Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Po swojemu

Katedra Polska na Columbia University potrzebuje różnorodności: uczonych z Pragi, ze Lwowa czy z Wilna albo Heidelbergu. I niekoniecznie muszą to być osoby utytułowane naukowo – bardziej liczy się dla mnie, co ciekawego mają do powiedzenia. Badania posuwają się przecież do przodu nie za sprawą metryki uczonego, ale zadawanych przez niego nowych pytań.

No więc tak: w wieku 35 lat, po wygraniu konkursu, obejmuje Pani stanowisko profesora Katedry Polskiej na Columbia University w Nowym Jorku. Może mi się wydaje, ale jakbym słyszała pytanie jakiegoś zasiedziałego naukowca, który robił karierę „po bożemu”: „Nie za szybko”?

Słyszałam je wielokrotnie! Choćby w takiej postaci: „Jesteś młoda i jeszcze wiele przed tobą, więc gdzie się tak spieszysz?”.

Teraz, po objęciu stanowiska, co Pani słyszy?

Między innymi to, że świetnie, iż wygrałam konkurs, bo młoda kobieta w takiej funkcji dobrze wróży temu przedsięwzięciu… Nie słyszałam, by coś takiego kiedykolwiek powiedziano o drugiej płci. O mężczyznach na stanowiskach naukowych mówi się merytorycznie, prawie nigdy w kategoriach płci lub wieku.

Kto zapomniał, temu przypomnę, że Pani fachowe przygotowanie obejmuje: trzy monografie naukowe, biegłą znajomość trzech języków obcych, wykłady m.in. na Humboldt-Universität w Berlinie oraz w L’École des Hautes Études en Sciences Sociales w Paryżu i staż podoktorski na Columbia University. Na wyliczenie wszystkich stypendiów naukowych czy nagród straciłabym za dużo czasu. Przejdźmy do meritum: jaki ma Pani pomysł na uczenie o historii i kulturze polskiej w tak kosmopolitycznym mieście?

Zamierzam stworzyć z Katedry Polskiej przede wszystkim laboratorium myśli. Wyobrażam sobie, że może to być miejsce przekazywania wiedzy, jednocześnie otwarte na aspiracje intelektualne i pomysły studentów, którzy sami w sobie mogą być nietuzinkowi, wybierając na Columbii studia na temat Polski właśnie, a nie np. Wenezueli czy innego peryferyjnego kraju. Ucieszę się studentami, dla których polski temat stanie się najważniejszym. Niemniej jeżeli na zajęciach pojawi się np. uczony, który bada zjawisko dyktatur, przekonany, że zrozumie ten temat, zajmując się Ameryką Łacińską i Europą Środkowo-Wschodnią, w tym Polską, moja katedra powinna mu zapewnić inspirujące studia porównawcze.

Katedra na Columbii to dobre miejsce do postawienia pytania: czym jest Polska dzisiaj? Jak widzą nasz kraj czy jego komplikacje historyczne studenci z różnych stron świata? Np. z Azji Środkowej (zapewniam, że na Columbii oni są), dla których Polska jest krajem z dalekiej zachodniej rubieży dawnego bloku komunistycznego. Uczeni coraz częściej biorą w nawias przekonanie o wyjątkowości poszczególnych historii narodowych i ich wpływie na kontynentalne czy globalne procesy dziejowe. Dziś, gdy Stany Zjednoczone muszą konkurować z potęgą Chin czy Indii, nawet historia Ameryki Północnej jest przedstawiana w kontekście globalnym. Skoro na Columbii historii USA nie traktuje się jako jedynej istotnej perspektywy, tym bardziej należy tak postępować wobec historii takich krajów jak Polska. Nie ma zresztą innej drogi, jeżeli wiedza ma dotrzeć do ludzi, w których umysłach wszystko łączy się ze wszystkim, a historia to zbiór naczyń połączonych, gdzie nie ma miejsca na wyizolowane bańki narracji narodowych.

