Gaja – ładne imię. Ile miała lat, gdy odeszła?
Szesnaście. I przez ostatnie miesiące mówiliśmy sobie dzień w dzień, jak bardzo się kochamy. Ona, skubana, rozumiała kilkaset słów, miała wyrazistą ekspresję, cały język, którym wyrażała nie tylko uczucia czy nastroje, ale też inne, bardziej skomplikowane treści. Od początku też nawiązywała kontakt ze wszystkimi, nawet gdy była nowa w okolicy. Dialogowała, zaczepiała dzieci, „wózkowe”, zwierzęta. Wychodziły z tego nieraz śmieszne historie. Jedną z nich opowiedziała mi moja sąsiadka pani Kasia. Robotnicy, którzy zmieniali jej kafelki na tarasie, przyszli do niej w pewnym momencie na skargę: „Na sąsiednim balkonie siedzi kot i od dwóch godzin nas kontroluje!”. To właśnie była Gaja.
Jak wyglądała?
Mała, cała czarna, prawie – bo miała takie cieniutkie białe stringi, ale o tym sza! Miała też czarne wąsiki, ale nie tak wielkie, grube czarne wąsiska jak zmarły półtora roku wcześniej jej brat bliźniak Natan. Jego też wspominam z czułością i bólem serca. To np., że któregoś dnia jeden z tych wspaniałych wąsów zrobił się biały jak śnieg. „Misiu, starzejesz się” – powiedziałem. I tak mi się smutno zrobiło. Bo na tych wąsach zaczęło się „pisać” przemijanie.
Oczywiście zgadzam się z Szymborską, że koty to najdoskonalszy twór Pana Boga. Chociaż psy też miewałem i kochałem. Kundel Diasek, z którym – siedząc w lesie, na dawnym żydowskim cmentarzu – paliliśmy razem papierosa… Albo Kajetan, przecudnej urody owczarek nizinny, straszny lubieżnik i dzieciorób… Albo Elfie, buldożek angielski sąsiadów, w całej swojej tłustości bardzo inteligentny i koleżeński, w odróżnieniu od jego przyjaciółki tej samej rasy, która zawsze trzymała się na dystans. Różne zwierzaki, własne i cudze, były więc w moim życiu. Jednak koty zawsze zajmowały w nim szczególne miejsce. Muszę wymienić je po imieniu, niczym paciorki różańca: czarny i czuły Oskar, szalony i pręgowany Dominik, piękny jak marzenie i bardzo rozumny Maurycy, wreszcie kociczka Kostek, też czarna jak Gaja, która zginęła śmiercią tragiczną w przeddzień mojego wyjazdu na zawsze z Lidzbarka Warmińskiego. No i kot Eryk, bezpański, z obciętym ogonem, którego z losowych powodów nie mogłem wziąć do domu, lecz tylko go dokarmiałem…
Skąd ta słabość?
To ta słynna kocia niezależność. Ona czyni z kota partnera. Trzeba sobie z nim różne rzeczy wynegocjować, ułożyć się. Oczywiście są też takie rodzaje zwierząt, których nie cierpię. Padlinożercy, zwłaszcza ptaki padlinożerne, wywołują we mnie straszny odruch, nienawiść właściwie – bo to ikony śmierci i rozkładu, jeśli myśleć symbolicznie. Nie wiem natomiast, jaki mam w zasadzie stosunek do gadów.
Ja chyba wiem – szczególny. W otwierającym Pana książkę o wisielcu rozdziale refleksję nad „kulturą wysoką” przecina taki oto akapit: „W horrendalnym przemyśle mody dzisiejszego świata los ten [Marsjasza], absolutnie poza mitem i rytuałem, i poza horyzontem zachodnich dekalogów, przechodzą tysiącami także pytony indonezyjskie, obdzierane żywcem na Jawie i Sumatrze, by nie wspomnieć o innych wielkich jatkach naszej industrialnej i postindustrialnej doby. Po schwytaniu przewozi się je do specjalnej rzeźni – połowa jeszcze żyje – gdzie się je wiesza, a następnie powietrzem z kompresora wetkniętego w odbyt i wodą z węża ogrodniczego wetkniętego w paszczękę (…) rozciąga ciało, aż staje się rozdęte niczym balon, aby potem żyletką dokonać oskórowania. Żeby nie uszkodzić skóry i unieruchomić (obezwładnić) zwierzęta, do wieszania używa się nierzadko drutu wprowadzonego przez nozdrza do mózgu. Jednak ich mózg jest bardzo niewielki i trudno go de facto uśmiercić, a nawet – w wypadku dekapitacji – głowa gada będzie żyła jeszcze przez godzinę lub dwie, całkowicie przytomna, całkowicie wrażliwa na ból, strach i wszystko inne”.
