Subskrybuj

Dżepetto wystrugał Pinokia, a ten uczynił go człowiekiem

Nasze człowieczeństwo objawia się w wielości form, a więc jest ono zmienne i historyczne, zaś o jego istocie nie decydują wyłącznie ludzie, ale także inni aktorzy, z którymi połączeni jesteśmy miliardami zależności. Humanizm nieantropocentryczny nie podważa wyjątkowości człowieka, ale też przypomina, iż jest ona mu dana również przez to, co materialne.

Pinokia Carlo Collodiego można czytać jak opowieść o zmaganiu się człowieka z przedmiotami. Są one wytworem naszych działań i pozwalają nam przetrwać. Co prawda jesteśmy jedynymi zwierzętami, które potrafią kreować artefakty, ale rzeczy nieustannie wymykają się spod naszej kontroli, zaś zależność istniejąca pomiędzy nimi i człowiekiem jest względnie symetryczna[1]. Dżepetto stworzył drewnianego pajaca, by poradzić sobie z samotnością, ale zabawka sprawiła, iż mógł stać się rodzicem, doświadczyć wszystkich danych człowiekowi emocji i przeżyć przygody, które bez tego artefaktu nigdy nie stałyby się jego udziałem. Istotniejsze jest jednak to, że Dżepetto nie planował żadnej z tych zmian w swoim życiu – okazały się one skutkiem relacji zawiązanej z przedmiotem. Z obiektem, którego, jak mogłoby się wydawać, był panem i władcą.

Trudno zaprzeczyć, że z przedmiotami łączy nas bardzo bliska, czasem wręcz intymna, więź. To one określają, jak przebiega nasza egzystencja. Zależność ta jest tak ścisła, że trudno ją pomieścić w dominującej dziś antropocentrycznej wizji człowieczeństwa. Nieprzypadkowo więc temu związkowi nieustannie zaprzeczamy, próbując zignorować fakt, iż bez przedmiotów nie byłoby nas jako ludzi – specyficznego gatunku adaptującego się do rzeczywistości dzięki licznym ekstensjom, które sam tworzy i które określają, w jaki sposób to dostosowywanie do środowiska przebiega. Zaprzeczanie to nie ma u swych źródeł tylko autoidentyfikacji człowieka jako pana wszechrzeczy, ale też, paradoksalnie, drzemie w samych przedmiotach, w tym, że są one zawsze pod ręką i wydają się nam całkowicie podległe, gotowe na przyjęcie każdego zadania, pogodzone z tym, że może przydarzyć im się wszystko – zarówno ubóstwienie, jak i nędzna śmierć na wysypisku.

To zaprzeczanie sprawia, że nasze relacje z przedmiotami rzadko bywają czyste[2], a więc całkowicie bezinteresowne i satysfakcjonujące wyłącznie dlatego, że mają one miejsce. Powoduje ono również, że próbujemy tego rodzaju stosunki nieustannie poprawiać i udoskonalać, zapominając jednocześnie o tym, iż każda tego rodzaju zmiana powoduje przeobrażenia także w nas samych. Skutkiem ubocznym niestabilności tego związku jest niewątpliwie rozedrganie współczesnej kultury materialnej i poddanie jej presji „nowości”, której towarzyszy mnożenie się obiektów materialnych oraz narastające problemy, jakie mamy z pozbywaniem się resztek i odpadów powstających w efekcie prób układania sobie relacji z przedmiotami. Paradoks polega na tym, że im bardziej próbujemy panować nad tym, co sami stworzyliśmy, tym bardziej przedmioty stają się niepodatne na tego rodzaju zabiegi. Dzieje się tak z dwu przyczyn. Po pierwsze, dlatego że

każda próba kontrolowania obiektów materialnych i poddawania ich naszej woli wymaga wytworzenia nowych rzeczy, a tym samym komplikuje nasze relacje z nimi.

