Subskrybuj
Germanista, tłumacz, publicysta. Autor bloga "Brulion bez linii" - www.brulionbezlinii.net

Odcięta dłoń Leona, czyli o całowaniu papieża

„Wiek świateł” sprawia, że całowanie papieskiego pantofla powoli wychodzi z mody. Gdy w 1782 r. Pius VI przybywa z wizytą do Wiednia, cesarz Józef II wymienia z nim już tylko braterski pocałunek.

Podszedłszy, rzuciła mu się do nóg. Podniósł
ją ruchem niemal zbyt gwałtownym jak na
swą godność, nie pozwoliwszy, by ucałowała
naznaczony krzyżem safianowy pantofel; zamiast
tego podsunął jej pierścień do pocałowania.
Tomasz Mann, Wybraniec
(tłum. Anna M. Linke)

 

Z monarszego przepychu papiestwa zostało niewiele. Paweł VI odłożył tiarę, a Jan Paweł II zrezygnował z pluralis maiestaticus i sedia gestatoria, którą – jak chce anegdota – jego sekretarz zamierzał sprzedać pewnemu polskiemu biskupowi w przekonaniu, że jemu jeszcze może się przydać. Wreszcie Franciszek odmówił założenia słynnych czerwonych pantofli, pozostając w znoszonych „prywatnych” butach. Wciąż kultywowany jest natomiast – a może lepiej: bywa – jeden spektakularny relikt imperialnej świetności dworu papieskiego: pocałunek składany na Pierścieniu Rybaka przez niektórych gości papieża. Ten hołdowniczy gest wywołuje dziś niemałe kontrowersje. I wrażenie, że choć papiestwo uznać trzeba za królestwo jak najbardziej „z tego świata”, przecież jest to zarazem królestwo z całkiem innej epoki.

 

Krzyż z pantoflem

29 grudnia 1580 r. papież Grzegorz XIII udzielił audiencji Michelowi de Montaigne. Sekretarz tego ostatniego tak opisał ceremoniał powitania gości przez pontifeksa: „Gdy panowie przybyli (…), poseł, który ich przedstawił, przyklęknął na jedno kolano i odsunął szatę papieża nad jego prawą stopą w taki sposób, że ukazał się czerwony pantofel z białym krzyżem. Klęczący przesuwali się teraz ku stopie papieża i pochylali się ku ziemi, by ją ucałować. Pan de Montaigne powiedział później, że papież unosił przy tym nieco jej koniuszek”.

Taki pocałunek był wówczas wręcz oczywistym elementem ceremoniału powitania na dworze głowy Kościoła. Monarchowie całują zazwyczaj prawą rękę papieża, kardynałowie kolano, ale nie zawsze przestrzega się tego rozróżnienia bardzo ściśle – nad papieskim pantoflem pochylają się uniżenie i koronowane głowy. Rzadko się zdarza, by ktoś, jak książę wirtemberski Karol Eugeniusz, ośmielił się odmówić tego hołdu. Zuchwałość księcia szerokim echem odbiła się w Europie i niezmiernie spodobała Wolterowi. Żydów dopuszczanych przed oblicze papieża nie uznaje się za godnych złożenia pocałunku na jego obuwiu i wolno im jedynie całować podłogę w miejscach uświęconych dotknięciem papieskiej stopy – rytuał bliski opisowi obyczajów panujących na dworze władcy królestwa Luggnaggu w Podróżach Guliwera Jonathana Swifta, gdzie audiencja u monarchy nosi oficjalną nazwę „lizania prochu z podnóżka Jego Królewskiej Mości”.

