Historia była prosta, w pewnym momencie dzieliła się na dwie, by potem zejść się na powrót w dyskretnym happy endzie. Wracałam z dwutygodniowego roboczego pobytu w drugich co do wysokości a pierwszych co do urody polskich górach, gdzie w nieturystycznej miejscowości zamieszkałej przez zżytą społeczność przyjaciel – jak już nie raz wcześniej – udostępnił mi na potrzeby nadgonienia zaległości twórczych ze swej natury nienadganialnych dom tak zwany dla gości. I zamiast, jak to zazwyczaj bywało, trzymać straż w domu tak zwanym dla gospodarzy, zostawił mnie w tym podwójnym obejściu samą, dając tym dowód zaufania, o który nie prosiłam. Do najbliższych sąsiadów w kierunku południowego zachodu trzeba się było przeprawić przez potok, pozostałe zaś kierunki porastał tysiącletni bor. Emblematem samotności owocującej życiowymi decyzjami będzie już zawsze dla mnie Wielka Niedźwiedzica, która w bezsenne noce przeskakuje z żywością nieodżałowanego Knuta przez kolejne segmenty tabeli, na jakie podzieliła szybę starodawna okienna rama. Astronomowie mówią, że najdalej do końca pierwszego kwartału tego roku będziemy sobie mogli obejrzeć na niebie supernową Refsdal: pamiętając, że supernowa oznacza śmierć gwiazdy i narodziny czarnej dziury, wstrzymam się z patrzeniem na gwiazdy aż do tej horrendalnej chwili, w której, pomszczona za noce z Niedźwiedzicą, będę mogła odtworzyć mój normalny stosunek do gwiaździstego nieba („fajne, smutne, fajne”).
Wróćmy do powrotu jednak, który jest osią tej historii: odbywał się on dwuetapowo. Umęczona sobą, gwiazdami w oknie sypialni i ścianą lasu w oknie pokoju, do pracy postanowiłam na dwa ostatnie dni przenieść się do położonego na końcu wsi hotelu, wielkiego jak w Lśnieniu, typu ski and spa resort, gwarnego, ludnego, ogrzewanego w trybie boskiej interwencji, a nie ludzką ręką ładowanej kozy. Coś mnie tknęło, gdy na parkingu zobaczyłam jeden samochód. Zainstalowawszy się w wyposażonym w TVN24 pokoju, wyszłam się przejść, nim zrobi się całkiem ciemno. Na końcu korytarza, który w narastającej ciszy pokonywałam dobre półtorej godziny naszego czasu, spotkałam pojedynczy personel sprzątający….