Subskrybuj
Poeta i eseista. Autor Miasta wewnętrznego oraz Ostatniego Królestwa. Publikował m.in. na łamach „Toposu”, „Twórczości”, „Znaku”, „Więzi”, „W Drodze”.

Reguła życia

Benedykt napisał swoją regułę dla, jak to mądrze określił, początkujących. Wil Derkse, świecki oblat, komentuje to w nie mniej wspaniały sposób: „Mamy wyłącznie tę regułę dla początkujących”. Żadnemu z powołań – małżeńskiemu czy duchownemu – nie jest łatwiej, a dostęp do Boga jest taki sam.

To pragnienie nie opuszcza: życie wewnętrznie uporządkowane, podporządkowane zewnę trznej regule, pogodzone. Określone godziny snu, pory pracy i modlitwy, niczego, co zbędne. Wyznaczony czas studiowania i nałożony czas milczenia. Dni i noce zamykające się w uścisku sensu, który rzuca oskarżycielskie spojrzenie w moją stronę. Jak wygląda moje życie widziane zza muru klasztoru? Zakonnicy, opisując je, mówią o pośpiechu, nieustannym biegu w pogoni za czymś. Za czym – do końca nie wiedzą, a i mnie cel wydaje się coraz mniej widoczny. Czy mają prawo ci żyjący po drugiej stronie klasztornego muru wypowiadać się o wyścigu szczurów, w którym również ja, chętnie czy niechętnie, biorę udział?

Też chcę zrozumieć. Co się stało, że nie potrafię zatrzymać się już w swoim życiu? Gdzie jest źródło utraty panowania nad własnym życiem, dlaczego wymyka mi się ono z rąk? Gdy pojawiają się takie pytania, przyłapuję się na tym, że spoglądam w stronę klasztoru. Jakbym szukał wyjaśnienia lub akceptacji. W dawnych czasach ludzie świeccy przychodzili do klasztorów, radząc się zakonników w sprawach swojego życia. Mnisi zazwyczaj odpowiadali, mur nie był głuchy.

Jeśli czegoś zazdroszczę żyjącym po tamtej stronie muru, jest to reguła życia. Albo raczej: Reguła – ta jedna, jedyna, nigdy nieporzucona. Rozstrzygająca wszelkie wątpliwości, autorytarnie wręcz i bezpardonowo porządkująca życie. Spośród wielu – ona jedna. Nadająca imię (bracia mniejsi, trzewiczkowi) oraz tożsamość (benedyktyni, dominikanie). I zazdrosna ponad miarę, gdyż brak wierności oznacza utratę tożsamości. Jednak pisząc o Regule, łatwo ulec mitologizacji. Reguła to zapis prawny, dokument regulujący życie ascetyczne i organizacyjne zgromadzenia, stąd niewiele tu z tego, czego szukam: odpowiedzi. Podane są godziny modlitwy, dokładna liczba psalmów, ale próżno tu szukać odpowiedzi na pytanie, jak się modlić. Jest za to odpowiedź na pytania, jak żyć, ale w formie jedynie organizacyjnej: pobudka, praca, modlitwa, posiłek, praca, czytanie etc. Gdzieś pomiędzy tymi godzinami, tak podaje mądrość, jak kot przeciąga się świętość. Albo przynajmniej pewniejsza droga do niej.

Szukając odpowiedzi w regule, należy pamiętać, że powstała ona z ułomności człowieka. Powiedzmy to wprost: reguła to porażka, zapis nieudolności, bowiem jedyną Regułą jest dla wierzącego Pismo. Stąd Reguła ma rangę upokarzającej ściągi, pisemnej kapitulacji wobec Ducha. Tak, łatwo ulec mitologizacji. W spokojnym czytaniu szybko okaże się, że normy życia mnichów niestrudzenie balansują pomiędzy Regułą a regułą, mieniąc się raz Jedyną Drogą, a innym razem pobożnym, czy miejscami wręcz nieludzkim, zapisem. Reguła – ta pisana małą i ta pisana wielką literą – jedynie w cierpliwym odczytaniu odkrywa swoje skarby. Zdaje się, że idealizujące spojrzenie na reguły posiada jedynie zakon romantycznych niemnichów, którego i ja jestem dumnym wyznawcą, podczas gdy prawdziwi mnisi traktują swoje reguły z dużą dozą dystansu. Słowem: nie ma Reguły, jest tylko reguła?

