Subskrybuj
b. redaktor miesięcznika „Znak”, współautorka książki Świat według Janki.

Wiem, że wiem mniej

W najnowszej książce s. prof. Barbara Chyrowicz zajęła się tematyką silnie obecną w debatach prywatnych i publicznych – rozterkami związanymi z początkiem i kresem życia, kwestią natury (w tym cielesności) ludzkiej i problemem jej modyfikacji.

Nie odnajdziemy jednak w tej publikacji gorących emocji charakterystycznych dla sporów o in vitro, aborcję, eutanazję czy zmianę płci. Autorka w pracy Bioetyka. Anatomia sporu zaprasza czytelników do tego, żeby na dyskusje rozpalające serca i umysły spojrzeć z chłodnym dystansem, a swoje stanowiska argumentować w sposób racjonalny. I choć z tego powodu trudno powiedzieć, że książkę czyta się jednym tchem – śledzenie przedstawionych w niej wnioskowań wymaga niekiedy nie lada skupienia i zrozumienia bardzo subtelnych niuansów – to niewątpliwie ogromną wartością jest tutaj ważenie słów, dbałość o logikę wywodu i, udana moim zdaniem, próba pokazania racjonalności również w stanowiskach innych niż własne.

To ta uczciwość w przedstawianiu rozumowania oponentów sprawia, że np. zwolennik poglądu mówiącego, iż życie człowieka zaczyna się wraz z chwilą powstania z gamet zygoty, musi zmierzyć się z argumentacją adwersarzy opartą na wiedzy biologicznej o początkowych fazach rozwoju zarodka – bo czy można nazwać człowiekiem zygotę, która ma możliwość podziału i rozwinięcia się w dwa lub więcej oddzielnych organizmów (ciąża mnoga monozygotyczna)? Jeśli tak, co dzieje się z tym indywidualnym człowiekiem, kiedy zygota ulega podziałowi? Umiera? Żyje w jednym z wieloraczków? Bioetyka… zmusza do przyznania, że po różnych stronach sporów bioetycznych znajdziemy przy dobrej woli przekonujące argumenty i logiczne interpretacje faktów biologicznych. To niewątpliwie duży atut tej publikacji – łatwo sobie przecież wyobrazić, że gdyby spierający się byli zawsze przekonani o racjonalności stanowiska oponentów, wzrósłby wzajemny szacunek rozmówców, a debaty musiałyby reprezentować poziom znacznie wyższy niż obecnie.

Kolejnym niezwykle cennym elementem jest pojawiające się wielokrotnie na kartach książki przesłanie o tym, że spory bioetyczne nie powinny być przez żadną ze stron sprowadzane do konfliktu wiary i niewiary. Chyrowicz pisze: „Uznanie ich [sporów bioetycznych] za spory natury światopoglądowej jest dużym uproszczeniem. Jeśli bowiem uznajemy je za takowe, to praktycznie rezygnujemy z trudu poszukiwania rozumowych racji dla przyjmowanych stanowisk bądź lekceważymy stanowisko adwersarza jako wykraczające poza możliwość racjonalnego uzasadnienia. (…) To nie znaczy, że wierzący mają w bioetycznych sporach ukrywać, że prócz racjonalnych argumentów podzielają nadto określone przekonania religijne, winni być jednak świadomi, że odwoływanie się do woli Boga jest dla niewierzących czystą abstrakcją” (s. 210–211). Myślę, że taka perspektywa jest ważna nie tylko w dyskusjach między wierzącymi i niewierzącymi, ale także w debatach samych katolików. Kiedy bowiem zamiast siły argumentu pojawia się argument siły (np. straszenie ekskomuniką), prowadzi to jedynie do powiększania się licznych już szeregów wierzących, którzy nie rozumieją wielu stanowisk swojego Kościoła, a co za tym idzie, nie potrafią i nie chcą ich bronić.

