Marcin Król twierdzi, że Jerzy Turowicz musiał w PRL ukrywać właściwe poglądy i dopiero w wolnej Polsce mógł je ujawnić. To prawda: w PRL nikt nie miał złudzeń, że ludzie „Tygodnika” piszą wszystko, co myślą. Jednak nikt też nie miał złudzeń odwrotnych: że postawa opozycyjna „Tygodnika” ma oblicze fundamentalne. Pismo to prezentowało przecież polityczny realizm i przedstawiało żelazne uwarunkowania geopolityki, w takim zaś myśleniu obóz rządzący Polską (nie chcę używać nieadekwatnego określenia „komuniści”) nie reprezentował samego zła, nie uważano go – jak czyni to dziś Marcin Król – za „komunę” i „komuchów”. Cokolwiek bowiem się powie o antypaństwowej i antynarodowej postawie komunistów, zwłaszcza w okresie międzywojennym, cokolwiek się powie o ich powojennej bezwolności wobec Stalina, o śmiertelnym niebezpieczeństwie, jakim była dla narodu podejmowana przez nich „pierekowka” dusz – nie sposób zapominać, że w sytuacji, w której Lwów i Wilno były i tak dla Polski stracone, tylko oni mogli przejąć z rąk zwycięskiej Armii Czerwonej Wrocław i Szczecin, zbudować państwo z szerokim dostępem do morza, to państwo, o którym przedwojenny wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski pisał, że jest ono „zdrowsze” niż przedwojenne.
Stanisław Stomma, antykomunista do szpiku kości, wielokrotnie podkreślał, że Stalin mógł tak zbudowaną Polskę oddać tylko w ręce ludzi, „którym ufał”, że gdyby do władzy doszedł czy to gen. Anders czy Stanisław Mikołajczyk, Polacy by ziem poniemieckich nie dostali. Polska bez komunistów stałaby się więc – i to w najlepszym razie – nowym „Księstwem Warszawskim”. W najlepszym razie – bo alternatywą było wcielenie Polski do ZSRR (agitowała za tym np. Zofia Dzierżyńska) albo bezterminowa sowiecka okupacja wojskowa (pisała o tym Krystyna Kersten). Otóż takiej refleksji daremnie było w latach 90. szukać u Turowicza. Dziś, mimo upływu tak już długiego czasu, daremnie jest szukać jej u Króla. Paradoks polega też na tym, że apogeum wrogości dotknęło „komunistów” akurat wtedy, gdy oddali władzę. Czyli gdy odwołali swój dogmat, że władzy raz zdobytej nie oddadzą nigdy. I znów: jakkolwiek byliby w tym oddaniu władzy interesowni i cyniczni, przecież się na to zdecydowali. Zrobili krok w skali światowego komunizmu bezprecedensowy – i to nie będąc jeszcze świadomymi ani bliskiego zburzenia muru berlińskiego, ani czechosłowackiej aksamitnej rewolucji, ani losu Nicolae Ceauşescu. Demontaż komunizmu w Europie Środkowej zaczął się od Polski. Mało która z polskich decyzji zaważyła tak…