Wystarczy przypomnieć, jak bardzo złożone są czynności związane z utrzymywaniem domów w czystości albo jak wielu zabiegów wymaga podtrzymywanie zdolności do przemieszczania się mechanicznych pojazdów czy też jak radykalnie skomplikowały się rytuały związane z przygotowywaniem i spożywaniem posiłków, by dostrzec, iż stosunki z obiektami materialnymi są dziś skrajnie chybotliwe, nieustannie narażone na destabilizację. Po drugie, dlatego że najbardziej powszechną formą kontroli rzeczy ze strony człowieka jest ich wyrzucanie i zastępowanie nowymi przedmiotami, a zatem następujące w bardzo szybkim i stale powtarzanym rytmie procesy zrywania i zawiązywania relacji z obiektami materialnymi. Nie naprawiamy ani nie poprawiamy już rzeczy, nie odkładamy ich na gorsze czasy, z pogardą patrzymy na staromodne pawlacze i piwnice, w których składowano to, co kiedyś jeszcze mogło się przydać, przy pomocy ekspertów[3] tępimy w sobie wszelkie symptomy chomikowania, obawiając się, że są one zapowiedzią syllogomanii. Wszystko to na nic, bo przedmiotów nie można się pozbyć. Powracają, niczym Pinokio do swojego twórcy Dżepetta, pod postacią przepełnionych wysypisk, skażonej wody i powietrza, morskich stworzeń wchłaniających plastikowe odpady, rzeczy stworzonych z odzyskanych drogą recyclingu materiałów, ciepła i energii powstających dzięki spalaniu lub kompostowaniu tego, co materialne. Co więcej, w ostatnich dekadach stały się one nieśmiertelne również w innym sensie – stworzyliśmy bowiem cyfrowe wersje obiektów materialnych, a tym samym jeszcze bardziej skomplikowaliśmy nasze relacje z przedmiotami.

Czy mp3 może się zestarzeć?

Digitalizacja nie tylko pozwoliła przyspieszyć cyrkulację wszelkich wytworów człowieka, ale doprowadziła też do ich dematerializacji. Ta ostatnia, choć jeszcze tego wyraźnie nie dostrzegamy, w sposób zasadniczy przeobraziła z kolei nasze relacje z rzeczami, a więc również nas samych. Podstawowa zmiana polega na odebraniu ciału roli mediatora pomiędzy człowiekiem a obiektami materialnymi, które istniejąc w formie zero-jedynkowych kodów, nie wymagają już zróżnicowanych praktyk cielesnych niezbędnych do ich uruchomienia. Nie musimy odkurzać winyli i nakładać ich na talerz gramofonu, by posłuchać muzyki; książki nie trzeba odkładać na półkę, gdy skończymy ją czytać; nie ma potrzeby wychodzić z domu, by zamówić obiad, a Tate Modern można zwiedzić, nie ruszając się sprzed ekranu komputera. Oznacza to, że bogactwu i różnorodności współczesnej kultury towarzyszy niepokojąco mała liczba czynności potrzebnych, by skorzystać z jej dóbr, i znaczne zubożenie doświadczeń zmysłowych, których nam one dostarczają – wszystkie one jawią się przecież jako obraz wyświetlający się na ekranie. Oznacza to również, iż używanie obiektów, które do niedawna były całkowicie osobne i wymagały równie wyspecjalizowanych czynności, staje się bardzo jednorodne i polega na wybieraniu odpowiednich sekwencji cyfr i liter na klawiaturze albo wykonaniu kilku prostych gestów palcami ślizgającymi się po powierzchni dotykowego ekranu. Wraz z różnorodnością działań zniknąć musi także starzenie się zdematerializowanych przedmiotów. Zużywać mogą się urządzenie, nośniki pamięci, matryca wyświetlacza, ale z pewnością nie cyfrowy kod podzielony na sekwencje w postaci plików.

Zdigitalizowane przedmioty nigdy nie umierają, nie noszą też śladów drogi, którą przeszły w rozwijających się relacjach z człowiekiem. Na pierwszy rzut oka nieśmiertelność rzeczy jest zjawiskiem pozytywnym, uwalniającym nas od odpowiedzialności i troski, zmniejszającym koszty użytkowania i nasze zaabsorbowanie obiektami materialnymi. To pierwsze wrażenie jest jednak mylące, bo starzejące się przedmioty są niezbędne nie tylko systemowi ekonomicznemu, ale też nam. Pozwalają przecież doświadczać czasu i zakorzeniają w nim, uczą, że działanie ma zawsze swoje konsekwencje, a my, by utrzymać się przy zdrowych zmysłach[4], potrzebujemy tego, co stabilne i co zmienia się wraz z nami samymi, nie zaś niezależnie od nas.

