To już trzeci opasły tom zbierający wywiady z Czesławem Miłoszem, które publikowano w rozmaitych czasopismach (a piąty, jeśli doliczyć pozycje już klasyczne: Autoportret przekorny Aleksandra Fiuta i Podróżnego świata Renaty Gorczyńskiej). Po dwóch gromadzących rozmowy w języku polskim przyszła kolej na te, które opublikowano w czasopismach amerykańskich. Może w przyszłości ukaże się jeszcze zbiór wywiadów zagranicznych, które drukowano w innych krajach (Litwa, Francja, Niemcy…), ale możemy powiedzieć, że te trzy tomy (i oczywiście wspomniane już wywiady rzeki) pozostaną najważniejsze, bo pokazują poetę w dwóch elementarnych dla niego kontekstach. Z polskiego punktu widzenia ten ostatni tom jest bodaj najciekawszy, bo ujawnia Miłosza mniej znanego, który nie musi walczyć z gębą wieszcza i klasyka, ale próbuje podkreślić swoją osobność, a przy okazji zaznaczyć specyfikę doświadczenia wschodnioeuropejskiego.
Elementarny sprzeciw
Co znamienne, wysyp wywiadów następuje po wręczeniu Nagrody Nobla. Wcześniejsze są nieliczne i bardzo zdawkowe. Największe wrażenie robią te, w których Miłosz mocniej się odsłania lub jest umiejętnie prowokowany. W tym pierwszym przypadku chodzi o rozmowy z osobami jakoś mu bliskimi, w drugim – o spotkania trudne, które wymagają od poety jednoznacznych deklaracji w kwestiach drażliwych. Tematyka wywiadów jest bardzo rozmaita, ale da się wyróżnić kilka najważniejszych obszarów. Oczywiście dominują komentarze do własnej twórczości – dotyczące inspiracji (polskich i światowych), literackich sympatii i antypatii, artystycznego warsztatu i rozumienia własnej sztuki. Niemało jest wypowiedzi na temat Europy Wschodniej / Środkowej, które zahaczają o sprawy polityki, tym bardziej że większość wywiadów nagrywana była w latach burzliwych przemian w Polsce i krajach sąsiednich. Szczególnie pouczający jest zapis obszernej debaty pisarzy w Lizbonie (rok 1988), w której oprócz Miłosza wzięli udział m.in. Jan Błoński, Josif Brodski, Krzysztof Michalski, Salman Rushdie, Susan Sontag, Jan Józef Szczepański, Tatiana Tołstoj i Derek Walcott. Doszło w niej do bezprecedensowej konfrontacji intelektualistów z dwóch stron mocno już skorodowanej żelaznej kurtyny, której przedmiotem był spór o istnienie Europy Środkowej / Wschodniej. Ale jest też kłopotliwa rozmowa Miłosza z redakcją żydowskiego kwartalnika „Tikkun”, w której próbuje zastosować się do dewizy Agnieszki Holland: „Kiedy jestem wśród Żydów, bronię Polaków, kiedy jestem wśród Polaków, bronię Żydów”. W wywiadach powraca regularnie kwestia religii (także w jej wariantach heretyckich) czy szerzej – metafizycznej wrażliwości, która jest zdaniem Miłosza warunkiem koniecznym autentycznej poezji. Z tym ostatnim mocnym przeświadczeniem wiąże się obecność innego częstego tematu – krytyki tendencji „nihilistycznych” w literaturze XX w.
