Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Związek życia

Złożona materia życia to jednak nie jest algorytm, raczej… atom węgla, który za sprawą swoich dwóch albo czterech wiązań potrafi stworzyć skomplikowane związki, gdzie liczba kombinacji i połączeń jest właściwie nieograniczona.

Spotkali się w portowej knajpie w Marsylii. Dżentelmen w smokingu i dama w zielonej koktajlowej sukience znudzeni rozrywkami, którym się oddawała ich sfera, szukali czegoś bardziej rozbudzającego zmysły. I znaleźli. Przynajmniej ona znalazła. Faceta o ksywie „Metal” nie trzeba było wyławiać z tłumu kłębiących się par, które tego samego wieczoru znalazły się w knajpie o zupełnie nieportowej nazwie „Tomy i Atomy”. Zwracał na siebie uwagę… To stało się tak nagle, jakby przeskoczyła iskra: Metal zostawił zdezorientowaną takim obrotem sprawy Giselle, z którą tańczył do tej pory, i ruszył w stronę zielonej damy, ku rozpaczy jej towarzysza. Spięli się w tańcu tak ściśle, jakby szukali siebie od dawna.

Co nie znaczy, że będzie im dany długi związek. Metal miał już wiele partnerek.

Skąd Pan Profesor to wie?

Bo tak właśnie działa metateza. Załóżmy, że para spragniona nowych wrażeń to dwa związane ze sobą atomy węgla – cząsteczka olefiny, czyli związku z grupy węglowodorów nienasyconych, w którym między dwoma sąsiadującymi atomami węgla występuje podwójne wiązanie chemiczne. O organicznych związkach węgla można powiedzieć – bez cienia przesady – że na nich opiera się życie. To one budują nasz organizm. Także leki i szereg innych substancji organicznego pochodzenia często zawierają atomy węgla połączone wiązaniem podwójnym. Bardzo użytecznym wiązaniem, bo możemy je na wiele sposobów przekształcać, by tworzyć inne związki organiczne. Trudno byłoby wskazać w tej dziedzinie wiązania bardziej pożądane. Przez ostatnich 150 lat wielu chemików nie liczyło więc godzin spędzonych w laboratorium na szukaniu nowych i wydajnych metod syntezy olefin.

Warto było: w 2005 r. Yves Chauvin, Robert Grubbs i Richard Schrock zostali uhonorowani Nagrodą Nobla za opisanie reakcji metatezy – metody uzyskiwania cennych olefin. Pana nazwisko, młodego uczonego, który wówczas zajmował się tematem od jakichś pięciu lat, pojawiło się w uzasadnieniu noblowskim.

Wśród nazwisk kilku innych chemików, którzy coś wnieśli do metatezy po dokonaniu poważnych odkryć. To była duża nobilitacja, ale – podkreślam – moje nazwisko znalazło się na jednej z ostatnich stron. Nie na pierwszej.

A tylko pierwsze miejsca się liczą?

Spójrzmy na to bezstronnie: nie ma innych miejsc niż pierwsze.

Metateza była odkryciem na miarę Nobla, nie ma wątpliwości. To synteza ekonomiczna – prawie bez odpadów; efektywna – potrafi wytworzyć podwójne wiązania nawet w związkach bardzo „delikatnych”. Synteza organiczna przypomina mi pracę przy budowie domu. Wyobraźmy sobie, że mamy już okna, których nie chcemy pochlapać, tynkując ściany, więc na czas tej pracy zabezpieczamy je folią. Musimy ją rozłożyć, potem zdjąć, co zabiera sporo czasu, a i tak chlapniemy tu czy tam. Metateza to tynkowanie bez konieczności rozciągania folii, bo zabrudzeń nie ma – robota jest tak precyzyjna.

Wróćmy do naszej pary z marsylskiej knajpy. Facet z ksywą „Metal” zmienia ponoć kobiety jak rękawiczki.

To katalizator – związek, dzięki któremu proces chemiczny przyspiesza, stając się wydajny, selektywny, elegancki.