Na tę dysfunkcję cyfrowej kultury, a więc na nieśmiertelność tego, co zdematerializowane, znaleziono remedium. Jest nim niezwykłe tempo zużywania się przedmiotów jako obiektów, które są w stanie nas zaangażować, przykuć uwagę, a więc starzenie się tego, co nowe już w momencie przekroczenia progu umasowienia. Rozwiązanie to ma jednak istotną wadę. Jego produkty, a więc „nowości” (albo „stare nowości”, remixy, mash-upy, remaki, cross-overy i sequele[5] itd.), choć niezwykle efektywne ekonomicznie, nie dają nam tak solidnego oparcia jak rzeczy, które zawsze były pod ręką i poprzez swoją niezmienność formatowały nasze działania.

Digitalizacji przedmiotów towarzyszy jeszcze przynajmniej jedno zjawisko, które trudno jest zignorować – niezwykle dynamicznie rozwijający się syndrom archiwizacyjny[6], którego istotą jest obsesyjne dążenie do tego, by wszystko poddać cyfryzacji. Już nie tylko dokumenty, książki czy zdjęcia, ale każdą naoczną formę istnienia, przeto również obiekty materialne. Warto dodać, że nie chodzi tu tylko o rodzenie się na naszych oczach digitalnej kopii świata, ale o poddanie tego ostatniego reżimowi reguł rządzących archiwum. Podobnie jak muzea, digitalne zbiory nie tylko przecież gromadzą, ale także porządkują i katalogują, nadając obiektom zupełnie nowe sensy i znaczenia określające, w jaki sposób postrzegamy to, co w świecie poza archiwum reprezentują jego zbiory. Susan Sontag w książce O fotografii trafnie zauważyła, iż aparat i zdjęcia to nie tylko formy reprezentowania rzeczywistości, lecz i media określające sposoby jej postrzegania, jej gramatykę oraz etykę, a więc to, jak widzimy świat i co traktujemy w nim jako istotne i doniosłe[7]. Podobnie jest z archiwum – decyzja o tym, aby unieśmiertelnić w nim artefakt, jest jednoznaczna z nadaniem mu statusu rzeczy istotnej, to zaś z kolei zmienia nasz sposób jej postrzegania, wyodrębnia ją spośród tysięcy podobnych obiektów.

Dzięki digitalizacji obiekty materialne stają się nieśmiertelne oraz istotne. Płacą jednak za to utratą najważniejszej ich własności – tego, że stawiają opór naszemu ciału, że są stabilne i integralne. Utrata tej dystynktywnej cechy to również utrata cząstki naszego człowieczeństwa, a przynajmniej wstęp do jego radykalnej transformacji w kierunku, którego jeszcze nie znamy, ale który powoli wyłania się na naszych oczach. Widać go jeszcze mało wyraźnie, jednak już na tyle dobrze, że możemy dostrzec zarówno nowe możliwości (uwolnienie od ciężaru rzeczy i przeładowania; przekształcalność wszystkiego, co istnieje; swoboda w powielaniu tego, co nie ma swojego materialnego nośnika; zdalność naszych relacji z rzeczami, oznaczająca znaczne poszerzenie sprawczych potencji człowieka; radykalność delegacji działań na autonomiczne obiekty itd.), jak i zagrożenia (niepewność i niestabilność świata, w jakim żyjemy; zależność jego istnienia od pewnych źródeł energii i niezawodnych łączy; deficyty pamięci i skłonność do szybkiego zapominania; uczynienie ciała zbędnym itd.). Ten majaczący na horyzoncie obraz naszych przyszłych relacji z przedmiotami fascynuje i przeraża jak wszystko, co nowe. Dużo ważniejsze okazuje się to, że sam w sobie jest sprawczy, kreuje prototypowe strategie układania sobie przez człowieka relacji z rzeczami.

PrototypyKażdy kto choć raz stworzył samodzielnie przedmiot wie, że doświadczenie to nie tylko wywołuje bardzo silne emocje, ale też kreuje więź pomiędzy jednostką i rzeczą. Formowanie materii, nadawanie jej kształtu, sprawianie, iż jej cząstka staje się osobną formą istnienia,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Bliskość rzeczy