Subskrybuj
Dziennikarz i publicysta portalu Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta thinkzina Nowa Konfederacja; pisze dla Polskiego Radia 24, TVP.INFO, „Gazety Polskiej", kwartalnika „Fronda LUX" i tygodnika opinii TYGODNIK.TVP.

Kapitalizm i (nie)odpowiedzialność

Co się dzieje, gdy nieliczna uprzywilejowana elita, czyli słynny już 1%, przerzuca cały ciężar negatywnych konsekwencji rosnącego rozwarstwienia na barki pozostałych grup społecznych? A wszystko to w myśl jak najbardziej wolnorynkowych haseł, których wcielenie rzekomo wciąż czyni możliwym spełnienie choćby mitu kariery „od pucybuta do milionera”.

Coraz mocniej unaocznia się kryzys rzeczywistości społeczno-gospodarczej zbudowanej na prymacie i pod dyktando wielkiego kapitału. Świat, w którym bogaci są jeszcze bogatsi, a biedni coraz biedniejsi, nie był jedynie PRL-owską propagandową kalką. Współczesny kapitalizm, w którym stopniowo rozmontowano wiele mechanizmów kontroli społecznej i politycznej nad krezusami kapitału, przybiera niebezpieczne antyspołeczne formy. Czego w takiej sytuacji należałoby oczekiwać od społecznie zaangażowanych intelektualistów? Choćby zdolności połączenia wnikliwej diagnozy z wizją naprawy sytuacji, stworzenia w opisie popularnonaukowym mapy strukturalnych i systemowych problemów współczesności. To znaczne wyzwanie, nieliczni mogą się go podjąć i mu sprostać. Na szczęście mamy po swojej stronie Josepha E. Stiglitza, ekonomistę, laureata Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii, wykładowcę makroekonomii na Columbia University.

 

Panekonomiczna logika

Cena nierówności to gorzka opowieść o współczesnych realiach Stanów Zjednoczonych. Autor wspomina swoje spotkania z uboższymi studentami w Waszyngtonie, którzy skarżyli mu się, że najprawdopodobniej w przyszłości nie dadzą rady spłacać kredytów studenckich: „byli przerażeni wielkością swoich obecnych długów, ponieważ wiedzieli, że ich umorzenie będzie praktycznie niemożliwe, nawet gdyby znaleźli się w beznadziejnej sytuacji materialnej”. Na marginesie: jeszcze gorsza jest sytuacja osób młodych (między 25. a 34. rokiem życia), które ukończyły w USA tylko szkołę średnią. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza ich dochody spadły o ponad jedną czwartą.

Kredyty studenckie w Stanach Zjednoczonych stanowią newralgiczny element nie tyle wąsko rozumianego systemu edukacji, ile szerzej – awansu społecznego i kariery zawodowej młodego pokolenia. Ten sposób finansowania edukacji bieżącej i nieledwie własnej bliższej i dalszej przyszłości determinuje realne perspektywy życiowe młodych Amerykanów, dlatego Stiglitz rozpoczyna od tego wątku. Co ważne, od opisu subiektywnych odczuć swoich rozmówców z miejsca przechodzi do twardej statystyki.

Jak podaje, w latach 2005–2010 czesne i opłaty za naukę w amerykańskich wyższych szkołach publicznych i na uniwersytetach wzrosły średnio o jedną szóstą. W mniej więcej tym samym czasie mediana majątku średniozamożnych obywateli USA spadła o 40%. Ale na tym nie koniec złych wieści (poniekąd także dla świata): tylko od 2010 do 2011 r. realna płaca mężczyzn obniżyła się w USA o 1%, a kobiet aż o 3%.

