Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Na całe życie

Nigdy nie żyłam samodzielnie, nie przepadałam za miastem, spotykanym tu hałasem i tłokiem. Nie podobało mi się, jak bardzo zwraca się w mieście uwagę na modę i wygląd.

Jak to było z tymi nietoperzami?

Tymi, które badałam, pisząc pracę magisterską?

Tymi samymi.

To ktoś to jeszcze pamięta?!… Prof. Roman J. Wojtusiak, etolog z Katedry Zoologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, który badał m.in. orientację przestrzenną owadów, nietoperzy i ptaków, polecił mi zbadanie wrażliwości nietoperzy na odróżnianie bieli i czerni oraz różnych odcieni szarości. Z moim kolegą Adamem Krzanowskim (późniejszym profesorem), który obrączkował te nocne ssaki, chodziliśmy po różnych miejscach, gdzie mieszkały większe ich skupiska. Dotarliśmy aż pod sam dach bazyliki Mariackiej, gdzie przez lata powstały gigantyczne kolonie nietoperzy, uformowane w kształt gron zwisających z kalenicy. Gdy włożyło się rękę do takiego grona, stworzonego przez kilkadziesiąt egzemplarzy, czuło się przyjemne ciepło, gorąco właściwie, bo zwierzęta, zbite ciasno koło siebie, trzymały temperaturę.

To Pani wkładała tam rękę?

Naturalnie, troszkę gryzły, ale nie bardzo. Na całym poddaszu czuło się specyficzny zapach nietoperzy, tak że potem, ile razy bywałam w bazylice, miałam wrażenie, że dociera on do mnie ponownie. Ani zapach, ani dotyk nietoperzy nie napełniały mnie odrazą. Poczułam się okropnie, gdy parę osobników musiałam wyrwać z tej ogromnej rodziny i zamknąć w klatce… Eksperymenty wykonywałam w Instytucie Zoologii – podawałam im jedzenie na miseczkach w różnych odcieniach szarości – nocowały jednak u mnie.

Praca nie była pionierska. Było dowiedzione, że nietoperze nie odbierają kolorów, tylko różne odcienie szarości. Można było jednak sprawdzać, jakie niuanse szarości są w stanie rejestrować. Końcowy egzamin zdawałam już jako żona Jacka, spodziewając się przyjścia na świat Henryczka, naszego pierworodnego. Nie pogłębiałam więc badań ani nie przedłużałam działalności naukowej. Kiedy zaczęły się rodzić dzieci, właściwie wszystko stało się nieważne. Tym bardziej że Jacek był bardzo zajęty – pochłonął go całkowicie „Tygodnik Powszechny”.

Kiedy się Państwo pobieraliście w czerwcu 1948 r., Jacek Woźniakowski ma za sobą pracę w „Głosie Anglii”, wydawanym w Krakowie tygodniku Foreign Office, i jako sekretarz redakcji rozpoczyna pracę w piśmie Jerzego Turowicza. Może nie zadam pytania, jak Profesor angażował się w prace domowe? Czy zmywał, jak Turowicz? Czy czyścił srebra, w czym ponoć rewelacyjny był prof. Stefan Swieżawski?

O dziwo, mimo że uważałam się za osobę bardzo w życiu niewprawną, byłam świadoma tego, że Jacek będzie miał inne sprawy na głowie. Miałam świadomość, że jego praca – najpierw w „Tygodniku Powszechnym”, potem jako redaktora naczelnego Wydawnictwa Znak – prowadzona w warunkach mocno ograniczonej wolności jest po prostu ważniejsza niż pomoc w wychowaniu dzieci czy prowadzeniu domu. Moja najmilsza teściowa Janina Wanda Tarnowska, gdy już małżeństwo moje i Jacka było postanowione, wezwała mnie do siebie, by zapytać: „Czy zdajesz sobie sprawę, że całe życie będziesz pielęgniarką?”. Jacek był bowiem marnego zdrowia jako dziecko, do tego dołożyły się obrażenia odniesione w kampanii wrześniowej, kiedy został ciężko ranny w twarz. Odpowiedziałam: „Trudno, klamka zapadła, będę więc pielęgniarką”.

