Subskrybuj
dr literaturoznawstwa, krytyczka literacka. Autorka książki Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg (2014). Prowadzi zajęcia w Katedrze Krytyki Współczesnej przy Wydziale Polonistyki UJ. W miesięczniku zajmuje się rubryką Stacja: literatura.

Papierowi bandyci, papierowi zbóje

Dzisiaj trudno utrzymać podział na kiczowatą błyskotkę jak z kramu jarmarcznego i wycyzelowane przez artystę rzemieślnika dzieło sztuki. Sama popularność jako „podobanie się dużej ilości osób czytających” nie jest żadnym kryterium wskazującym na słabość czytanego tekstu

Papierowy bandyta (1974) to tytuł słynnej i zasłużonej książki Janusza Dunina o literaturze popularnej i masowej, której to narodziny zawdzięczamy przemianom społeczno-politycznym końca XIX w. Powieści brukowe, romanse i kryminały traktowane były przez zaniepokojonych intelektualistów jak prawdziwe zagrożenie. Edukowane z takim trudem masy niekoniecznie sięgały po literaturę tendencyjną i dydaktyczną, z jakiegoś powodu wolały rozrywkę, kicz lub przesadnie udramatyzowaną, nierealistyczną tandetę. Brukowe powieści, w ocenie specjalistów, dokonywać miały zamachów na dusze czytelników i czytelniczek, siać w nich spustoszenia nie do nadrobienia. Dlaczego jednak „bandyta” pojawia się tutaj zamiast starego, dobrego „zbójcy”? Różnica między książką zbójecką a bandycką jest niby subtelna, ale jednak wyraźna. Inaczej mówiąc: klasowa. Gdy Pustelnik / Gustaw z IV części Dziadów (1823) ciska świecką „książką zbójecką”, wyrzeka przy tym, że to „młodości mojej niebo i tortury! / One zwichnęły osadę mych skrzydeł / I wyłamały do góry”. Zbitemu z tropu Księdzu podaje skutki uboczne lektury: utratę kontaktu z rzeczywistością, nieznośne tęsknoty i „bujanie w zmyślonym przez poetów niebie”. Cóż, z pewnością nie byłoby to możliwe, gdyby poszkodowany przez literaturę chłopak był niewykształcony. Zwłaszcza znajomość języków obcych (niemiecki! francuski!) naraziła go na szwank; okazało się bowiem, że czytane w oryginale Cierpienia młodego Wertera i Nowa Heloiza to śmiertelna prawie trucizna (uszczerbek na zdrowiu psychicznym, utrata sensu życia, fizyczne niedomagania wywołane przez poszerzenie horyzontów, wywołanie pragnień nie do zaspokojenia). Z relacji obsypanego liśćmi i suchymi gałązkami Pustelnika wynika, że owe zbójeckie książki to opium dla wykształconej młodzieży; niewykształcona powinna zatem czuć się w miarę bezpiecznie. Może i tak było w pierwszej połowie XIX w., ale później sytuacja zaczęła się zmieniać.