Im więcej pytań, które prowadzą na nieprzetarte jeszcze ścieżki, tym ta „rozmowa o Polsce” będzie bardziej warta prowadzenia. I choć nie jestem w tym działaniu ani pierwsza, ani jedyna, sama jestem ciekawa, co wyniknie z napięcia, jakie dziś obserwuję między zakwestionowaniem historii narodowej jako jedynie obowiązującej a aspiracjami polskiej humanistyki, by ponownie zaistnieć w międzynarodowym obiegu intelektualnym.

„Ponownie zaistnieć”, a więc tymczasem byliśmy słabo obecni?

Ostatni złoty czas polskiej humanistyki zdarzył się nam w latach 60., kiedy ton nadawali w niej myśliciele tej rangi co Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko, Włodzimierz Brus czy Witold Kula. Ale też Marian Małowist czy Oskar Lange wraz z plejadą polskich ekonomistów i statystyków, którzy po wojnie współtworzyli międzynarodowe grono ekspertów różnych specjalizacji zajmujących się problematyką krajów rozwijających się. Nie wszyscy mogli prowadzić badania w kraju, bo albo nie wrócili do Polski po wojnie, albo z niej wyemigrowali, także jeszcze przed 1939 r., pozbawieni szans realizacji w kraju naukowych aspiracji. Ekonomiści, których dorobkiem zajmowałam się bardziej wnikliwie przez dwa lata stażu podoktorskiego na Columbia University, opierali swoje teorie na doświadczeniu „zacofania” Europy Środkowo-Wschodniej. Ta część świata była dla nich laboratorium, które posłużyło do opracowania idei rozwiązywania problemów krajów postkolonialnych czy rozwijających się.

O randze tych teorii, czy humanistyki Kołakowskiego albo Andrzeja Walickiego, świadczy zainteresowanie, z jakim spotykały się ich propozycje intelektualne. One nie były adresowane tylko do krajowych odbiorców – tworzyły repertuar światowej humanistyki i nauk społecznych. Rangę myślicieli tamtego czasu potwierdza pozycja, jaką wielu z nich osiągnęło w międzynarodowej nauce po wyjeździe z Polski w wyniku nagonki antysemickiej i antyinteligenckiej, jaka rozpętała się w 1968 r. Od tego czasu Polska z trudem odbudowuje swój intelektualny potencjał.

Do realizacji tak ambitnych zamierzeń potrzeba sztabu ludzi.

Katedra jest jednoosobowa.

Aha…

W USA, inaczej niż w Polsce, kierownik katedry nie ma nawet sekretarki – musi sobie radzić sam. W ciągu najbliższych sześciu lat zamierzam zbudować program studiów, na pewno we współpracy z naukowcami zajmującymi się na Columbii historią Rosji, Niemiec czy krajów Europy Środkowo-Wschodniej albo polską literaturą. Kontakty nawiązane z kilkoma najlepszymi polskimi uczelniami powinny zapewnić katedrze gościnne wykłady prowadzone przez uczonych z Polski. Postaram się też nie ograniczać programu studiów do wymiany polsko-amerykańskiej. Z polskiej historii można bowiem o wiele więcej zrozumieć, jeśli się ją przedstawia w szerszym, środkowoeuropejskim otoczeniu. Postać prof. Rafała Lemkina dobrze pokazuje, na czym mi zależy…

Postać zapomniana: wybitny prawnik, współtwórca znakomitego kodeksu karnego z 1932 r., jako pierwszy użył słowa „ludobójstwo” – po rzezi Ormian w 1915 r. – na określenie masowych i zaplanowanych mordów grup etnicznych.

Autor projektu konwencji o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa, uchwalonej przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 1948 r. Siedmiokrotnie zgłaszany do Pokojowej Nagrody Nobla. Absolwent studiów językoznawczych i prawniczych na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, który kontynuował naukę w Heidelbergu, Berlinie, Paryżu. Holokaust zabrał niemal całą jego najbliższą rodzinę, sam uratował się, uciekając po wybuchu wojny do Szwecji, a potem do USA. Życiorys prof. Lemkina skupia jak w soczewce cechy szczególne, ale też uwikłania i bariery stawiane przed ludźmi z tej części świata, których nie sposób zrozumieć, patrząc na nich wyłącznie z narodowej perspektywy.

