Subskrybuj
Historyk sztuki, krytyk filmowy, kuratorka programów filmowych, selekcjonerka i jurorka festiwali, autorka filmów animowanych. Zajmuje się badaniem peryferii i marginesów dyskursu filmowego PRL lat 60. i 70., w tym szczególnie animacją autorską i filmami polskich...

(R)ewolucje. Współczesna polska animacja autorska

Mistrzostwo polskich animatorów polega m.in. na tym, że potrafią to, czego nie nauczyli się jeszcze polscy filmowcy – tworzą dzieła zgodne z dyskursem współczesnej kultury. Pozornie elitarne w swojej plastycznej formie, są one atrakcyjne dla szerszego kręgu odbiorców. Tworzone w filmach animowanych „małe narracje” zapraszają widza do współuczestnictwa.

Wśród sukcesów polskiej kinematografii czasów PRL największymi, zarówno jakościowo, jak i ilościowo, były te osiągane przez autorski film animowany – jakkolwiek absurdalnie może to zabrzmieć, nawet dla czytelnika bardzo dobrze zorientowanego w historii polskiej kultury.

Oprócz zespołów filmowych i wytwórni oraz współpracujących z nimi reżyserów filmów fabularnych i dokumentalnych (Wajda, Zanussi, Kieślowski itp.) istniał bowiem jeszcze inny świat usytuowany na peryferiach tego kultowego centrum – studia animacji. Było ich zaledwie kilka i organizowano je jak typowe peerelowskie przedsiębiorstwa państwowe, z dyrektorem, pionem redakcyjnym i produkcyjnym. Stanowiły przeciwieństwo zespołów filmowych, które za pomocą współczesnej metodologii możemy określić jako demokratyczne filmmakers’ cooperatives zajmujące się rozwojem projektów filmowych. A jednak w takich – zdawałoby się – niesprzyjających miejscach i w trudnym okresie powstawało rocznie kilka–kilkanaście krótkometrażowych filmów, które zdobywały najwyższe nagrody – od czasów odwilży aż do końca lat 70., kiedy nastąpił kryzys kinematografii (choć i wówczas nagradzani byli tacy twórcy jak np. Jerzy Kucia i Piotr Dumała). Jedynego jak dotąd Oscara za polski film otrzymał w 1983 r. Zbigniew Rybczyński za eksperymentalny autorski film animowany Tango.

Od czasu powołania w 2005 r. Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej rodzima kinematografia w zadziwiający i godny podziwu sposób się dźwignęła, w wielu wypadkach wychodząc od struktur kinematografii PRL czy nawet je kopiując. Niestety, jedną z tych skopiowanych klisz jest też medialne ignorowanie autorskiej animacji i jej niewątpliwych współczesnych sukcesów – ponieważ po zastoju, który równał się niemal anihilacji, bardzo szybko dźwignęła się również i ona.

Pierwsza liga

Jak już wspomniałam, jeśli chodzi o liczbę nagród na najważniejszych międzynarodowych festiwalach, w czasach PRL z całej polskiej kinematografii największe sukcesy osiągał autorski film animowany. Filmy fabularne i dokumentalne również bywały wówczas nagradzane na najważniejszych festiwalach, choć nie tak często jak animacja. Współcześnie proporcje uległy jeszcze większej zmianie – zdecydowanie na korzyść autorskiej animacji. Wprawdzie polski film żywej akcji zdobywa wiele nagród, ale – poza bardzo nielicznymi wyjątkami – nie są to te najbardziej prestiżowe. Za to w dziedzinie autorskiej animacji należymy do pierwszej ligi i liczba „graczy” rokrocznie się zwiększa. Mimo to nie są to raczej dla PISF „prawdziwi” filmowcy. W większości przypadków otrzymują oni głodowe dotacje. Owszem, ich sukcesy są odnotowywane, ale nie nagłaśniane, a już na pewno – w przeciwieństwie do filmowców żywej akcji – nikt ich nie rozpieszcza. Wiele animacji uznanych i uhonorowanych twórców powstaje tylko dzięki determinacji ich autorów, która wiąże się ze zgodą na skromne życie, a także pozostawanie anonimowym – poza festiwalami i TVP Kultura nikt bowiem ich filmów nie pokazuje i nie prowadzi zaprojektowanych promocji.