Potem, w trakcie wspólnego życia, nie było aż tak źle, ale faktem jest, że myślałam o zdrowiu Jacka i starałam się go nie zamęczać domowymi kłopotami. Nie czułam zresztą takiej potrzeby, skoro sobie radziłam. Moja matka wręcz mi czasami wyrzucała, że bardziej dbam o Jacka niż o dzieci. Może i tak… Ale „Tygodnik” i Znak w tamtym czasie po prostu były ważniejsze. Nie wiem, skąd mi się wzięło takie podejście, bo moja mama wcale tak koło taty nie chodziła… A dzisiaj mam nawet wrażenie, że żony orają swymi mężami – że współczesne kobiety, przejęte niewątpliwie słusznymi ideami feminizmu, za bardzo mężami się wysługują i w sprawach domowych, i w sprawach dzieci. Zanudzają ich tymi przyziemnymi sprawami…

Bo oni, tak naprawdę, to się przy tych dzieciach marnują?

Można to obśmiać, ale zapewniam, że zdaję sobie sprawę, że mamy równouprawnienie: kobiety pracują zawodowo, więc i podział obowiązków domowych musiał się przepołowić. Rozumiem to, ale mimo wszystko zawsze tych mężczyzn jest mi trochę szkoda. Mnie się wydaje, że ich nużą te domowe sprawy, są w tym niezręczni i wszyscy skorzystaliby na tym, gdyby zajęli się czym innym. Ach, jak się Róża złości, kiedy mówię takie rzeczy!

Róża Thun, eurodeputowana, która zajęła się – i to z sukcesem! – działalnością przez wieki zarezerwowaną dla mężczyzn.

Franzi, jej mąż, który dawniej, kiedy przychodziły na świat kolejne dzieci, pracował bardzo intensywnie w instytucji opracowującej programy restrukturyzacyjne dla krajów rozwijających się, musiał przejąć gros obowiązków domowych. Radzi sobie z tym zresztą znakomicie.

Czemu uważała Pani siebie, kiedy wychodziła Pani za mąż, za osobę „w życiu niewprawną”?

Bo niczego nie umiałam robić, nawet szpinaku przyrządzić. Uczyłam się od podstaw. Moja matka nigdy nie gospodarowała. Dom prowadziła ukochana niania i gosposia Jadziunia Tanajewska, która przyjechała z nami jeszcze z Mińszczyzny, rodzinnych stron mamy (była zresztą z moją rodziną do ostatnich dni życia, kiedy z kolei to moi rodzice się nią zajmowali). Mama umiała przygotować samodzielnie najwyżej płatki owsiane z mlekiem albo kartofle ze skwarkami.

Przyznaję, że długo nie potrafiłam podjąć decyzji, czy powinnam wychodzić za mąż za Jacka. Jego świat, niesłychanie wysublimowany intelektualnie, krąg jego przyjaciół i znajomych z „Tygodnika” i Znaku, tak był bowiem odmienny od tego, w którym wyrosłam: ziemiaństwa, które zajmowało się rolnictwem i utrzymaniem majątku. Oboje moi rodzice pochodzili z dalekich Kresów – tych ziem, które Polska utraciła po zawarciu trakatu ryskiego w 1921 r., kończącego wojnę polsko-bolszewicką.

Rodzice to: Róża z Czapskich, siostra m.in. Marii Czapskiej, pisarki, i Józefa Czapskiego, malarza…

Ciocia Marynia była moją matką chrzestną, po niej mam imię.

I Ignacy Plater-Zyberk.

Który pochodził z południowej części polskich Inflant, z ziemi nad Dźwiną, a mama z Przyłuk na Mińszczyźnie. Po 1945 r. osiedli najpierw w Zakopanem, potem w Krakowie, który wydał nam się piękny, a ludzie mili, niektórzy znakomici. Jednak miasto jako całość było zasiedziałe, raczej zamknięte na obcych, w pewnym sensie nieprzystępne. Nawet wojna wyglądała u nich inaczej: nie byli wypędzani z domów, rodziny nie ulegały rozproszeniu. Moi rodzice domy i kraj rodzinny utracili ponad dwie dekady wcześniej, a okupacja i nowe porządki wprowadzane po 1945 r. pozbawiły ich reszty poczucia bezpieczeństwa.

