Coraz mocniej unaocznia się kryzys rzeczywistości społeczno-gospodarczej zbudowanej na prymacie i pod dyktando wielkiego kapitału. Świat, w którym bogaci są jeszcze bogatsi, a biedni coraz biedniejsi, nie był jedynie PRL-owską propagandową kalką. Współczesny kapitalizm, w którym stopniowo rozmontowano wiele mechanizmów kontroli społecznej i politycznej nad krezusami kapitału, przybiera niebezpieczne antyspołeczne formy. Czego w takiej sytuacji należałoby oczekiwać od społecznie zaangażowanych intelektualistów? Choćby zdolności połączenia wnikliwej diagnozy z wizją naprawy sytuacji, stworzenia w opisie popularnonaukowym mapy strukturalnych i systemowych problemów współczesności. To znaczne wyzwanie, nieliczni mogą się go podjąć i mu sprostać. Na szczęście mamy po swojej stronie Josepha E. Stiglitza, ekonomistę, laureata Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii, wykładowcę makroekonomii na Columbia University.
Panekonomiczna logika
Cena nierówności to gorzka opowieść o współczesnych realiach Stanów Zjednoczonych. Autor wspomina swoje spotkania z uboższymi studentami w Waszyngtonie, którzy skarżyli mu się, że najprawdopodobniej w przyszłości nie dadzą rady spłacać kredytów studenckich: „byli przerażeni wielkością swoich obecnych długów, ponieważ wiedzieli, że ich umorzenie będzie praktycznie niemożliwe, nawet gdyby znaleźli się w beznadziejnej sytuacji materialnej”. Na marginesie: jeszcze gorsza jest sytuacja osób młodych (między 25. a 34. rokiem życia), które ukończyły w USA tylko szkołę średnią. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza ich dochody spadły o ponad jedną czwartą.
Kredyty studenckie w Stanach Zjednoczonych stanowią newralgiczny element nie tyle wąsko rozumianego systemu edukacji, ile szerzej – awansu społecznego i kariery zawodowej młodego pokolenia. Ten sposób finansowania edukacji bieżącej i nieledwie własnej bliższej i dalszej przyszłości determinuje realne perspektywy życiowe młodych Amerykanów, dlatego Stiglitz rozpoczyna od tego wątku. Co ważne, od opisu subiektywnych odczuć swoich rozmówców z miejsca przechodzi do twardej statystyki.
Jak podaje, w latach 2005–2010 czesne i opłaty za naukę w amerykańskich wyższych szkołach publicznych i na uniwersytetach wzrosły średnio o jedną szóstą. W mniej więcej tym samym czasie mediana majątku średniozamożnych obywateli USA spadła o 40%. Ale na tym nie koniec złych wieści (poniekąd także dla świata): tylko od 2010 do 2011 r. realna płaca mężczyzn obniżyła się w USA o 1%, a kobiet aż o 3%.
Praca północnoamerykańskiego ekonomisty przynosi wnikliwe teoretyczne opracowanie tematów, które niedawno, w formie reportażowej i publicystycznej, pojawiły się w polu widzenia także polskich czytelników. Mówię o książkach tej miary co Detroit. Sekcja zwłok Ameryki Charliego LeDuffa i Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny George’a Packera. We wszystkich trzech przypadkach clou problemu jest to samo: amerykański sen zamienia się w amerykański senny koszmar, coraz większa liczba ludzi, którzy niegdyś zasilali klasę średnią, spada w dół drabiny społecznej, a wzrost nierówności majątkowych i kulturowych nie tylko wycieńcza amerykańską klasę średnią, ale niszczy, i tak dość kruche, oddolne, społeczne, demokratyczne mechanizmy kontroli nad polityką i biznesem. Panekonomiczna logika, oparta już nie tyle na prymacie, ile dyktacie rynku nad innymi sferami ludzkiego życia, uprzywilejowuje coraz mniej licznych kosztem „wykluczenia z dobrobytu” coraz większego grona obywateli, pracowników, konsumentów.
Noblista nie pozostawia żadnych złudzeń swoim czytelnikom, zauważając, że na początku XXI w., w czasie największego rozkwitu „niczym nieskrępowanego kapitalizmu”, nierówności pogłębiane wzrostem bogactwa najbogatszych osiągnęły rozmiary nieznane dotąd badaczom historii gospodarczej.
Na tym nie koniec problemów: „nie dość, że pieniądze spływające do najbogatszych nie są przeznaczane na tworzenie nowych miejsc pracy i innowacje, to jeszcze części z nich używa się do psucia polityki”. W jaki sposób? Choćby za sprawą niekontrolowanych wydatków w ramach lobbingu politycznego i instytucjonalnego. Amerykańska polityka ściśle przenika się z legislacją: kupuje się „całe prawa, za pomocą datków na kampanie wyborcze i lobbing. (…) W stanach, gdzie są wybierani sędziowie, pieniądz nawiązuje ściślejsze związki ze »sprawiedliwością«. Bogaci używają dotacji na kampanie jako narzędzia wybierania sędziów rozumiejących potrzeby grup interesów”. Słabsi i biedniejsi w takiej sytuacji głosu nie mają – ich wpływ na rzeczywistość nazywaną demokratyczną okazuje się więcej niż iluzoryczny.
Utrudniony awans pucybutaA może należy pogodzić się z rzeczywistością urządzoną wedle reguł narzuconych przez krezusów? Może rosnące bogacenie się najbogatszych i stopniowa pauperyzacja biedniejszych to proces naturalny? Zdaniem Stiglitza nie istnieją żadne obiektywne racje, które usprawiedliwiałyby taki pogląd czy wręcz sankcjonowałyby go. Równocześnie problemem nie są w ścisłym sensie mechanizmy rynkowe, które należałoby odrzucić w całości np. w imię skrajnego etatystycznego centralizmu. (Wspominam o tym, ponieważ w rodzimej debacie publicznej krytyka patologii tzw. realnego liberalizmu i promocja nawet umiarkowanego etatyzmu spotyka się z kontrargumentem w rodzaju: „PRL się nie sprawdził”. Tak jakby można było przyjąć kurs tylko na Scyllę lub Charybdę). Prawdziwym wyzwaniem jest nowy konsensus wokół spraw społeczno-gospodarczych, którego potrzeba z przyczyn zarówno etycznych (owszem, polityka i ekonomia nie istnieją „poza dobrem i złem”), jak i pragmatycznych. Nie może prawidłowo funkcjonować społeczeństwo i gospodarka w kraju, jaki „nie zapewnia znacznej części populacji wykształcenia, które pozwoliłoby jej zarobić na godne życie”, w jakim pracodawcy nie płacą pracownikom godziwych pensji. Etyczna krytyka panekonomizmu sprzyjającego najbogatszym wiąże się z refleksją nad stopniowym zamieraniem dobrego państwa. Amerykańska szkoła zna uświęcony obyczajem rytuał, wedle którego na początku każdego szkolnego dnia uczniowie ślubują wierność fladze Stanów Zjednoczonych, symbolizującej republikę. Przypomnijmy część tej…