Tekst napisany przez piasek

Losy reguł – wszystkich, bez wyjątku – są tajemnicze, jak ślady na piasku. Otwieram niedawno wydaną, zaiste imponującą książkę Zachodnie reguły monastyczne, by pomiędzy stronicami odnaleźć Ważne Słowa. Zamiast zdań, co mają ocalić moje życie, znajduję piasek. Reguła zawiera w sobie żar pustyni, jej samotność, zaskakujące piękno w pozornie niezmiennym krajobrazie, a przede wszystkim upór, zwany walką, zamykający się w życiu. Reguła powstaje w momencie nieuchwytnym: człowiek zostaje wygnany przez Ducha na pustynię. Tyle wiemy, nawet jeśli uciekamy w metaforę. Czas spędzony na odosobnieniu – z Bogiem, ze sobą i z dzikimi zwierzętami – jest okryty tajemnicą milczenia. Ani słowa o tym, co się wydarzyło. Gdy wreszcie wynurza się zza piaskowej wydmy, niesie już ze sobą pierwsze słowa. Tak powstaje reguła: w momencie nieuchwytnym.

Słowa reguł noszą w sobie okrutne piękno pustyni. Niektóre z nich bardziej przypominają złudzenie niż namacalny konkret. Część z nich jest tak ulotna, że wiemy o nich tylko tyle, iż istniały. Przekazywane ustnie lub ograniczone tylko do jednego klasztoru, tworzą ów zagadkowy w swej rozległości zbiór reguł wymarłych. Znikały wraz z wymarciem wspólnoty, ze śmiercią założyciela i jego bezpośrednich uczniów. W historii duchowości chrześcijańskiej mamy do czynienia z ludźmi potężnymi jak reguły zakonne. To promieniujące osobowości, których fenomenu nie udało się zamknąć w literze. Marcin z Tours był postacią tak charyzmatyczną, iż nie pozostawił po sobie reguły – dopóki żył, sam stanowił wzorzec dla swych uczniów. Inni, jak Franciszek z Asyżu, pozostawili reguły nieporywające, jakby nie na miarę swej postaci. Święty mąż, ojciec założyciel, pustynny abba jest nie do pochwycenia przez regułę. Ten typ człowieka należy bardziej do Ducha niż do litery. Tak jak istnieją ludzie reguły, tak też istnieją reguły matki, teksty fundamenty. Wobec nieprzeniknionego życia reguł zakonnych na przełomie VIII i IX w. Benedykt z Aniane dokonuje ich kodyfikacji, zapisując wszystkie znane oraz te istniejące do jego czasów. Zachowało się ich ok. 30. Która pierwsza, a która najbardziej wartościowa? I czy działa tu zasada, że im bliżej starożytności, im bliżej pierwszych chrześcijan, tym lepiej? Nie wiem, kto zna odpowiedzi na te pytania, ale na pewno nie reguła. Ta od momentu kodyfikacji przeżywa spory o swą tożsamość: co jest regułą, a co nią nie jest? Słowo „reguła” nie od razu pojawia się w tytule. I tak Augustyn z Hippony nazywa napisaną przez siebie regułę (De ordine monasterii) terminem libelus, tj. książeczką, zaś Reguła Pachomiusza w ogóle nie zna tego terminu, a tytuł dodano jej znacznie później. W tytułach pojawiają się słowa: statuty, napomnienia, listy… Termin „reguła” pojawia się dopiero w IV w., zaś jego okrzepnięcie w znaczenie dzisiejsze dokonuje się na przełomie VI i VII w. Rzecz zastanawiająca: w IV w. następuje dosłownie erupcja dokumentów regulujących życie monastyczne. Reguły Pachomiusza, Bazylego, Augustyna oraz Reguła Czterech Ojców (Serapiona, Pafnucego, dwóch Makarych) powstają w zbliżonym czasie, a co więcej, całkowicie niezależnie od siebie. Odo Casel, wybitny znawca monastycyzmu, do tych pism podstawowych zalicza jeszcze regułę i Collationes Patrum Jana Kasjana, które choć powstały w tzw. drugiej generacji (I połowa V w.), wywarły nie mniejszy od pozostałych wpływ na tworzenie reguł zakonnych. Te właśnie pisma stanowią „reguły matki” – teksty wielokrotnie cytowane, przetwarzane, odnajdujące się w innych regułach z odmiennymi tytułami, wreszcie przeglądające się w sobie nawzajem. Jak się bowiem okazuje, reguła nie lubi statyczności, prowadzi życie nader dynamiczne: zmienia autorów, porzuca stare tytuły, aby przybrać nowe, nieustannie podróżuje, oceniając prawdziwość swych słów w innych miejscach pośród innych ludzi. Bywa, że rozczulająco uparcie trzyma się – aż po śmieszność – napomnień całkiem niedorzecznych. Reguła Wschodnia, napisana dla galijskiego klasztoru w Agaune, w punkcie 11 wiernie powtarza zapis z Reguły Pachomiusza: „Niech nikt bez rozkazu ojca nie odwiązuje liny”. Zapis jest zrozumiały tylko dla klasztoru Pachomiusza, gdzie używano łodzi, aby przeprawić się przez rzekę. Przymocowywano je liną, wiążąc do pomostu. W Agaune zapis ten jest pozbawiony sensu, niemniej z całą powagą powtórzony. Są też reguły, które się nie znają: Reguła Eugipiusza nie zna Benedykta, choć Lucullanum jest blisko Subiaco i Monte Cassino. Inne zaś zaczynają się tam, gdzie pierwsze się kończą. Kolumban kończy swoje napomnienia dla mnichów słowami „Słuchaj, Izraelu”, podczas gdy Benedykt rozpoczyna: „Synu, nakłoń ucha”.