Wracając do mojego nieprzystowania: nie znałam świata, tak to chyba można określić. W trakcie studiów w Krakowie zawsze mieszkałam u kogoś z rodziny, pod Tatry do rodziców starałam się jeździć co tydzień. Nigdy nie żyłam samodzielnie, nie przepadałam za miastem, spotykanym tu hałasem i tłokiem. Nie podobało mi się, jak bardzo zwraca się w mieście uwagę na modę i wygląd. Genre ziemiański był inny, bardziej nonszalancki, nawet nieco siermiężny.

Pamiętam Pani zdjęcie ze ślubu: sukienka pod szyję, żadnych trenów ani welonów, z biżuterii jedynie perła zawieszona na łańcuszku.

Ta skromność nie wynikała jedynie z warunków materialnych, w jakich się wówczas znajdowaliśmy. My tak byliśmy chowani: bez ekstrawagancji. Źle widziano zerkanie do lustra bez potrzeby, nie daj Boże, poprawianie urody: robienie makijażu czy nawet używanie pomadki do ust. To było niemal jak: „Przebóg! naróżowana” – jak krzyczy tytułowy bohater w Panu Tadeuszu na widok Telimeny – po prostu niedopuszczalne.

Dzisiaj przyjęło się przedstawiać życie po dworach jako pasmo rautów i polowań, urządzanych dla panów w smokingach oraz dam w wielkich kapeluszach i koniecznie w długich białych sukniach, którzy prowadzą życie bez trosk materialnych. Pewnie, byli i tacy, którzy tracili pieniądze na Riwierze, ale przeciętne polskie ziemiaństwo było ubogie. W miastach, szczególnie dużych, ludzie żyli na wyższym poziomie. Młodzież z bogatych mieszczańskich domów była lepiej wykształcona, wcześnie zaczynała wyjeżdżać za granicę (nawiasem mówiąc, pierwszy raz wyjechałam poza Polskę, gdy miałam już troje dzieci, pod koniec lat 50.!). Jacek, jeszcze w Szkole Podchorążych w Grudziądzu, zaprzyjaźnił się z Bronisławem Zielińskim, późniejszym tłumaczem prozy angielskiej i amerykańskiej, w tym Ernesta Hemingwaya. I był pod takim wrażeniem jego wykształcenia i obycia, że początkowo czuł się przy nim jak niewykształcony prowincjusz.

Decyzja, by za sprawą małżeństwa z Jackiem wejść w świat miejskiej inteligencji, nie była prosta. Wszystko się odwlekało, bo mimo zachwytu Jackiem rozstanie z najbliższą rodziną nie było łatwe. I wtedy moja teściowa rozpoczęła odmawianie nowenny u sióstr bernardynek przy Poselskiej. No i ostatecznie weszłam w ten świat, tak wówczas dla mnie obcy, w którym jednak spotkałam i pokochałam wiele wspaniałych osób. Nigdy nie stałam się intelektualistką, nigdy nie byłam tak oczytana ani tak światowa jak wielu z moich i Jacka przyjaciół, ale potrafiłam ich docenić. Czułam, jacy to są ludzie i że jest wielkim darem losu, że mogę żyć tak blisko nich. Właściwie miałam wielkie szczęście.

A życie, to zwyczajne, którego też się Pani obawiała?

Gdy trzeba coś robić, nie ma czasu na gadanie. Naszym pierwszym mieszkaniem był sublokatorski pokój Jacka i jego siostry Kasi na Straszewskiego, tuż pod Wawelem. W dużej, czarnej od dymu i kurzu kuchni, którą dzieliliśmy ze współlokatorami, bardzo miłymi ludźmi, słuchając, jak co kwadrans zegar na wieży ratuszowej wybija godzinę, usypiałam Henryczka – który wrzeszczał bez przerwy przez pierwsze trzy miesiące życia. Chciałam, by Jacek mógł się w pokoju wysypiać do pracy w „Tygodniku”, gdzie spędzał właściwie całe dnie. W tej samej kuchni robiłam pranie na tarze, uczyłam się gotować.

Pojawiały się na świecie kolejne dzieci, momentami żyło się więcej niż skromnie. Nie zawsze było na masło, więc margarynę mieszałam z masłem, by przemycić choć trochę maślanego smaku. Chleb zjadało się do koniuszka, nie było żadnego wyrzucania dla gołębi. Ubrania dzieci przechodziły z jednego na drugie. Gdy przychodzili do nas po niedzielnej mszy moi rodzice, z reguły przynosili ciastka. Nie było przyjęte kupować je tak po prostu, bez okazji. A że, uważam, byłam fatalną kucharką, nigdy żadnych ciastek nie umiałam zrobić. Kiełbasę, bywało, Jacek przynosił z „Tygodnika”, gdzie pojawiał się chłop z Liszek, przywożąc mięso i przetwory własnego wyrobu.