Trudno robić wypisy z tej obszernej i użytecznej książki. Spróbuję jedynie wskazać na jej intrygujące miejsca, zachęcając do lektury całości. Zacznijmy od spraw, które w ostatnich latach przyniosły Miłoszowi w Polsce złą prasę, zwłaszcza wśród kolegów po piórze i krytyków literackich. W czym rzecz? Zacytujmy kilka wypowiedzi Miłosza: „Z dość dużą ironią podchodzę do głębokiego pesymizmu nowoczesnej poezji, nowoczesnej literatury, do tych rozmaitych symptomów histerii. Staram się przeciwdziałać próbom relatywizowania pojęcia wartości i zacierania granicy między dobrem a złem, między tym, co rzeczywiste, a tym, co nierzeczywiste, między prawdą i fałszem” (s. 42), „Sądzę, że poezja zawsze zwraca się przeciw śmierci – przeciw śmierci jednostki, przeciw potędze śmierci. Właśnie dlatego poczułem taki gniew kilka lat temu, kiedy przeczytałem wiersz Philipa Larkina poświęcony śmierci, pełen rozpaczy utwór o braku jakiegokolwiek sensu – o kompletnym absurdzie ludzkiego życia i o podążaniu nas wszystkich ku absurdalnej akceptacji śmierci. To prawda. Ale poeta nie powinien tego robić. Poeta nie powinien przyjmować biernej postawy (…) postawy całkowitego podporządkowania absurdowi ludzkiej egzystencji” (s. 82), „Zarzucam Beckettowi to, że izoluje ludzi, że traktuje ich tak, jak traktuje dwóch bohaterów Czekając na Godota. Skazuje na izolację. Ale ludzie najczęściej… porzucają dręczące ich niepokoje metafizyczne, które zostają w jakiś sposób złagodzone dzięki współistnieniu” (s. 124), „Tak, wierzę, że świat, jaki znamy, to tylko powłoka, pod którą skrywa się głębsza rzeczywistość. Tej rzeczywistości nie da się sprowadzić jedynie do słów – to właśnie staje się powodem najgłębszej różnicy zdań między mną a niektórymi pisarzami tego stulecia. Czym innym jest człowiek, który koncentruje się na języku, na swoim życiu wewnętrznym, a czym innym myśliwy – taki jak ja – który rozpacza, bo rzeczywistości nie da się uchwycić” (s. 380). Jak wiadomo, Miłosz jest w ostatnich latach oskarżany o metafizyczny banał, „krzepienie serc” religijnym pocieszeniem, anachronizm dykcji poetyckiej itp. Bardzo często wypomina mu się jawną niechęć do Becketta, Larkina, Lowella, Stevensa. To oczywiste, że bywał wobec nich niesprawiedliwy (choćby u Becketta ironii towarzyszy autentyczne współczucie), ale u źródeł jego sprzeciwu leży coś zasadniczego i prawdziwego. Chyba dopiero dzisiaj, gdy umarł ostatni z wielkich powojennych poetów – Tadeusz Różewicz, widać, co dokładnie miał na myśli. Chodziło mu o projekt poezji, która wyraża jakiś elementarny sprzeciw wobec nicości – nicości pojmowanej szeroko jako nieusuwalny brak metafizycznej nadziei, prowizoryczność wszelkich wartości, czystą umowność naszych sposobów rozumienia świata. Jego drwina z poezji jako inteligentnej łamigłówki lub bałwochwalstwa otchłani wynikała z doświadczenia dwóch totalitaryzmów, które pokazały, jak łatwo zamienić człowieka w rzecz, pozbawić go ochrony przed demoniczną przemocą. Miłosz zauważa niesprzeczność (co nie oznacza, że sugeruje związki przyczynowo-skutkowe) między ahumanizmem sztuki skrajnie ironicznej lub pozbawionej referencjalności i antyhumanizmem tyranii. Łatwiej nam to dzisiaj zrozumieć, gdy pomyślimy, że we współczesnej Rosji dominuje sztuka jawnie propagandowa, groteskowa lub oniryczna.
Uważność wobec rzeczywistości Ale bunt Miłosza ma też oczywiście inny, religijny wymiar. Jak pokazują Rozmowy zagraniczne, nie chodzi jednak o szowinizm katolika czy chrześcijanina, ale o instynktowną wręcz postawę zadziwienia tajemniczością świata. Miłosz mówi o tym w arcyciekawej rozmowie z indyjskim, a ściśle: karelskim, poetą Ayyappą K. Panikerem: „Czesław Miłosz: (…) wydaje się, że w tym stuleciu jesteśmy czasem zmuszeni cofnąć się do pewnych podstawowych odruchów moralnych, w których się jednoczymy, niezależnie od tego, czy jesteśmy religijni, czy też nie. Ayyappa K. Paniker: Skąd człowiek może wiedzieć, czy jest religijny? CM: Cóż, można to określić jedynie w pewnym przybliżeniu. Ludzie dzielą się na pobożnych i bezbożnych. Sądzę, że pobożność może być cechą zarówno tych, którzy uważają się za ateistów, jak i tych, którzy wierzą w Boga. Pobożni ludzie mogą się pojawiać w obu obozach. To bezpieczniejsza definicja. AKP: Sam kiedyś rozróżniałem pobożność i duchowość. George Santayana podzielał ten pogląd: pobożność to przede wszystkim pewnego rodzaju uleganie obowiązującym zwyczajom. CM: Nie, nie uważam pobożności za przejaw ulegania zwyczajom. Rozumiem ją jako rodzaj szacunku. (…) AKP: Czy pańskim zdaniem poeta powinien mieć wiarę? CM: Cóż, wydaje mi się, że ma wiarę niezależnie od tego, czy się do tego przyznaje,…