W środowisku polskiej animacji istnieją i współpracują ze sobą różne grupy i generacje. Mamy twórców, którzy pracowali jeszcze w czasach PRL, a wciąż są czynni lub wręcz bardzo twórczo płodni – Witold Giersz, Jerzy Kucia, Piotr Dumała, Krzysztof Kiwerski, Wojciech Wojtkowski. Wśród realizatorów starszego pokolenia są też tacy, którzy prowadzą pracownie filmu animowanego na wyższych uczelniach, a nawet jeżeli przeszli już na emeryturę, to wciąż są obecni w ramach środowiskowych wydarzeń i festiwali, jak np. Daniel Szczechura czy Kazimierz Urbański.

Twórców młodszego pokolenia reprezentują m.in. Tomasz Siwiński, Wojciech Sobczyk, Tomek Ducki czy Zbigniew Czapla. Z sukcesem wypowiada się poprzez film animowany performer Mariusz Wilczyński, a także Wojciech Bąkowski czy Piotr Bosacki.

Nie jest to może zgodne z zasadą politycznej poprawności, jednak osobno wymienię grupę kobiet – realizatorek kluczowych dla ostatniej dekady filmów. To nowość w stosunku do czasów PRL, gdzie mistrzami i liderami środowiska byli wyłącznie mężczyźni. Szczególnie ciekawe są filmy Izabeli Plucińskiej, Małgorzaty Bosek, Marty Pajek, Ewy Borysewicz czy Anity Kwiatkowskiej- Naqui, która już po drugim roku studiów w łódzkiej szkole filmowej zdobyła jeden z najważniejszych laurów w animacji – główną nagrodę za film studencki w Annecy.

Animatorzy ci stanowią pewną grupę – wywodzą się niewątpliwie z tradycji polskiej animacji, z jej klisz, procedur i tradycyjnych strategii, w tym edukacyjnych. W niej funkcjonują, pracują w rodzimych studiach animacji, zależą od tutejszych producentów i instytucji (głównie PISF-u). Przy czym wszyscy wyżej wymienieni autorzy są niemalże bez wyjątku absolwentami uczelni plastycznych, stąd jako (zawodowi) artyści mają własne strategie – każdy odrębną. Niewielkie dotacje, jakie dostają na realizację, mają ten plus, że w zasadzie ci, którzy odnieśli już jakikolwiek sukces, mają tzw. wolność twórczą. Konsekwentnie realizują film za filmem, co nie jest takie oczywiste, na całym świecie często bywa tak, że autorzy filmów w technice animacji po jakimś czasie się wypalają. Te małe krótkometrażowe filmiki wymagają bowiem ogromnego nakładu pracy, zarówno tej koncepcyjnej (temat, rodzaj narracji, scenariusz, scenopis), jak i wykonawczej (rysunki, malunki, inne techniki artystyczne i animacja) oraz – po prostu pracy fizycznej. Widz może tego nie dostrzegać, ale różnica między nakładem pracy wykonawczej potrzebnej do stworzenia animacji a tej koniecznej do nakręcenia filmu żywej akcji jest ogromna – w animacji każdą klatkę i ujęcie wykonuje się osobno.

„Artystyczne bazgroły”

Wymienioną grupę animatorek i animatorów łączy to, że podstawą ich filmów (poza Izabelą Plucińską, która pracuje w plastelinie) jest artystyczny rysunek. Co nie znaczy bynajmniej, że tradycyjne branżowe określenie „rysunkowa” jakkolwiek zbliży nas do analizy istoty tej animacji. U wszystkich – Giersza, Kuci, Dumały, Bosek, Pajek, Wojtkowskiego, Wilczyńskiego, Siwińskiego, Bąkowskiego, Borysewicz, Duckiego czy Bosackiego – ten rysunek to raczej graficzna podstawa, baza, czasem malarska, która nie ma być przecież statyczna. Kolejny bowiem niezbywalny element filmu animowanego, który ma szansę być zauważonym, to klasa animacji. Nie chodzi tu bynajmniej o realistyczny mimetyzm jak u Disneya, ale o znalezienie ruchu odpowiedniego dla rysunku oraz treści filmu – a raczej swoistego, właściwego medium pomiędzy nimi.

