O problemach tych nie pisze w Uniwersytecie bezwarunkowym, ale trudno nie przywołać ich w kontekście postulatu czy też życzenia zawartego w tytule. Brak towarzyszących uniwersytetowi warunków (powszechność wpisana jest przecież w jego nazwę) każe zaliczyć go do tej samej grupy pojęć co sprawiedliwość, demokracja, dar, przebaczenie – terminów do głębi dekonstrukcyjnych, których doświadczenie jest dla człowieka w pełnym wymiarze nieosiągalne, mających za zadanie rozciągać bez końca horyzont ludzkiego myślenia. W jaki sposób? Stając się źródłem oporu wobec wszystkich prób zawłaszczenia i redukowania ich sensu. W przypadku uniwersytetu jego bezwarunkowość przeciwstawiać się powinna władzy politycznej (podporządkowującej naukę zadaniom wyłącznie państwowym i narodowym), ekonomicznej (szantażującej finansowaniem odpowiednie kierunki badań), a także religijnej, ideologicznej, medialnej… – wszystkim, powiedzmy zwięźle za Derridą, „ograniczającym przyszłą demokrację” (s. 20). Dlatego też uniwersytet ma za zadanie przede wszystkim stawiać pytania krytyczne – w pierwszej kolejności wobec „własnej historii i własnych aksjomatów” (s. 19). Przez co też dekonstrukcji przypada na nim miejsce wyjątkowe, bo staje się ona w przestrzeni nauki zasadą analogiczną do tej, którą w sferze politycznej jest nieposłuszeństwo obywatelskie. Bezwarunkowość sprawia jednak, że uniwersytet okazuje się bezbronny, a przez to, niestety, bywa zniewalany i wykorzystywany. Przy czym nie chodzi jedynie o odległe praktyki totalitarne. Dość przypomnieć, że powołany od 1983 r. przez Derridę i Jean-Pierre’a Faye’a College International de Philosophie – „uniwersytet” szczególnego rodzaju, otwarty dla wszystkich, złożony z wybieranych zajęć, profesorów i dyrektorów, z wielkim trudem uratowano w zeszłym roku przed bankructwem. Paradoksalnie, jak na Derridę nie brak w książce miejsc, gdzie mógłby się…
Redaktor miesięcznika „Znak”, dr nauk społecznych, tłumacz i popularyzator współczesnej włoskiej filozofii politycznej.