Wiosna nadeszła i oto zagadnienie, ile kataru zatokowego może połknąć człowiek bez szkody dla zdrowia, straciło dla mnie jakoś na ostrości i przestało domagać się natychmiastowego wyjaśnienia. Katar zatokowy, jak wiadomo, nie wydostaje się z organizmu tradycyjną dla większości katarów drogą via chusteczka higieniczna, tylko spływa po tylnej ścianie gardła i dalej. Opowiadać, gdzie dalej? Mam obsceniczne wrażenie, że przez ostatni kwartał, objętościowo biorąc, żywiłam się głównie własnym katarem zatokowym, a piszę o tym nie po to, żeby epatować fizjologiczną ohydą, tylko aby podkreślić wyraźną wspólność tego ludzkiego doświadczenia, unikalną zupełnie w skali naszej tu krajowej populacji, którą nawet Oscar dla Idy potrafił podzielić. „Proszę pani, wszyscy to mamy” – powiedział lekarz, tłumacząc, dlaczego nie ma na katar zatokowy skutecznej terapii, i wtedy zrozumiałam, że jeśli coś scala nasze skrajnie entropicznie zorientowane społeczeństwo, to właśnie ów, nomen omen, glut.
Wraz zaś z odejściem kataru na swoje miejsce na podium powróciło pytanie: jak żyć? Są bowiem sytuacje, w których zupełnie tego nie wiadomo, zwłaszcza jeśli życie pojmujemy jako pewną szlachetną reaktywność na wydarzenia, czyli w ujęciu tradycyjnym. Załóżmy taką okoliczność: piątek, osiemnasta, przedwiośnie, dogasa most Łazienkowski, w jednej z kulturalnych kawiarni stolicy prowadzę spotkanie z poetą z Łodzi. Miasto prząśniczek, czyli doświadczone przez los, a poeta na domiar występuje tym razem nietypowo w roli felietonisty pisma o urodzie, więc stworzenie mu – i temu wydarzeniu – komfortowych warunków jawi się jako wręcz karmiczny obowiązek przyzwoitego warszawiaka. Właściciel kawiarni nalega na kolej ny akademicki kwadrans, bo zaledwie pół godziny po wyznaczonym, ale nieodbytym starcie zainteresowanych naszą imprezą jest pięć osób łącznie z naszą dwójką. Jest to tym bardziej deprymujące, że drzwi kawiarni otwierają się co i rusz, a podekscytowani przybysze, nie rzuciwszy nawet okiem w naszą stronę, kierują się na lewo. „Co jest tam na lewo?” – pytam właściciela, licząc na to, że toaleta, a on mówi: „Cotygodniowe…