Poszukiwania tej graficznej bazy i odpowiedniej dla niej animacji (dziś często z zastosowaniem techniki cyfrowej), które budują w tym przypadku podstawę obrazu filmowego, to lata mozolnych doświadczeń, eksperymentów i niejednokrotnie zwątpień. Być może ten proces łatwiej zrozumieć na przykładzie filmów mistrzów najstarszego pokolenia, jak np. Signum Giersza, nieco trudniejszy w stosunku do młodszych od niego Jerzego Kuci (Fuga na wiolonczelę, trąbkę i pejzaż) i Piotra Dumały (Hipopotamy), a już całkiem nieoczywisty w stosunku do młodszych i najmłodszych – „artystyczne bazgroły” Mariusza Wilczyńskiego (Zabij to i wyjedź z tego miasta), Małgorzaty Bosek (np. Dwa żywioły) czy Ewy Borysewicz (Do serca Twego) to w istocie wyrafinowana i wypracowana strategia twórcza.

Współcześnie nie ma szans zaistnieć żaden film, który jest tylko zestawem pięknych ruchomych obrazków. Film musi być komunikatem, musi o czymś mówić – co nie znaczy, że powinien być klasyczną narracją.

Mistrzostwo wymienionych wyżej polskich animatorów polega m.in. na tym, że potrafią to, czego nie nauczyli się jeszcze polscy filmowcy – tworzą dzieła zgodne z dyskursem współczesnej kultury. Pozornie elitarne w swojej plastycznej formie, są one atrakcyjne dla szerszego kręgu odbiorców. Tworzone w filmach animowanych „małe narracje” zapraszają widza do współuczestnictwa. Wymaga to także opanowania tradycyjnego warsztatu filmowca (temat, scenariusz, scenopis, reżyseria, montaż, udźwiękowienie, dialogi, muzyka itp.), który zostaje następnie w specyficzny sposób wykorzystany do stworzenia „historii opowiedzianej inaczej”. Każdy z wyżej wymienionych animatorów jest przykładem sukcesu takich świadomych strategii.

Dekonstrukcja męskocentrycznej narracjiTwórcy ci są również niezwykle odważni w podejmowaniu tematów często w polskim filmie asekurancko pomijanych, w tym drastycznych. Przy czym, o ile filmowcy żywej akcji, nawet się nimi zajmując, zazwyczaj czynią je powierzchownie pokazanym tłem, które można zastąpić innym, animatorzy biorą te niewygodne i trudne tematy na warsztat i stają z nimi twarzą w twarz. I tak np. Piotr Dumała w niepokojącym filmie Hipopotamy porusza kwestię przemocy, w tym seksualnej, pomiędzy kobietami i mężczyznami, Mariusz Wilczyński poprzez pozornie proste środki wnika głęboko w człowiecze traumy, podejmując świadomą grę z konwencjami kulturowymi (Zabij to i wyjedź z tego miasta), a Ewa Borysewicz w Do serca Twego mierzy się z problemem kobiet w wykluczonej społeczności blokowiska zdominowanego przez Kościół katolicki. Szczególnie ciekawe są filmy o dotychczas niespotykanym w polskiej animacji ani polskim filmie profilu, który można określić jako feministyczny, a w każdym razie – jako realizowany z kobiecego punktu widzenia. Kobiety tworzące filmy mówiące o kobietach – jest to zdecydowana nowość ostatnich kilku lat na polskim rynku filmu animowanego. Oczywiście w studiach animacji, które w czasach PRL miały status przedsiębiorstwa państwowego, nie brakowało kobiet na podrzędnych stanowiskach. Pracowały jako animatorki, fazistki itp. Co ciekawe, zdarzało się, że były również samodzielnymi reżyserkami nie tylko filmów dla dzieci, ale też dla dorosłych, np. Alina Maliszewska czy Zofia Oraczewska. Jednak nigdy żadna z nich nie zdobyła pozycji mistrza, tzn. nie została profesorem prowadzącym pracownię filmu animowanego na wyższej uczelni, nie była promowana na zagraniczne festiwale, nie zasiadała w radach artystycznych studiów (które decydowały o kierowaniu projektów do produkcji). Taka sytuacja trwała aż do powołania PISF-u – podczas gdy na świecie kobiety zajmują…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: XI: Nie marnuj