W gruncie rzeczy to zwyczajne życie nie okazało się aż takie trudne. Poza tym byłam młoda i zdrowa, kochałam męża i dzieci, więc jakoś to szło…

Znajdywała Pani czas na czytanie tego, co wychodziło w Znaku albo publikowano w „Tygodniku”?

Z trudem. Jeśli już, to wieczorem, gdy dzieci spały. To był święty moment. Dlatego rano same wstawały do szkoły, budząc się między sobą, robiąc śniadanie. Odprowadzania za rączkę u nas nie było. Za to czekałam na nie z obiadem, chętna, by wysłuchać wszystkiego, co mają do powiedzenia. Mnie to naprawdę interesowało. Nie rozumiem ludzi, którzy uważają, że dziecięce opowieści są nudne. Nie było tylu zajęć dodatkowych, jak teraz słyszę: balet albo szermierka, albo nauka hiszpańskiego, albo jeszcze coś. Dzieci dłużej i więcej siedziały w domu – była możliwość, by po prostu ze sobą pobyć.

Otaczali nas ludzie w podobnej sytuacji: z rodzinami, bez finansowych zabezpieczeń, imponujących wpływów czy stanowisk. Ale za to jacy wspaniali! Nie będę mówić o mądrości Jerzego Turowicza ani skromności jego żony Anny, bo wpadłabym w banał. Dla mnie i Jacka mistrzem życia, tak chyba mogę powiedzieć, był Tolo Gołubiew, o którym w takim kontekście nie można mówić bez jego drugiej połowy – żony Janki, malarki. Mnie byli szczególnie bliscy, bo kresowi – pochodzili z Wileńszczyzny. Oboje byli gorącego serca, mówili po polsku z tym najmilszym akcentem kresowym, którego dzisiaj już się chyba nie słyszy. Silnie związani z wsią i naturą, podobnie jak Jacek i ja.

Już rozumiem, skąd ten pęczek stokrotek pod lampą, choć rozmawiamy tuż przed Zaduszkami, o krok od jednej z najruchliwszych ulic w Warszawie.

Przyroda zawsze była dla mnie bliska i ważna. Muszę jednak wrócić jeszcze do ludzi – jestem im to jakoś dłużna, szczególnie że w naszym kolejnym domu, przy Wyspiańskiego w Krakowie, przez wiele lat odbywały się narady środowiska „Tygodnika” i Znaku. Zdumiewało mnie za każdym razem, a debatowano na najważniejsze wówczas tematy, jak ci ludzie ostatecznie potrafią się ze sobą porozumieć. A przecież bynajmniej nie we wszystkim się ze sobą zgadzali. Potrafili się kłócić do upadłego! Tolo zrywał się co chwila i wybiegał na środek, chodził, palił papieros za papierosem. Czasami się wściekali, np. na Stacha Stommę wściekali się straszliwie. Ale mimo to, przysłuchując się tym rozmowom, bez trudu można się było zorientować, jak doskonale wszyscy się rozumieją i jakie wielkie mają do siebie zaufanie: Hania Malewska, Ziuta Hennelowa, Jerzy Turowicz, ks. Andrzej Bardecki, Stefan Kisielewski, Krzysztof Kozłowski, Marek Skwarnicki… Dla rozładowania emocji opowiadali dowcipy albo układali wierszyki. Kiedyś usłyszałam od Stacha Stommy: „Tylko Maja, brzózka biała, odezwać się nie śmiała”. No, nie śmiała, bo rozumiałam z tego, o czym mówią, połowę.

Pani córka Róża Thun opowiadała mi kiedyś o zdjęciu Pani babki Józefy Thun Hohenstein wykonanym w czasie, kiedy wychodziła za mąż za Jerzego Czapskiego i czekała ją przeprowadzka z Pragi do Przyłuk na Mińszczyźnie. Na odwrocie fotografii napisano: „Juža heiratet nach Russland!”. Juža zamieszkała więc w Imperium Rosyjskim, a dokładnie mówiąc: na dawnych polskich ziemiach,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Oto ciało Twoje