To była szansa dla mnie. Nie ma bowiem co ukrywać, że gdy zabierałem się za temat w roku 2000, rozpoczynając pracę habilitacyjną, było… „pozamiatane”. Mechanizm działania metatezy prof. Chauvin zaproponował w 1971. Miałem wówczas rok. Pierwsze katalizatory pojawiły się w latach 80., gdy miałem niewiele ponad 10 lat. Wówczas były one jeszcze mało efektywne, ale z czasem je ulepszono, wykorzystując związki rutenu i molibdenu, dzięki czemu metateza mogła znaleźć liczniejsze zastosowania. A te potrafią poruszyć wyobraźnię: synteza leków, opracowywanie receptur paliw na podstawie odnawialnych materiałów wyjściowych, innowacyjne tworzywa i materiały. Przemysł „polubił” katalizatory rutenowe za ich trwałość i precyzję działania, ale nie mógł z nich korzystać na taką skalę, jakiej by sobie życzył, z powodu praktyk monopolistycznych producenta. To była moja szansa: opracowanie takich sposobów metatezy olefin, które będą bezpieczne dla środowiska, wydajne, możliwe do przeprowadzenia w łagodnych warunkach (np. w temperaturze otoczenia albo w roztworach wodnych) i przede wszystkim – dostępne. Z kolei katalizator, który metatezę ma przyspieszać, powinien charakteryzować się wysoką aktywnością i stabilnością, powinien być niedrogi i łatwy do wydzielenia po reakcji.

Mój pierwszy sensowny katalizator pojawił się w 2002 r.

I obalił monopol dotychczasowych producentów. W ten sposób badania nad dwoma atomami węgla o podwójnych wiązaniach doprowadziły do poważnej zmiany społecznej.

Faktycznie, byłem jednym z pierwszych liderów w Europie, ale do złamania tego monopolu doprowadził jednak wspólny wysiłek wielu europejskich naukowców i firm. Zacząłem zdawać sobie sprawę ze skali zapotrzebowania na katalizatory do metatezy, gdy w krótkim czasie po publikacji w czasopismach naukowych i literaturze patentowej artykułów o wymyślonych w Warszawie katalizatorach do mnie, młodego naukowca z peryferyjnego kraju, zaczęli zgłaszać się przedstawiciele poważnych firm farmaceutycznych z prośbą o przesłanie próbek. Gdy okazywało się, że mój katalizator działa bardzo dobrze, pytano, czy mógłbym im tego dostarczać po kilka kilogramów rocznie.

Rzecz jasna: to nie ja byłem tak genialny, tylko ta część rynku farmaceutycznego, którą się zająłem, tworząc nowe katalizatory do metatezy, tak bardzo była głodna alternatywnych rozwiązań. Odmiennych od proponowanych przez dotychczasowego monopolistę z USA, który naliczał wysoką marżę od sprzedawanych katalizatorów, chcąc pobierać opłaty właściwie od każdej tabletki leku wyprodukowanego dzięki metatezie. Licencje były na tyle restrykcyjne, że firmy zamiast metatezy wolały używać tradycyjnych metod, mimo że były droższe, mniej wydajne i produkowały odpady.

W korespondencji z firmami farmaceutycznymi uczestniczył mój doktorant Michał Bieniek, którego mocno denerwował fakt, że nie możemy wykorzystać szansy wprowadzenia naszego katalizatora do produkcji jakiegoś nowoczesnego leku. Takie były zamiary firm farmaceutycznych, które się do nas zgłaszały, ale rezygnowały ze współpracy, gdy dowiadywały się, że nie mamy technicznych możliwości masowej produkcji naszego katalizatora.

Uczelni to nie denerwowało?

Jakoś nie. Gdy Michał, już po obronie doktoratu, wysłał pismo intencyjne do odpowiedniej komórki tejże uczelni, proponując założenie firmy spin-off, która produkowałaby nowatorskie katalizatory metatezy olefin, nie dostał nawet odpowiedzi.