Książki jednak dzielą

Swoje trzy grosze dołożyła do całej sprawy Stefcia Rudecka, bohaterka Trędowatej Heleny Mniszek (powieść ukazała się w 1909 r. i od tamtej pory jest jedną z najbardziej wpływowych, słynnych i niesławnych zarazem książek napisanych w języku polskim). Panna Rudecka podjęła się pracy guwernantki nie z powodów ekonomicznych, ale by zająć czymś skołatane nerwy (praca ma być lekarstwem na zawód miłosny). Posada w Słodkowcach to dla niej wyzwanie.  Stara się nakłonić o włos młodszą podopieczną (relacja między nimi wystylizowana jest na różnicę co najmniej dekady, Rudecka niemalże pozuje na pannę w latach, zagrożoną staropanieństwem) do odkładnia na bok lektur, które zaszkodziły Gustawowi / Pustelnikowi. Panna Rudecka, ze wszech miar porządna ziemianka, próbuje namówić Lucię do czytania klasyki narodowej. Stefcia nie tylko martwi się, że Lucia wpadnie w moralne tarapaty przez kontakt z przebojami francuskiej prozy (czyli zapragnie zrealizować to, o czym czyta). Sprawa okazuje się poważniejsza, bowiem czytanie w projekcie Rudeckiej ma być elementem edukacji patriotycznej, nie sentymentalnej. Waldemar Michorowski (ordynat i niedoszły mąż Rudeckiej) gotowy jest na prośbę Stefci uzupełniać braki w bibliotece Idalii Elzonowskiej (matki Luci, a jego kuzynki) i dostarczyć nie tylko Lama z Mochnackim, ale również Skargę, Reja i Kołłątaja. Jakaż to gratka dla nastolatki zaczytującej się w Zoli! Stefcia stawia jednak sprawę jasno: literatura narodowa to podstawa zdrowego wychowania, zaś fascynacja cudzoziemszczyzną grozi zepsuciem. Lucia obficie korzystająca z biblioteki matki (pani Idalia całymi daniami czytała nie tylko Zolę, ale i Rousseau, Dumasa, Bourgeta, a nawet Rochefoucaulda i Chateaubrianda; w całym tym arystokratycznym  domu nie było ani jednej książki napisanej po polsku) łatwo daje się zwieść Prątnickiemu, kreaturze mającej na sumieniu spokój ducha Stefci. Zadanie, jakie stawia sobie Rudecka, polegać ma na reedukacji Luci, a reedukacja ta zabarwiona jest na biało-czerwono.

