Subskrybuj
Pisarka i krytyczka literacka. Za swój debiut książkowy pt. Żywopłoty otrzymała Nagrodę im. Cypriana Kamila Norwida oraz Nagrodę Literacką KMLU. W 2022 r. opublikowała powieść Ucichło (Wyd. W.A.B)

Już nigdy

Pisząc <em>Dziennik żałobny</em>, Roland Barthes pracował równolegle nad innymi tekstami. W tym trudnym okresie redagował jedno z najważniejszych swoich dzieł, Światło obrazu. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wiele z opisywanych w tym kanonicznym dziele emocji miało swoje źródło właśnie w żałobie po śmierci matki.

Kobieta trzyma na rękach chłopca. Jej twarz wyraża siłę i spokój. Chłopiec – w długich podkolanówkach i butach na klamerkę – jest już dość duży, ma pewnie jakieś siedem, osiem lat, mimo to kurczowo trzyma się szyi kobiety, przyciska policzek do jej twarzy. Chłopcem jest Roland Barthes, kobieta to Henriette, jego matka. To zdjęcie z dzieciństwa Barthes w swojej autobiografii podpisuje: „Prośba o miłość”.

25 października 1977 r. w wieku 84 lat matka Rolanda Barthes’a umiera. Dzień po jej śmierci pisarz, strukturalista, później poststrukturalista, a przede wszystkim wybitny intelektualista, zaczyna prowadzić dziennik, na który składają się krótkie notatki, strzępy związanych z matką wspomnień, nieraz zaledwie jedno, dwa zdania mówiące o jego samopoczuciu czy o doświadczeniu żałoby.

Czarne skrzydło ostateczności

Barthes stara się nakreślić pole semantyczne tego stanu. Zrozumieć i nazwać słowami trwanie w cierpieniu, którego nic oprócz – jak sam pisze – jego własnej śmierci nie może zakończyć. W Dzienniku… słowo „żałoba” zostaje odmienione przez wszystkie przypadki, jednak wydaje się, że Barthes próbuje znaleźć dla tego stanu inną nazwę, wiedząc, że istniejąca odnosi się do pewnego etapu, podczas gdy jego sytuacja naznaczona jest „czarnym skrzydłem ostateczności”.

Próba analizy intencji autora jest w tym wypadku szczególnie problematyczna. Z jednej strony dlatego że mowa przecież o Barcie, który ogłosił „śmierć autora”, z drugiej – ponieważ są to notatki bardzo intymne. Jedne z tych zapisywanych tylko po to, by dać upust skrajnym emocjom. Barthes sam przyznaje, że nieraz w swoim dzienniku „powierza się banalności, która w nim jest”, ale przecież mówienie o śmierci i związanym z nią cierpieniu zawsze jest na swój sposób banalne. Bolesne zdziwienie, że jesteśmy śmiertelni, jest wspólnym, wstydliwym doświadczeniem wszystkich ludzi i od wieków wywołuje podobne refleksje – wzruszające i trywialne zarazem. Tym razem jednak swój Dziennik żałobny prowadzi umysł wybitny, co sprawia, że jego notatki oprócz silnego ładunku emocjonalnego, który ze sobą niosą, stanowią również analizę „człowieka po stracie”, stanu ducha osoby stawiającej czoła najtrudniejszym uczuciom: tęsknocie, rozgoryczeniu, samotności, żalowi.

Z biegiem czasu w synu pogrążonym w żałobie rodzi się również wstyd. Okazuje się bowiem, że odkąd matka umarła, nic się nie zmieniło. Strata najbliższej osoby jest wydarzeniem, które domaga się raptownego przerwania dotychczasowego biegu wydarzeń. Tymczasem wszystko funkcjonuje tak jak dawniej. 31 października Barthes notuje: „Jakaś część mnie czuwa w rozpaczy; a jednocześnie jakaś inna zajmuje się w myślach porządkowaniem moich najbardziej błahych spraw. Odczuwam to jako chorobę”. Na kolejnych stronach zastanawia się, czy fakt, że jest w stanie żyć bez najdroższej osoby, oznacza, że kochał ją mniej, niż przypuszczał, czy nie jest to forma zdrady żyjącego wobec umarłej. Innym powodem do wstydu jest poniekąd egoistyczny strach przed własną śmiercią. Po bezpośrednim zetknięciu się z umieraniem matki Barthes po raz pierwszy zaczyna realnie myśleć o końcu własnego życia (umrze zaledwie trzy lata później). Śmiertelność staje się dla niego nieomal dotykalna. Pisze: „Teraz wszędzie, na ulicy, w kawiarni, nieuchronnie widzę ludzi w stanie przedśmiertnym, to znaczy w ścisłym sensie jako śmiertelników. – I z nie mniejszą oczywistością widzę ich jako niezdających sobie z tego sprawy”. Barthes uświadamia sobie możliwość końca, ale i jego przerażającą ostateczność, doświadczenie śmierci matki zaczyna przekładać na swoją przyszłość, oswajać śmierć, obejmować ją umysłem, tak by wiedza o niej była jego własna, a nie – jak wcześniej – zapożyczona. 1 maja 1978 r. notuje: „Myśleć, wiedzieć, że mama umarła na zawsze, całkowicie (»całkowicie« może być myślane tylko przemocą, bez możliwości dłuższego utrzymania go w myśli), to znaczy myśleć, słowo po słowie (dosłownie i równocześnie), że ja także umrę na…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Władza w Kościele