Tak. Wąż jako przeklęty, wyrzucony na margines stworzeń, współwinny ludzkiego upadku jest mi jakoś bliski. Pewien mój kolega miał zresztą węża. Obaj zginęli jednocześnie. I ten kolega, i wąż – i jeszcze kot razem z nimi. Zaczadzili się. Śmierć więc dla wszystkich jednaka – przynajmniej niekiedy. Ten wąż był całkiem sympatyczny. Nie mogłem jednak znieść, że trzeba było go karmić żywymi stworzeniami.
Nie lubi Pan okrutnych zwierząt.
Tak, podobnie jak okrutnych ludzi. Popadam wówczas w jakiś stan pośredni pomiędzy nienawiścią i pogardą. Bliski mi duchowo Marian Zdziechowski napisał kiedyś broszurę o okrucieństwie, w której pełno jest obrazów rozszarpujących się zwierząt. To bardzo ekspresyjne, drastyczne opisy, które w jaskrawy sposób pokazują, że problem zła nie kończy się na naszym ludzkim świecie. Okrucieństwo zwierzęce przekracza też bowiem – wbrew temu, co potocznie myślimy – konieczność. Nie wynika więc ono tylko z tego, że zwierzę musi zabijać, bo jest głodne czy też dlatego, że samce muszą walczyć o teren i o samice. Nie, zwierzę też potrafi być kreatywne i bezpardonowe w swym okrucieństwie.
Kot zanim zabije mysz, lubi się nią bawić. Podobno dlatego, że w organizmie myszy pod wpływem ogromnego stresu wydziela się glukoza, która sprawia, że jej mięso jest słodsze, a przez to smaczniejsze dla oprawcy. Można dyskutować, czy to już okrucieństwo na miarę człowieka, czy wyższy przejaw naturalnej konieczności.
To chyba bez znaczenia. Ostatecznie nawet najbardziej wyrafinowane okrucieństwo człowieka także można uznać za wyższy przejaw konieczności, wysubtelniony instynkt. Niemniej jednak to nas różni od innych zwierząt, że mamy pewne unikalne narzędzia intelektualne czy duchowe, żeby sobie zakazać nadmiernego okrucieństwa. Bo zupełnie go nie unikniemy, z tej choćby racji, że jesteśmy jako mięsożercy skażeni, jak mówi Nowosielski, grzechem nie do usunięcia, a więc w tym sensie grzechem pierworodnym. Nie myślimy o tym na co dzień, ale ta nasza przypadłość stygmatyzuje nas bardzo mocno.
Staramy się na różne sposoby uciec od poczucia winy. Jeśli już jesteśmy w raju, to wystarczy przypomnieć, że tym, który pierwszy podnosi rękę na zwierzęta, jest Bóg. Samej sceny zabicia w Biblii nie ma, ale przed wypędzeniem z raju pierwsi rodzice zostają przyodziani przez swego Stwórcę w ubrania ze skór.
To prawda. Rola Boga w tym całym procederze jest tajemnicza. Czyżby pierwszy pokazał ludziom, jak się zabija? Ostatecznie jednak to wszystko konsekwencja ich pierwotnego nieposłuszeństwa, więc co najwyżej możemy mówić tu o współudziale, nie o całkowitym uniewinnieniu. Bóg przypieczętowuje nowy ziemski ład, ten już po upadku, ale początek dał mu człowiek w chwili zerwania jabłka z drzewa życia. Skusił nas owoc, a skończyliśmy jako żądni krwi systematyczni zabójcy.
A raczej skusiło nas zwierzę i pierwsze padło ofiarą tego skuszenia. Czy Pana inicjacja w zło łączyła się, tak jak w przypadku pierwszych ludzi, ze zwierzętami?
Jako kilkunastoletni chłopak mieszkałem na strychu. Przychodziła tam do mnie mysz. Karmiłem ją okruszkami, a ona tym chętniej przybiegała. Kiedyś siedziałem i, ot tak, tupałem nogą. Nie zauważyłem, kiedy przyszła. Dostała się pod stopę, zabiłem ją. Zabiłem zwierzę, które nie czuło lęku przede mną. I to je zgubiło. Do tej pory mam wielki wyrzut sumienia, gdy o niej myślę.
Byłem też oczywiście świadkiem okrucieństwa innych ludzi wobec zwierząt. Miałem kuzyna, który jako sześciolatek w okrutny sposób zamordował kota. W moim prowincjonalnym dzieciństwie na porządku dziennym było topienie rodzących się kociąt albo szczeniąt, zakopywanie żywcem w ziemi, katowanie, zastawianie pułapek na tzw. goniące się psy. Pamiętam chłopców z sąsiedztwa, którzy łapali w pętle psy biegnące do ich suki mającej cieczkę. Jak któregoś złapali, to katowali go strasznie. Tego typu doświadczeń mam sporo. Wtedy byłem wobec nich bezradny.