Kłopot w tym, że sama Trędowata (w przeciwieństwie do IV części Dziadów – trochę inaczej wygląda współczesna recepcja III części Dziadów, zwłaszcza w kontekście twórczości Kalibra 44) do dziś utrzymuje się na szczycie książek bandyckich. Najpopularniejsza książka Heleny Mniszek uznawana jest za kwintesencję złego stylu, a jej miłośniczki (jak wieść gminna niesie, podobno to książka wyłącznie dla kobiet) traktowane są równie lekceważąco. Określenie „książka dla kucharek” (w negatywnym znaczeniu) nadal ma się nieźle, choć kucharki i kucharze od dobrych kilku lat są bohaterkami i bohaterami zbiorowej wyobraźni, same i sami piszą książki, na których zarabiają krocie. „Kucharka” zaczytująca się w masochistycznym soft porno Mniszek musiała mieć (zdaniem wyśmiewających Trędowatą) nie tyle pstro w głowie, co po prostu niewiele. Nie tylko nie znała obcych języków (a to warunek konieczny, by dać się porwać przygodom Wertera czytanym w oryginale), ale w ogóle nie mogła być wykształcona na tyle, by rozróżniać złą literaturę od dobrej. Niewykształcone masy (a właściwie wykształcone o tyle o ile, bo choć wyszły z analfabetyzmu, to wyższych i poważniejszych kompetencji kulturowych wypracować nie zdołały) zachwycają się byle czym. Popularność rozumiana jak łatwość przyswojenia, kaleka uroda stylu, czyli kicz po prostu szerzyła się jak grypa lub (nomen omen) trąd przed wynalezieniem antybiotyków. Bandycka Trędowata szturmem wzięła serca i (jednak) umysły całych rzesz czytających. Podział na wykształconych, czyli odpornych na tę zarazę oraz niewykształconych, czyli na nią podatnych utrzymywany jest do tej pory – zwłaszcza na lokalnym gruncie (zamiłowanie do „czytadeł” uznanych za wstydliwe to gruba niezręczność towarzyska). „Popularność” wiązana jest z „masowością” tak jak sztuka z ekskluzywnością. Popularność Wertera na początku XIX w. była popularnością bezsporną, ale o zasięgu ograniczonym, obejmującym konkretne klasy społeczne, nie sięgającym ku zbyt niskim szczeblom drabiny społecznej. W końcu XIX w., w reakcji na postępującą rewolucję społeczną, rozdzielono szlachetnych zbójców od bandytów pochodzenia zdecydowania podłego. Książki (wbrew popularnemu ostatnio hasłu) jednak dzielą, a plama popularności rozumianej jako bliskość stanom niskim nie znika nawet pod wpływem detergentów. Ponad 100 lat od wydania przeboju-podboju Mniszek sytuacja niekoniecznie wygląda lepiej. Wkluczanie i wykluczanie to ulubiona gra czytelników i czytelniczek zawodowych  (Trędowata a to była na cenzurowanym, bo towarzystwo wyśmiewało zdradzaną przez autorkę w tekście nieznajomość zasad i obyczajów z „wyższych sfer”, a to objęto ją zakazem druku, ponieważ nijak miała się do socrealizmu). Dziś  zamieszanie nie maleje – pozorny egalitaryzym podszyty rygorami nie mniej kuriozalnymi niż te rodem z Trędowatej nie pomaga rozeznać się w sytuacji. Zresztą, sukces debiutanckiej powieści Mniszek wynikał również z tego, że świat melodramatu Mniszek był sterylnie czysty. Intryga niby opiera się na walce klas, ale gdzie owe klasy się podziały; w powieści przecież trudno znaleźć ślady osób o nieszlacheckim pochodzeniu. Świat Trędowatej zamyka się w ścianach białego dworu – Stefcia upajająca się tzw. kontaktem z naturą nie wpada na odprysk choćby innego życia niż to zorganizowane przez dwór. Oko Mniszek rejestruje wyłącznie cywilizowane (czyli szlachetne klasowo) zjawiska. Spotkanie z kochającymi Waldemara żeńcami wystylizowane zostaje na spotkanie z obłaskawionymi dzikusami. Prymitywni, ale pracowici poddani Michorowskiego nie tylko mówią w obcym języku; ich oddanie bliższe jest oddaniu zwierząt domowych aniżeli istot ludzkich (podobnie ma się sprawa z kilkorgiem służby dworskiej); również dzieci z ochronki zdradzają daleko posunięty niedorozwój językowy i emocjonalny. Mimo peror ordynata o konieczności wdrażania nowinek technologicznych (zwłaszcza maszyn rolniczych) koniecznych do rozwoju polskiej gospodarki, świat napisany przez Mniszek działa na zasadach czarodziejskich. Rzeczy robią się same, nie ma tu innego zmęczenia niż uczuciowe, fizyczna praca wykonywana na rzecz urody dworu nie znajduje reprezentacji nawet w półsłowie. Popularność (rozumiana jako poczytność) Trędowatej wydaje się wynikać właśnie z pragnienia życia w świecie, w którym pieczone gołąbki jednak  lecą same do gąbki, wystarczy tylko kochać i nawet śmierć nie pokrzyżuje planów moralnemu zwycięstwu (Stefcia koronowana przez śmierć trafia do sali portretowej i guzik jej zrobią gadające, oburzone obrazy, nikt jej stamtąd już nigdy nie wyprowadzi). Jeśli wierzyć, że Trędowata naprawdę była czytana przez kucharki, jasne staje się to, co Władysław Reymont chciał powiedzieć w Chłopach przy użyciu postaci Jagusi. Gdy Jasio, młody kleryk, syn organisty, czyta jej fragmenty Pana Tadeusza, dziewczyna nie może ukryć rozczarowania i zniecierpliwienia. Pola wyzłacane zbożem rozmaitem zna na wylot, ma je pod ręką i przed oczyma – niby po co ma o nich czytać? Chętnie za to poczytałaby o smokach. Historia znajomości Jagusi i Jasia nie mogła się skończyć się dobrze, bo książki naprawdę dzielą. Wspólna lektura może wyraźnie skłaniać ludzi ku sobie, ale pod warunkiem, że wspólnicy w czytaniu są z tego samego szynela. Jasio i Jagusia co prawda pochodzili z tej samej wsi, ale Jasio miał szansę wypracować inne (wyższe z pewnego punktu widzenia) kompetencje kulturowe przekreślające szanse na jakiekolwiek porozumienie z Paczesiówną. Pana Tadeuszazapewne nie chciałby też czytać nikt inny w Lipcach, ale Jagusia dziewczyna jest poręczną postacią w tej historii: uosabia zmysłowość pierwotną, tzw. naturę, popędowość, zaś Jasio chłopak to kultura, sublimacja, świat uczuć wyższych. Opowieści o smokach dla Jagusi, która nie chce…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Bliskość rzeczy