Na marginesach

Definicję życia monastycznego, albo życia chrześcijańskiego, stanowi ten fragment Pisma: „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy uwierzyli. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne” (Dz 4, 32). Na dobrą sprawę żadna reguła nie wyjdzie poza te zdania. One stanowią sedno Reguły, ją samą. Uporczywe, do znudzenia i do zapamiętania, czytanie reguły, pod którą się żyje, ma na celu przybliżyć do tej jednej Reguły. Jej ciągłe czytanie ma przypominać o celu, do którego się zdąża. Augustyn nazywa regułę „zwierciadłem” – należy przeglądać się w tekście, nie zaś porównywać z innymi mnichami. Z tego też powodu zapis, wedle którego żyją mnisi, jest swoistym kanonem, od którego nie można odstąpić, wzorem do naśladowania i miernikiem rozwoju. Należy zatem zapytać: jak często czytano regułę? Wspomniany już Augustyn nakaże czytanie raz w tygodniu, za nim pójdzie reguła klasztoru tarnateńskiego, ale już Aurelian będzie wymagał czytania raz na miesiąc. Zwierciadło tekstu stawiane jest przed mnichami często, niemal nieustannie. Reguła, jak mniemam, ma stać się drugim kręgosłupem zakonnika. To częste czytanie rzeczywiście kształtuje człowieka, co prowadzi do sytuacji dla dzisiejszego czytelnika zaskakujących: podczas pożaru klasztoru mniszki nie chcą opuścić klauzury, ponieważ zabraniała im tego reguła Cezarego z Arles („niechaj już do śmierci nie wychodzi z klasztoru” [1]). Taka jest wierność tekstowi – żyje się tak, jak się czyta.