Teologowie mają pewien kłopot z usprawiedliwieniem rytuału praktykowanego już co prawda od VIII w., ale przecież kojarzącego się nieprzyjemnie ze wschodnimi satrapami i jakby nie bardzo przystojącego „słudze sług bożych”, od którego oczekiwano by raczej świadectwa ewangelicznej pokory. Jose Esteve, biskup Viesty, a potem Orihueli, poświęca całowaniu papieskiej stopy nawet obszerny traktat zatytułowany De osculatione pedum Romani Pontificis, wydany w Rzymie w roku 1588. Rzymscy uczeni przywołują niekiedy przykład Marii Magdaleny, która pocałunkiem takim uczciła Jezusa – czyż podobny nie należy się zatem i jego namiestnikowi? Zresztą całuje się przecież nie stopę papieża, lecz krzyż wyhaftowany na pantoflu. Niektórzy goście głowy Kościoła próbują za pomocą podobnych argumentów ratować resztki godności. Przyklękając w 1177 r. w Wenecji przed Aleksandrem III, cesarz Fryderyk zaznaczył: „To nie dla ciebie przeznaczone, lecz dla Piotra”. Aleksander natychmiast go jednak poprawił: „Dla mnie i dla Piotra”. Papieże chętnie zresztą wykorzystują tę ceremonię, by przypomnieć monarchom świeckim, kto naprawdę rozdaje karty w chrześcijańskiej Europie. Krótko po koronacji syna Fryderyka, Henryka VI, w kwietniu 1191 r. gdy świeżo upieczony cesarz złożył pocałunek na pantoflu Celestyna III, papież strącił mu koronę z głowy na znak, że w każdej chwili może mu ją odebrać. Zdarzały się podczas składania owego hołdu nieprzewidziane incydenty, rzucające nań światło nieco dwuznaczne.

Richard Baker podaje w Historia Angliae, że podczas wizyty posłów króla Henryka VIII gości ubiegł niespodziewanie pies papieża, który polizał stopy swego pana, co sprawiło, że audiencję trzeba było przełożyć.

Prawie 200 lat po Montaigne’u, 25 września 1775 r., zaszczytu audiencji u papieża dostąpił inny wielki pisarz i myśliciel, Gotthold Ephraim Lessing. O jej przebiegu wiadomo niewiele, bo jej uczestnicy nie pozostawili żadnych o niej wspomnień. Złośliwcy twierdzili jednak potem, że doszło w jej toku do zabawnego – na swój sposób – zdarzenia: jak opisała to, niestety dopiero 30 lat później, „Zeitung für die elegante Welt”, Lessing, „przyjmując jak najpokorniejszą pozę, zbliżył się do Ojca Świętego, pochylił się przed nim z najwyższą czcią i rzeczywiście chciał już ucałować jego stopy, gdy ten cofnął je z uśmiechem, kładąc kres tej trochę komicznej, trochę żenującej scenie”. Jeśli bowiem ta relacja odpowiada prawdzie, to uniżoność taka rzeczywiście nie przynosiłaby wielkiej chwały jednej z najbardziej znanych ikon europejskiego oświecenia, człowiekowi, który wkrótce zasłynie jako uczestnik najgłośniejszej w XVIII-wiecznych Niemczech polemiki religijnej, autorowi sceptycznego Natana Mędrca i jawnie już wolnomyślicielskiego Wychowania rodzaju ludzkiego. Taki przebieg wydarzeń nie jest jednak całkiem nieprawdopodobny, bo podczas audiencji złożenia pocałunku na pantoflu głowy Kościoła wymagano zwykle także od protestantów. Co prawda, Lessing jest już wówczas w Niemczech jednym z największych autorytetów intelektualnych i moralnych, ale jego sytuacja życiowa bynajmniej nie odzwierciedla tego nieformalnego statusu. Pozostaje jedynie bibliotekarzem księcia Brunszwiku, a do Italii jedzie właściwie wbrew własnej woli jako towarzysz jednego z synów swojego chlebodawcy. To nie jest zapewne okoliczność, która sprzyjałaby manifestowaniu niezależności duchowej i intelektualnej przez wyzywające kontestowanie papieskiego ceremoniału dworskiego, akceptowanego zapewne w jakiejś mierze i przez młodego feudała.

