Subskrybuj
dr literaturoznawstwa, krytyczka literacka. Autorka książki Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg (2014). Prowadzi zajęcia w Katedrze Krytyki Współczesnej przy Wydziale Polonistyki UJ. W miesięczniku zajmuje się rubryką Stacja: literatura.

O czym mówimy, kiedy mówimy o debiucie

Po pierwsze, o marzeniach. A te mogą być naprawdę różne. Na początek trzeba zapytać, o czyje marzenia chodzi. Inne snują przecież debiutanci, a inne ci, którzy czekają, by dzieło debiutanta / debiutantki przeczytać.

Piszący / piszące i czytający / czytające należą czasem do przeciwnych nawet obozów. Osoby z pierwszej grupy przez ufizycznienie marzenia chcą nabyć bilet wstępu do grona twórców literatury (mistrzów, autorytetów, gwiazd), zdobyć rozgłos, rozpoznawalność, a może nawet i pieniądze. Czytelnicy i czytelniczki zaś czekają na kogoś wyjątkowego, kto odmieni ich świat, kto sprawi, że poczują się zupełnie inaczej niż do tej pory, kto zaskoczy ich tak, jak nigdy jeszcze nie zostali zaskoczeni. Nie można zapominać o marzeniach wydawców, którzy podejmują wysokie ryzyko, inwestując w książkę kogoś zupełnie nieznanego, osoby z nikim i niczym niekojarzonej. W kampaniach promocyjnych wytaczają więc zwykle potężne działa biograficzne, pisarz / pisarka musi (nie mając specjalnego wyboru) wziąć udział w tej dyskusyjnej grze, jaką jest budowanie i sprzedaż wizerunku. Kto nie od razu złapie jej zasady, może mieć kłopoty; są jednak i tacy, którzy od początku wiedzieli, że praca pisarza / pisarki nie polega tylko na tworzeniu tekstu, ale wiąże się też z autopromocją, „dawaniem” twarzy, aktywnością w przestrzeni medialnej, a nawet generalnymi zmianami w garderobie i trwałymi sojuszami z osobami zajmującymi się stylizacją – rzecz jasna, wizerunku, bo przecież nie językową; bowiem w prasie, telewizji i przestrzeni internetowej ważne jest przede wszystkim, jak kto wygląda. Lekceważenie sposobu, w jaki autor / autorka zostanie przedstawiony / przedstawiona w materiałach prasowych, w wywiadach udzielanych pismom lifestyle’owym (bo tych literackich zostało zbyt mało i trafiają do nielicznej grupy, która nie ma szans głosować zawartością swoich portfeli), to lekkomyślność, na jaką mało kto może sobie pozwolić (nie, „prawdziwa sztuka” nie „obroni się sama”). Pisarze i pisarki muszą być też celebrytami, inaczej bowiem ich szanse na sukces (komercyjny i prestiżowy) są niewielkie. Pisarze i pisarki in spe powinni brać udział w zajęciach przygotowujących do budowania własnej marki; na kursach kreatywnego pisania czy studiach literackich zapewne wkrótce ta potrzeba zostanie zauważona.

A co z czytelnikami i czytelniczkami? Jak mają przygotować się do rynkowej gry, jak i gdzie uczyć odróżniać reklamę od tekstu krytycznego czy recenzji? Jak ostrożnie obracać w dłoniach czepliwe autobiograficzne prasowe wtręty, jak nie dać się ogłuszyć marketingowemu zgiełkowi? To przecież zawody: kto szybciej i mocniej uderzy w uznany za najciekawszy stół, kto zrobi większe wrażenie: wiekiem, tematem, językiem, szokującą przeszłością. „Tego jeszcze nie było” – podobno nie można inaczej wymusić uwagi. Boleśnie doświadczają tego nawet środowiskowe wygi. W głośnym artykule opublikowanym w ubiegłym roku na łamach „Tygodnika Powszechnego” (35/2014) Paweł Potoroczyn ponarzekał na rozbieżność między oczekiwaniami, jakie debiutant ma (lub może mieć), a dotkliwą (jego zdaniem) rzeczywistością. Dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza wydał w 2013 r. debiutancką powieść Ludzka rzecz (Wydawnictwo W.A.B.). Książka została zauważona, zrecenzowana i nominowana do najważniejszych krajowych nagród literackich. Apetyt autora nie został jednak zaspokojony. W obszernym i szeroko komentowanym tekście tygodnikowym Potoroczyn stawia sprawę jasno: „Jak nie zdobyć sławy, pieniędzy i powodzenia u kobiet? Pisząc”. Czyli martwić muszą się tylko heteroseksualni mężczyźni i homoseksualne kobiety; reszta po udanym debiucie literackim może liczyć nie tylko na wewnętrzną satysfakcję, ale i dobrobyt. Potoroczyn bardziej wdzięczy się, niż naprawdę narzeka, ponieważ nie bardzo ma na co (choć można podejrzewać, że apetyt na owe pieniądze, kobiety czy sławę jest trudny do zaspokojenia). Paweł Potoroczyn, dobrze osadzony w środowisku „młody pisarz”, wyznał wiarę w debiut jako wyjście w świat, początek kariery, dołączenie do klubu Wielkich Pisarzy. Cóż, można poczuć niedosyt, gdy motorem działań jest pragnienie bycia takim jak Fiodor Dostojewski, Joseph Conrad, Tomasz Mann czy Milan Kundera. Tak jak Bal Debiutantek oznacza wprowadzenie w tzw. dobre towarzystwo, początek kariery w wyższych sferach, tak książkowy debiut ma być początkiem drogi do świata określonej kanonicznej wielkości (z zaznaczeniem, że chodzi o ten jeden „właściwy” kanon). Takie ujęcie sprawy to prosty przepis na katastrofę.