Każdą regułę należy odczytać jako tekst mówiący po prostu o życiu. Najpierw jest życie, dopiero później reguła, która próbuje to życie opisać. Liczy się nie tyle życie dziwaczne, eksperymentalne, życie na próbę, ile życie sprawdzone, życie na śmierć poważne. Dlatego reguły nie silą się na oryginalność, przeciwnie: łączą się, zapożyczają od siebie, noszą w sobie ślady wzajemnych, i to bardzo uważnych, lektur. Noszą też ślady swoich autorów (lub redaktorów), odzwierciedlając nie tylko ich inteligencję, pobożność, co jeszcze bardziej charaktery. Reguły są jak ludzie – surowe, wyrozumiałe, autorytarne lub ludzkie. Niespiesznemu czytelnikowi odsłaniają się rysy ich twórców – jaka przepaść istnieje między surowością Kolumbana a wyrozumiałością Augustyna czy Benedykta! Łatwo odczytać charakter autora, jednak reguła pisana jest dla konkretnej wspólnoty. W niej ujawnia się wizerunek zgromadzenia ludzi, z którymi przyszło żyć. Liczba kar, rygorystyczne przestrzeganie zasad, surowość życia, nawet pewien brak zaufania to opis recept wobec konkretnych ludzi, których w równym stopniu należało doprowadzić do Chrystusa, jak również utrzymać w ryzach wychowania. Współczesnego czytelnika reguł może zaskoczyć liczba kar cielesnych. Reguła Makarego wprost nakazuje, iż „ci, którzy nie poprawiają się na skutek zdrowej nauki, powinni być uleczeni za pomocą chłosty” (27), jednak nie podaje liczby uderzeń. Dopiero Reguła Aureliana precyzuje: „gdyby trzeba było nałożyć karę chłosty, nigdy nie przekraczać słusznej miary, to jest trzydziestu dziewięciu uderzeń” (41). Ciekawe jest to doprecyzowanie. Obie reguły powstały w V w., ale dzieli je mniej więcej 50 lat. Dlaczego Makary nie wspomina o liczbie uderzeń? Być może nie należało tłumaczyć liczby uderzeń, ponieważ wciąż w użyciu była rzymska „miara” takiej kary: czterdzieści bez jednego. Pół wieku później, w czasach Aureliana, zasada ta mogła nie być już wśród ludów barbarzyńskich znana. A może jeszcze inaczej: opat Makarego miał wielką władzę nad podległymi mnichami, zaś Aurelian był bardziej ludzki i wolał pewnych granic nie przekraczać? Za najsurowszą regułę uchodzi tekst Kolumbana, który lekką ręką rozdaje kary („Komu upadnie poduszka na oleje i nic nie stłucze, poniesie karę dwunastu uderzeń” [VIII, 13]). Jednak i on cechuje się pewną „humanitarnością”: pomimo że kary dochodzą do 100 razów, dziennie można otrzymać ich tylko 25. Wszędzie ganiono śmiech, co reguła Ferreola wyjaśnia: „Uważam, że mnichom przystoi, aby od śmiechu się powstrzymywali, jeśli nie zawsze, to przynajmniej często. Gdyby zaś, czytając to, każdy z braci wymagał jakiegoś przykładu, niech mu wystarczy, że w Ewangelii czytamy, iż Pan nasz Jezus Chrystus płakał, ale nic nam nie wiadomo o tym, aby się śmiał” (24, 1). Niektóre z kar pozostają do dziś zagadkowe, tak jak ta ukryta za słowem superpositiones, którą wspomina reguła Donata. Dziś nie jesteśmy już w stanie rozstrzygnąć, jaki ciężar się na nią składał: post, milczenie, śpiewanie psalmów, czasowe odsunięcie od życia wspólnoty? Okazuje się, że nie tylko reguły same w sobie są interesujące: nie mniej ciekawe są ich marginesy.

Reguła miastaZwykło się mówić, że po Trydencie nie powstały już zakony. Jak gdyby reformacja…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Polska na weselu