Przede wszystkim jednak dzięki zwierzętom, dzięki współistnieniu z nimi, mogłem w dzieciństwie przetrwać okrucieństwo świata ludzkiego. Nie uzmysławiałem sobie tego jako dziecko tak wyraźnie jak dziś, jednak od początku były one równorzędnymi partnerami egzystencji. Przyszło mi to być może o tyle naturalniej, łatwiej, że moja rodzina – dziadkowie, ale i moja szalona matka – była otwarta na świat zwierzęcy. I okrucieństwo wobec Odkąd więc pamiętam, w domu były zwierzęta i traktowano je godziwie, z miłością.
Czy zwierzę zdycha, czy umiera?
Oczywiście, że umiera. Nigdy nie było mnie stać na to, by mówić o śmierci zwierzęcia jako o zdychaniu. „Zdechł, zdechła”, bardziej jeszcze rosyjskie padoch, to określenia, którym nazbyt blisko do padliny, czegoś absolutnie wstrętnego.
Gdy moja babcia poprawiała mnie jako dziecko, mówiąc, że umiera tylko człowiek, a zwierzę zdycha, tłumaczyła to ulatywaniem duszy lub jego brakiem. Z człowieka dusza ulatuje, więc umiera ciało, ale nie on sam, a zwierzę po prostu pada, bo ma tylko ciało. Dlaczego wymyśliliśmy sobie to rozróżnienie? Dlaczego odczuwamy strach przed przyznaniem, że zwierzę może umrzeć? Boimy się o własną godność?
Najwyraźniej. Ci, co tak myślą, zapomnieli o Kohelecie: „Los bowiem synów ludzkich jest ten sam, co i los zwierząt; los ich jest jeden: jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego, i oddech życia ten sam” (Koh 3, 19). Koniec, kropka.
Jeśli zresztą dopuszczam jakąkolwiek możliwość raju i życia wiecznego, to tylko ze względu na zwierzęta, na ich niewysłowione cierpienie i lęki, zwłaszcza te przy konaniu.
Gaja umarła w domu. Wiedziałem, że umrze. Udręczona już bardzo w tym swoim odchodzeniu, wyjąc z bólu, dopełzła do miejsca, w którym zawsze siadywała i sprawiało jej to przyjemność. Dlaczego tam? Dlaczego nie do czarnego kąta? Czyżby miało dla niej znaczenie, jak umrze? Śmierć i cierpienie łączy nas, ludzi i zwierzęta, w sposób niepodważalny. Albo to ich oczekiwanie pomocy, piorunujące w swej bezpośredniości i oczywistości: „Ratuj mnie, proszę cię, ratuj mnie”. Albo: „Jak ci tak zależy, to jeszcze trochę pożyję” – i takie przypadki miałem. Z Gają też tak było. Na trzy miesiące przed śmiercią pierwszy raz zrobiła „przymiarkę” do niej. Wieczorem miała przyjechać pani doktor, aby zrobić jej śmiertelny zastrzyk. A ja płakałem na uczelni, przy studentach. Nie byłem w stanie sobie przetłumaczyć, że tak trzeba. I jechałem do domu ze świadomością, że biorę udział w mordzie na ukochanym zwierzęciu. W czymś, o czym mówimy eufemistycznie „uśpienie”, pan doktor Piotr zaś, stały lekarz moich zwierząt, mówi po prostu: „eutanazja”.
Niektórzy ludzie nie tylko mówią, że ich zwierzę umarło, ale niekiedy też czczą jego grób po śmierci. Co Pan sądzi o cmentarzach dla zwierząt? Kiedyś, gdy były one znane jedynie w USA, wzbudzały raczej uśmiech jako przejaw fanaberii czy też infantylizacji społeczeństwa konsumpcyjnego, które trudniejsze relacje międzyludzkie zastępuje łatwiejszą więzią ze zwierzęciem.
Jeśli ktoś ma taką potrzebę, to dlaczego miałbym mu zabraniać tak postąpić? Nikomu to nie szkodzi. Nie uważam, żeby miało to w jakiś sposób ośmieszać ludzkie rytuały. Ja jednak nie chcę przenosić swojej miłości, czy to do ludzi, czy do zwierząt, na jakieś miejsca w przestrzeni. Czczę pamięć jednych i drugich nie poprzez czczenie grobu. Oni żyją we mnie, we wspomnieniu. Zresztą trudno byłoby mi tę cześć wyrażać poprzez nawiedzanie miejsc, w których spoczywają ich szczątki, gdyż moje życie jest mocno wędrowne i potraciłem więź z grobami bliskich. Kot Maurycy, którego bardzo kochałem, został przeze mnie pochowany nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Wieczorem, kiedy szliśmy z żoną po tym pochówku na spacer, na pociemniałą taflę wody wypłynął samotnie spóźniony łabędź, jak duch. Wywarło to na mnie niesamowite, wręcz metafizyczne wrażenie. Czy to jest racjonalne? Jak to jest z tym rozumem?