Czekamy na debiut

Tyle wyznań pisarza. Któż by nie chciał żyć jak pączek w maśle! A wiadomo, że udaje się to zaledwie niektórym, i to zwykle nie tym, którzy marzą o znalezieniu się w towarzystwie Conrada.

Kokosy zbijają mistrzowie i mistrzynie powieści gatunkowych, autorzy i autorki kryminałów oraz romansów. Jak żyć z takim poczuciem niesprawiedliwości, gdy „prawdziwa sztuka” nie wygrywa w rynkowych zawodach?

Może i czasem jeden z drugim maruda wspomni o tym, że i porządny warsztat się liczy, że literatura popularna pełni różne funkcje i zaspokaja różne potrzeby, a pieklenie się w niczym nie pomaga – chyba że w budowaniu barier komunikacyjnych i uprzedzeń. Sukcesy twórców powieści gatunkowych wydają się zwyczajną koleją rzeczy. Potransformacyjna kultura polska długo leczyła rany po kolejnych wstydach: lata 90. napędzane były pragnieniem „wyrównania poziomu” i upodobnienia się do zachodnich, czyli lepszych, twórców, wzorców. W ten sposób, jakby za jednym machnięciem ręki, odrzucone zostały wypracowane tradycje i zerwana ciągłość artystyczna (awangarda również poszła w odstawkę, nie wytrzymując konkurencji w zestawieniu z rozrywką), abyśmy mogli nadrobić „wstydliwe” braki w przestrzeni popkultury. Nagle, ni stąd, ni zowąd, okazało się, że nowe obyczaje nie służą rozwijaniu i pielęgnowaniu różnorodności ani indywidualności. Palące potrzeby osiągnięcia niedostępnych przez całe dekady dóbr sprowadziły niebezpieczeństwa innego typu. Gdy już obłowiliśmy się w te wszystkie dżinsy, auta, kolorowe torby i napoje w plastikowych butelkach, poczuliśmy brak tego, co wcześniej uznaliśmy za mało wartościowe. Naśladownictwo jako strategia rynkowa przyniosło polskie wersje przygód Bridget Jones i polskie wersje czarnego kryminału, ale to wciąż jakby mało. Coraz wyraźniejsze były głosy domagające się „prawdziwej” literatury – tylko mało kto wiedział, czym ona naprawdę jest. Zwolennicy jasno określonej klasyki okopali się mocno i nie chcieli mieć nic wspólnego z powoli, acz nieuchronnie starzejącymi się łobuzami opromienianymi blaskiem „Lampy”. Środowiskowe podziały prawie uniemożliwiły wymianę informacji, za to sprzyjały kwaśnym minom i krzywym spojrzeniom.

Kulturotwórcza moc opowiadaniaCoś musiało zacząć się zmieniać. Może nie radykalnie, może już po przepracowaniu relacji między centrum a pograniczami. Jedenaście lat temu ruszyły we Wrocławiu prace nad Międzynarodowym Festiwalem Opowiadania. Pomysł był prosty i nieoczywisty zarazem: przez kilka jesiennych dni pisarze i pisarki z różnych miejsc świata spotykają się we Wrocławiu, żeby ze sobą podyskutować i czytać swoje teksty. Właśnie tego elementu – porozumienia, czytania i słuchania siebie nawzajem – brakowało wtedy i dzisiaj nadal brakuje najbardziej. MFO daje szansę wyjątkową – dzieje się w jego ramach coś, co granice tekstu drukowanego przekracza. Opowiadanie bowiem to nie tylko krótka forma, ale czynność jednocząca w dość tajemniczy, ale i wyraźny sposób. Trochę spektakl, trochę spotkanie z autorem / autorką ulubionych utworów, trochę wyprawa w nieznane, ponieważ MFO mocno stawia na debiuty. W tym wypadku „debiuty” znaczą przekłady tekstów autorów i autorek z innych języków, pierwsze tłumaczenia, nawiązywanie porozumienia między nieoczywistymi „centrami” kultury opowiadania. Małe formy nadają się do tego znakomicie – są jak podróżny bagaż, który umożliwia brawurową, choć krótką wyprawę (następnym razem może zostanę na dłużej). Towarzystwo Aktywnej Komunikacji, które za MFO stoi, nie załamuje rąk, nie narzeka na trudności, tylko co roku organizuje spotkania trudniących się opowiadaniem, stawia również na „średnie” i „małe” języki, nie zafiksowało się na prestiżu i hierarchii. I jak na tym wychodzi? Odnosi sukcesy nieprzeliczane na dobra materialne. Kto jesienią 2014 r. słyszał czytającą Han Kang, ten wie, o czym mowa. Drobna, niegłośna, skupiona na szczególe proza zrobiła piorunujące wrażenie, a cichy głos autorki wymusił uwagę wszystkich zgromadzonych w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Bracia i wrogowie. Antysemityzm katolików.