Niekiedy ból jest tak wielki, że nie sposób znosić go dłużej w pojedynkę. Wdowiec z ósmego piętra powiedział do mnie w windzie, że cieszy się z końca wakacji, bo wrócą ludzie na osiedle i nie będzie musiał czekać codziennie rano 15 minut, aż poleci ciepła woda. Przedtem przez dwa lata mówił dzień dobry, przez kolejne dwa i dzień dobry, i do widzenia, coś mogło z tego być. Wakacje się skończyły, przyszła jesień, u siebie na dziesiątym już przywykłam, że ciepła woda leci zaraz po odkręceniu właściwego kurka, a wdowiec z ósmego przestał mi odpowiadać na cokolwiek, co do niego powiem. I nic już z nas nie będzie, ponieważ niekiedy ból jest tak wielki, że trzeba o nim komuś opowiedzieć. A potem się okazuje, że wcale taki wielki nie był i wystarczyło przeczekać.
Oczywiście jestem równie jak wdowiec z ósmego odpowiedzialna za pogrzebanie nadziei na rozwój naszej relacji: mogłam była w mniej żarliwym, za to stosowniejszym do pogaduszek w windzie tonie przekazać mu pełną współczucia informację, że „a u mnie na dziesiątym to dopiero!”. I już naprawdę niepotrzebne było z mojej strony zapraszające „proszę sobie wyobrazić”. „Nie zawsze lepiej jest dać się poruszyć”, pisze Susan Sontag w Widoku ludzkiego cierpienia. Dzięki, Susan. Teraz to już sama wiem. 15 października obchodzony jest w kraju i na świecie Dzień Dziecka Utraconego. Nie jest to jakieś starożytne święto, zwłaszcza w zestawieniu z – nazwijmy to – zadawnieniem problemu, którego dotyczy. Dopiero w 1988 r. Ronald Reagan powiedział narodowi amerykańskiemu, że ogłasza październik miesiącem pamięci o dzieciach zmarłych w czasie ciąży i niemowlęctwie, nam zaś import tej akurat transoceanicznej nowinki zajął niemalże 20 lat. Ale od jakiegoś czasu i w Polsce świętuje się 15 października: najczęściej właśnie w trybie, którego sensowność próbowałam podważyć w pierwszym akapicie – dzielenia się bólem z przypadkową osobą. Pisałam…