Może nikt nie rozumiał, o co chodzi z tą metatezą?

Być może. Michał czekał pół roku, po czym założył własną firmę we Wrocławiu. Od podstaw. Obecnie wartość Apeiron Catalysts jest wyceniana na kilkanaście milionów dolarów, firma ma biuro w USA, a jej klientami są m.in. te podmioty, które zgłosiły się do nas w 2004 r. zachęcone naszym pierwszym katalizatorem. Ta sama uczelnia, której urzędnicy nawet nie odpisali wówczas na list intencyjny, teraz robi szkolenia, jak motywować innowacyjność i zachęcać naukowców do tworzenia spółek spin-off.

A dlaczego Pan Profesor został przy nauce?

Bo nic innego mnie nie interesowało. Wiceprezes amerykańskiego monopolisty, firmy Materia Inc., przyjechał do Warszawy, by mnie przekonywać, że karierę zrobię dopiero wówczas, gdy przyłączę się do nich. Pojawiła się nawet sugestia, że zdaniem ich prawników mój katalizator jest podobny do tego, którym posługuje się Materia Inc. Moja praca była w całości oryginalna, więc to był klasyczny blef, obliczony na to, że się wystraszę i ulegnę. Ale tak jak firmie Materia Inc. zależało na zachowaniu pozycji monopolisty, tak dla mnie ważna była samodzielność, bo tylko ona jest twórcza. Zawsze tak uważałem, a utwierdzał mnie w tym przekonaniu prof. Mieczysław Mąkosza, promotor mojej pracy doktorskiej, który uważał, że od razu po stażu podoktorskim należy stworzyć własną grupę badawczą i wziąć odpowiedzialność za ludzi. Publikować należy tylko samodzielne, bez parasola ochronnego swojego mentora czy innego sławnego nazwiska. No i należy zdobywać samodzielnie granty, co dla młodego, nieznanego naukowca jest trudniejsze, niż byłoby dla patrona, który ma tytuły, stanowiska i zasługi.

Jest ciut łatwiejsze, od kiedy poważne fundusze pozyskują i rozdzielają, np. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej oraz Narodowe Centrum Nauki, gdzie otrzymuje się pieniądze za temat, a nie „tytuły, stanowiska i zasługi”.

Zgoda, ale nawet ja, choć mam już pierwsze poważne sukcesy naukowe na koncie, nie mam żadnej pewności, czy mój wniosek o grant badawczy zostanie rozpatrzony pozytywnie. To za każdym razem jest duże ryzyko, ale warte podjęcia, bo tylko pracując we własnym zespole, mogę realizować własne idee.

Brak samodzielności tłamsi. Wiele razy spotykałem młodych, zdolnych ludzi, którzy wracali do kraju po dobrych stażach, z głowami nabitymi fantastycznymi pomysłami i z zapałem. Pół roku później słyszałem od nich: „Jeszcze nie rozpocząłem własnego projektu, bo szefowi rozpisuję wykłady” albo: „Dali mi dużo dydaktyki”, albo: „Urządzam dom za miastem”. I tak leci rok za rokiem… Nie mija wiele czasu, a ich nazwiska przestają się pojawiać w literaturze naukowej. Nie że w ogóle znikają, ale nie są tak twórczy, jak mogliby być.

Mówi Pan Profesor tak, jakby był od nich mniej zdolny i mimo to Panu się udało. Spotykałem zdolniejszych od siebie, po prostu, którzy gdzieś po drodze się wytracali, bo nie mieli szczęścia trafić na właściwych ludzi, którzy by nimi pokierowali. Albo grzęźli w prozie życia, która zabijała w nich ciekawość świata. Sam byłem na tyle przeciętnym uczniem, że zastanawiałem się, czy jest sens zdawać do liceum. Najczęstszy wpis w moim dzienniczku ucznia to: „Zdolny, ale leniwy”. Moja mama nie była…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wspólnota