Ale jest też w tym, o co Pani pyta, kwestia traktowania zwierząt jak zabawek, niekiedy rozpieszczanych do granic rozsądku, niekiedy zaś, niestety, takich, które szybko się znudzą i których trzeba się jak najszybciej pozbyć. Kolejny już rok słyszymy wszędzie, że po świętach następuje „wysyp” bezpańskich piesków i kotków. Tam gdzie wcześniej mieszkałem, nad owym Jeziorkiem Czerniakowskim, znajduje się w Warszawie jakby „naturalna przestrzeń”, bardzo dogodne miejsce, by wywieźć i zostawić niechciane zwierzę. Bez przerwy jakieś znajdowaliśmy. W trzech blokach rotacyjnych dla naukowców, w każdym z mieszkań, było poupychanych po dwoje, troje zwierząt, łącznie z jakimś egzotycznym ptakiem.
Niedawny przykład: kucyk Bullik. Dziewczynka dostała rok wcześniej kucyka pluszowego, a w tym roku zażyczyła sobie prawdziwego. Rodzice więc zamówili kucyka u handlarza, ten go nabył, a tuż przed Bożym Narodzeniem dziewczę podniosło wrzask, że prezent nie ma takich łatek, jak sobie wymarzyła, nie taką kokardę. I konik został podstawiony wśród krów z alternatywą: albo ktoś go wykupi za 1700 zł, albo trafi pod nóż. Wysyłałem więc SMS-y, żeby fundacja Centaurus mogła go kupić.
„Kiedy byłam mała, zaczęłam mieć wrażenie, że zwierzęta to jakiś rodzaj przebrania i maski. Że pod ich owłosionymi pyskami i dziobami kryje się jakaś inna »twarz«. Ktoś inny”. To Olga Tokarczuk. Cytuję ją, bo wydaje mi się, że w tym sugestywnym obrazie uchwyciła intuicje, jakie stoją za bardziej suchym i abstrakcyjnym w swym brzmieniu terminem „osoby niebędące ludźmi”. Jak ocenia Pan starania, by przynajmniej niektórym zwierzętom nadać status osoby?
Z całego serca je popieram. Zresztą nigdy, obcując ze zwierzętami, nie miałem wątpliwości, że mam do czynienia z bytami osobowymi. Wziąłem nie dawno z „przejściówki” dwójkę kotów: Filipa i Sagę. Filip to straszny żarłok, bo w tej „przejściówce” jako najmniejszy był zawsze ostatni do miski. Wzięliśmy go w zasadzie tylko dlatego, że był w pakiecie z kocicą Sagą, która poza tym, że jest długowłosa, przypomina – „wypisz, wymaluj” – Gaję.
Saga ma za sobą jakieś przerażające traumy. Obcięty czubek ucha, równo, więc prawdopodobnie przez człowieka. Nie można było na nią spojrzeć, uczesać, wziąć do lekarza – tak bardzo się bała. Po trzech miesiącach naszej ciężkiej pracy pozwoliła sobie podać jedzenie. Wcześniej wywoływało to w niej potworną panikę, prawie nie jadła ze strachu. Od niedawna potrafi też spać na otwartej przestrzeni, wcześniej sypiała tylko w pralce. I teraz proszę mi powiedzieć, czy ten opis pasuje do przedmiotu czy do osoby? Ja nie mam żadnych wątpliwości z przyporządkowaniem adresata.
Gdy poszedłem z Filipem do lekarza, pierwszym pytaniem, jakie zadał doktor Piotr, było: „Jak on ma na imię?”. Zwierzę ma imię! Nie wabi się, ale ma imię – to jest kwestia analogiczna do tej, czy zwierzę umiera. Gdy Gaja wiele lat temu miała ciężką operację i musiała zostać na obserwację, personel też traktował ją jak osobę, mówił o niej „wzorowy pacjent”. A weterynarze wiedzą chyba trochę więcej niż my. To nie są już na ogół ci rzeźnicy, których pamiętam z lat 70.
A jak Pan sobie radzi z zarzutami, że to wszystko są tylko nasze projekcje? Że przypisujemy zwierzętom cechy i uczucia, które chcielibyśmy u nich widzieć, ale tak naprawdę należą one jedynie do nas?Projekcja jest powszechna, dotyczy wszystkiego: rzeczy, ludzi, zwierząt, krajobrazów. Innymi słowy, nie ma nic innego niż…