Jednak „wiek świateł” sprawia, że całowanie papieskiego pantofla powoli wychodzi z mody. Gdy w 1782 r. Pius VI przybywa z wizytą do Wiednia, cesarz Józef II wymienia z nim już tylko braterski pocałunek. Papieża czeka zresztą nad modrym Dunajem jeszcze parę przykrych niespodzianek. Kanclerza Kaunitza nie sposób namówić na złożenie wizyty w rezydencji dostojnego gościa, który – w rzeczywistości jest w stolicy cesarstwa petentem – musi sam pofatygować się do dumnego dostojnika pod pozorem obejrzenia jego sławnej kolekcji malarstwa. Na tym nie koniec upokorzeń. Gdy podaje kanclerzowi dłoń do pocałowania, ten chwyta ją krzepko, obraca bez wielkich ceregieli o 90 stopni i potrząsa z udawaną serdecznością. Potem, podczas zwiedzania, chcąc jakoby zwrócić uwagę Piusa na rozmaite szczegóły zgromadzonych przez siebie arcydzieł, bezceremonialnie popycha i przestawia głowę Kościoła z miejsca na miejsce. Papież opuszcza jego pałac „kompletnie osłupiały” (tutto stupefatto).

Ale tak dzieje się tylko na najwyższych szczytach władzy, która zasadniczo nie przepada za duchownymi ani nie darzy ich wielką estymą. Wiedeńska arystokracja tłumnie spieszy do rezydencji Piusa, gdzie w przedpokoju wystawiono papieski pantofel, a goście całują go z dawną czcią. Kto z jakichś przyczyn nie jest w stanie sam udać się na salony papieskie, może sobie zażyczyć, by pantofel przyniesiono mu do domu, co z wdziękiem opisał w powieści Wiedeń i Rzym zapomniany już dziś austriacki pisarz Eduard Breier: „Na złotej misie leżał papieski pantofel, który arystokraci, przypadkowo w tym czasie niedomagający, kazali sobie, by oddać mu cześć, przysyłać do domu (…). Gdy księżna uklękła, służba musiała oczywiście pójść za jej przykładem. Odmówiwszy modlitwę, pani Ewa podniosła się, zbliżyła do pantofla, padła przed nim na kolana i trzykrotnie go ucałowała”.

Całowanie papieskiego pantofla przez kobiety było mimo wszystko bezpieczniejsze niż składanie przez nie pocałunków na papieskiej dłoni. Jakub de Voragine opowiada w Złotej legendzie, jak to Leon I Wielki (ok. 400–461) rozdawał pewnej Wielkanocy komunię św., gdy jakaś ponętna niewiasta znienacka ucałowała jego rękę. Wówczas to papież asceta poczuł niespodziewanie przypływ grzesznych żądz, o których mniemał, że dawno go opuściły. Nie zastanawiając się długo, odrąbał sobie dłoń pokalaną owym pocałunkiem. Okazało się jednak, że okaleczony w ten sposób, nie może sprawować swych zwykłych obowiązków, co spowodowało groźne szemranie wśród ludu. Powierzył się tedy opiece Najświętszej Panienki, która sprawiła, że obcięta kończyna cudownie odrosła. Jak głosi inna legenda, to wówczas właśnie papież, nauczony tym smutnym doświadczeniem, by uniknąć podobnych sytuacji, wprowadził obyczaj całowania swojego pantofla.

Wśród protestantów ów nieledwie boski kult papieża wywoływał niekiedy dość uszczypliwe komentarze. Niemiecki fizyk i filozof Georg Christoph Lichtenberg zapisał w Brulionach: „Bardzo chciałbym wiedzieć, co by się stało, gdyby cała Europa stała się kiedyś prawdziwie arcykatolicka, gdyby nie było w niej protestantów, podśmiechujących się ukradkiem i pobudzających roztropne głowy do myślenia, i gdyby żaden klecha nie musiał już niczego się wstydzić. Gdyby wszystko dalej szło takim trybem…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dusza w lepszej formie