Katedra Polska na Columbia University potrzebuje takiej właśnie różnorodności: uczonych z Pragi, ze Lwowa czy z Wilna albo Heidelbergu. I niekoniecznie muszą to być osoby utytułowane naukowo – bardziej liczy się dla mnie, co ciekawego mają do powiedzenia. Badania posuwają się przecież do przodu nie za sprawą metryki uczonego, ale zadawanych przez niego nowych pytań.

W dotychczasowych pracach naukowych zajmowała się Pani zgrzebną socjalistyczną rzeczywistością: fenomenem „społeczeństwa kolejki” w latach 80. czy porównywaniem fabrycznej codzienności lat 60. w PRL i NRD. Tematy równie poważne jak idee, które zamierza Pani realizować na Columbii. Skąd zapał do tak szeroko zakrojonych planów?

Temat badawczy podyktowała pewna obserwacja – zauważyłam, że po rozpoczęciu transformacji z narracji publicznej zniknęło pojęcie klasy robotniczej i jej problemów. Polskie elity budowały liberalną demokrację i społeczeństwo obywatelskie. Polacy dorabiali się w przekonaniu, że kto w nowych czasach nie potrafi się urządzić, to jego wina. Miała powstać nowa klasa średnia skupiona wokół fundacji i organizacji pozarządowych. Ale już związek zawodowy, choć to od niego w 1980 r. rozpoczęła się poważna zmiana społeczno-polityczna, nie pasował do neoliberalnej definicji społeczeństwa obywatelskiego. Robotnicy znaleźli się na marginesie (także zainteresowań naukowych), a to, co na obrzeżach, z reguły przyciąga moją uwagę.

Nie mniej ważna była wciąż dominująca w polskiej humanistyce przełomu wieków optyka państwa kultury narodowej. W swoich badaniach chciałam od tego odejść na rzecz badań porównawczych, czyli: Polska i ktoś inny, a nie: Polska jako najważniejszy podmiot. Był i motyw osobisty – w sytuacjach kiedy słyszę: „nie można”, albo: „to za trudne”, wpycham palec, potem rękę, wreszcie otwieram drzwi…

Pani Doktor, ktoś mógłby pomyśleć, że jest Pani zbyt pewna siebie…

Zupełnie nie, to tylko tak brzmi.

Na seminarium magisterskim u prof. Marcina Kuli w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego i na uczelniach w Niemczech, gdzie zbierałam materiał do książki o socjalistycznych zakładach pracy, nauczyłam się, jak badać komunizm jako historię społeczną czy historię codzienności. Ten punkt widzenia interesował mnie bardziej niż – równie ważna – historia polityczna. Mój promotor skupił wokół siebie magistrantów i doktorantów, którzy w zainteresowaniach naukowych łączyli historię z socjologią lub innymi dziedzinami nauk społecznych, co pozwalało im badać historię najnowszą przez pryzmat tego, co zwyczajne i przez to bagatelizowane. Punktem wyjścia był dla nas problem, nie wydarzenie. Moje pytania badawcze brzmiały: jak funkcjonują ludzie w sytuacji chronicznych niedoborów? jak zrozumieć polskie „kombinowanie” i „urządzanie się”? jak w sytuacjach niedoboru postrzegamy swoje bliższe i dalsze otoczenie oraz władzę?

Ile z poprzedniego systemu pamięta ktoś, kto w momencie rozpoczęcia zmiany ustrojowej miał 10 lat? Pamiętam kolejki po mięso i pomarańcze, w których stałam z mamą. A także wyjazd z chórem do Bułgarii w maju 1989 r., kiedy przejeżdżaliśmy przez Mołdawską Socjalistyczną Republikę Radziecką i Rumunię, gdzie w nocy nie paliła się ani jedna latarnia uliczna, bo Nicolae Ceaușescu wprowadził drastyczne…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Imperialne oblicze Rosjan