*

Staranność chyrowicz w oddawaniu sprawiedliwości osobom reprezentującym odmienne stanowiska, niestety, nie idzie w parze ze starannością w argumentowaniu własnych przekonań. Być może autorka uważa racje, na których je opiera, za tak oczywiste, że niekiedy zbędne wydaje jej się ich ponowne wyłuszczanie. Skutkuje to kilkoma – jak mniemam – skrótami myślowymi, które trudno uznać za przekonujące. Rzuca się to w oczy szczególnie przy omawianiu argumentów podnoszonych w dyskusjach o dopuszczalności przerywania ciąży w przypadku, gdy spodziewamy się, że mające się urodzić dziecko będzie obciążone poważnymi chorobami lub niepełnosprawnością.

„Troszcząc się o życie ciężko chorych dzieci – pisze Chyrowicz – staramy się najpierw – na ile to tylko możliwe – eliminować ich ból, pozbywanie się bólu nie musi być jednak eliminowaniem bólu wraz z cierpiącym. Podkreślam to, ponieważ w zdecydowanej większości krajów prawo zezwala na terminację ciąży, jeśli badania prenatalne wykażą trwałą i nieuleczalną chorobę »dziecka«. Tymczasem śmiertelnie chore dzieci nawet bez naszej »interwencji« żyją krótko” (s. 294). Przyznam, że jest to dla mnie szokująca odpowiedź na pytanie o to, czy nie należałoby oszczędzać życia tym, których egzystencja ma być ograniczona do cierpienia. Trudno zresztą dokładnie określić, co kryje się pod sformułowaniem „ciężko chore dzieci”, bo autorka nie precyzuje, o jakie choroby w tym fragmencie chodzi. Dwie strony wcześniej wspomina jedynie o pęcherzowym oddzielaniu się naskórka, chorobie Taya-Sachsa i zespole Lescha-Nyhana. Dotknięte nimi osoby żyją lub żyły odpowiednio (jak podano w książce) – dwa miesiące, 3–4 lata, kilka lub kilkanaście lat. Czy choćby dwa miesiące cierpienia to wystarczająco „krótko”, żeby zbyć pytanie o dopuszczalność przerywania ciąży w przypadku poważnej choroby płodu? Sama nie jestem przekonana, czy argument o oszczędzaniu cierpienia mającym się narodzić dzieciom nie jest w praktyce nadużywany. Uważam po prostu, że racje przedstawione przez Chyrowicz są w tym przypadku niewystarczające.

Podobne zastrzeżenia budzi akapit, który pozwolę sobie przytoczyć prawie w całości: „Wśród argumentów przemawiających za tym, by nie dopuszczać do urodzenia się nieuleczalnie chorych dzieci, wymienia się również obciążenie, jakie stanowią dla rodziców i społeczności, w której przyjdzie im żyć. (…) ale to nie śmiertelnie chorzy i niepełnosprawni są największym obciążeniem oraz przyczyną największych tragedii i dramatów tego świata. Nigdy nie stają się dyktatorami ani tyranami, nie prześladują i nie gnębią drugich, nie zdradzają, nie snują intryg, nie nienawidzą, nie wyzyskują – są bezradni” (s. 295). Chyrowicz znów zdaje się zbywać oponentów konstatacją nieodpowiadającą wcale na ich argumenty. Pisanie, że śmiertelnie chorzy i niepełnosprawni są bezradni (swoją drogą, chyba znów wkradło się tu uproszczenie) i nie zostają dyktatorami, w żaden sposób nie odnosi się do stwierdzenia, że są obciążeniem. Można się spierać, czy „obciążenie” to słowo, którego należy używać w tym kontekście, ale niewątpliwie dzieci ciężko chore potrzebują od opiekunów więcej uwagi, cierpliwości, pracy, ich leczenie jest droższe i bardziej czasochłonne. Nie twierdzę, że są to racje wystarczające, żeby nie pozwalać na narodziny dzieci chorych, ale spostrzeżenie Chyrowicz, że takie dziecko nie będzie snuć intryg, niestety, niewiele wnosi.

Wydaje się, że przytoczone fragmenty wynikają ze zbyt skrótowego omówienia stanowisk – argumentacja jest po prostu zdawkowa. Niestety, trudno było mi czasami zrozumieć też argumentację w tych miejscach, w których była ona bardziej rozwinięta.

W pewnym momencie pada w książce bardzo ciekawe pytanie – czym, z moralnego punktu…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Białoruś. Pobyt tymczasowy