów i rodzinnych siedzib, ubóstwo szeregu powojennych lat. A że czegoś pozbawiło? Że bardziej liczyła się proza życia niż np. ambicja zajmowania się czymś więcej niż tylko sprawami domowymi? Niespełnienie nie musiało być udziałem redaktorskich żon, bo wiele z nich żyło w przekonaniu, że niezależnie od zajmowanego miejsca w szeregu zawsze można zrobić coś sensownego. I niekoniecznie chodziło tylko o codzienne zmagania, na które ich mężowie nie mieli czasu. Bycie jedynie obserwatorem nie musi zakładać braku jakiegokolwiek uczestnictwa.
„Jakieś wady mieć trzeba” Jesienią 1972 r. Jerzy Turowicz przez dwa i pół miesiąca podróżował po Stanach Zjednoczonych. Kiedy redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” zwiedzał Nowy Jork, obserwował przygotowania do wyborów prezydenckich, wizytował kilkanaście północnoamerykańskich miast, w tym Waszyngton, San Francisco czy Montreal, spotykał się z Miłoszami i Międzyrzeckimi, wygłaszał odczyty, jego żona pani Anna Turowiczowa przygotowywała mu w Krakowie pokój do pracy. Znakomita tłumaczka z języka francuskiego dogląda przestawiania pieca, malowania ścian, obstalowuje u stolarza nowe półki na książki. W liście z 22 października 1972 r. do Julii Hartwig, poetki i żony Artura Międzyrzeckiego, opisuje stan aktualny życia rodzinnego, zauważając jednocześnie: „Bardzo się obawiałam tej nieobecności Jerzego, bo chociaż bardzo się zawsze cieszę z jego podróży i dzięki bogatej wyobraźni przeżywam je, nie ruszając się wygodnie z domu [za sprawą szczegółowych listów pisanych przez pana Jerzego do żony z każdej podróży – przypomnienie autorki], to jednak nie lubię, jak go nie ma zbyt długo…”. Na końcu prosi panią Julię o pomoc w kupnie przypraw w słoiczkach. Ich spis dała co prawda Jerzemu, tylko czy on to znajdzie? „W Europie to on genialny w tych rzeczach sprawunkowych, ale tam, do góry nogami?” W liście do męża zastanawia się natomiast: nie wiem, czy „wyszłabym za Ciebie drugi raz, gdybym wiedziała, jaką ilość kurzu i ile ton papieru ten fakt za sobą pociągnie. (…) Ale jak wrócisz i będziesz sobie cicho siedział – już nie w kątku, ale w dużym, ubocznym pokoju – i odezwiesz się czasem aksamitnym głosem i popatrzysz ciepłymi oczami, to chyba te wątpliwości mnie opadną. W końcu jakieś wady mieć trzeba: inni mężowie nieznośni, albo piją, albo co, a Ty gromadzisz pod siebie papier…”. Pani Anna była niewątpliwie odpowiedzialna za praktyczną część wspólnego życia, np. za naprawę pralki, bo choć mąż studiował przez krótki czas na Wydziale Budowy Maszyn Politechniki Lwowskiej, nie miał do takich rzeczy głowy. Na pomoc wzywany był zaprzyjaźniony krewny, Andrzej Turnau, wykładowca z Akademii Górniczo-Hutniczej, co nie znaczy, że pani Anna bezgranicznie ufała jego kompetencjom. „Ależ w instrukcji było napisane inaczej – rozpoczynała dyskusję. – To nie może tak być! Nie zrozumiałeś instrukcji…” Turnau bronił się, jak każdy inżynier: „Ale co tu czytać? Wystarczy popatrzeć…”. Jednak poza tym że zajmowała się naprawą pralki, smażeniem konfitur i parzeniem popołudniowej kawy dla męża, była przede wszystkim równą panu Jerzemu partnerką w jego zawodowych i intelektualnych zainteresowaniach. Najbardziej lapidarnie podsumowuje to Stefan Wilkanowicz, który nie ma żadnych konkretnych wspomnień związanych z domem Turowiczów na Lenartowicza. W pamięci pozostało mu wrażenie – że zawsze było przyjemnie. Coś się jadło, piło, żartowało… Jedno zapamiętał jednak wyraźnie: panią Annę, która potrafiła zaskoczyć wszystkich redakcyjnych mędrców,…