Praca północnoamerykańskiego ekonomisty przynosi wnikliwe teoretyczne opracowanie tematów, które niedawno, w formie reportażowej i publicystycznej, pojawiły się w polu widzenia także polskich czytelników. Mówię o książkach tej miary co Detroit. Sekcja zwłok Ameryki Charliego LeDuffa i Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny George’a Packera. We wszystkich trzech przypadkach clou problemu jest to samo: amerykański sen zamienia się w amerykański senny koszmar, coraz większa liczba ludzi, którzy niegdyś zasilali klasę średnią, spada w dół drabiny społecznej, a wzrost nierówności majątkowych i kulturowych nie tylko wycieńcza amerykańską klasę średnią, ale niszczy, i tak dość kruche, oddolne, społeczne, demokratyczne mechanizmy kontroli nad polityką i biznesem. Panekonomiczna logika, oparta już nie tyle na prymacie, ile dyktacie rynku nad innymi sferami ludzkiego życia, uprzywilejowuje coraz mniej licznych kosztem „wykluczenia z dobrobytu” coraz większego grona obywateli, pracowników, konsumentów.

Noblista nie pozostawia żadnych złudzeń swoim czytelnikom, zauważając, że na początku XXI w., w czasie największego rozkwitu „niczym nieskrępowanego kapitalizmu”, nierówności pogłębiane wzrostem bogactwa najbogatszych osiągnęły rozmiary nieznane dotąd badaczom historii gospodarczej.

Na tym nie koniec problemów: „nie dość, że pieniądze spływające do najbogatszych nie są przeznaczane na tworzenie nowych miejsc pracy i innowacje, to jeszcze części z nich używa się do psucia polityki”. W jaki sposób? Choćby za sprawą niekontrolowanych wydatków w ramach lobbingu politycznego i instytucjonalnego. Amerykańska polityka ściśle przenika się z legislacją: kupuje się „całe prawa, za pomocą datków na kampanie wyborcze i lobbing. (…) W stanach, gdzie są wybierani sędziowie, pieniądz nawiązuje ściślejsze związki ze »sprawiedliwością«. Bogaci używają dotacji na kampanie jako narzędzia wybierania sędziów rozumiejących potrzeby grup interesów”. Słabsi i biedniejsi w takiej sytuacji głosu nie mają – ich wpływ na rzeczywistość nazywaną demokratyczną okazuje się więcej niż iluzoryczny.

 

Utrudniony awans pucybutaA może należy pogodzić się z rzeczywistością urządzoną wedle reguł narzuconych przez krezusów? Może rosnące bogacenie się najbogatszych i stopniowa pauperyzacja biedniejszych to proces naturalny? Zdaniem Stiglitza nie istnieją żadne obiektywne racje, które usprawiedliwiałyby taki pogląd czy wręcz sankcjonowałyby go. Równocześnie problemem nie są w ścisłym sensie mechanizmy rynkowe, które należałoby odrzucić w całości np. w imię skrajnego etatystycznego centralizmu. (Wspominam o tym, ponieważ w rodzimej debacie publicznej krytyka patologii tzw. realnego liberalizmu i promocja nawet umiarkowanego etatyzmu spotyka się z kontrargumentem w rodzaju: „PRL się nie sprawdził”. Tak jakby można było przyjąć kurs tylko na Scyllę lub Charybdę). Prawdziwym wyzwaniem jest nowy konsensus wokół spraw społeczno-gospodarczych, którego potrzeba z przyczyn zarówno etycznych (owszem, polityka i ekonomia nie istnieją „poza dobrem i złem”), jak i pragmatycznych. Nie może prawidłowo funkcjonować społeczeństwo i gospodarka w kraju, jaki „nie zapewnia znacznej części populacji wykształcenia, które pozwoliłoby jej zarobić na godne życie”, w jakim pracodawcy nie płacą pracownikom godziwych pensji. Etyczna krytyka panekonomizmu sprzyjającego najbogatszym wiąże się z refleksją nad stopniowym zamieraniem dobrego państwa. Amerykańska szkoła zna uświęcony obyczajem rytuał, wedle którego na początku każdego szkolnego dnia uczniowie ślubują wierność fladze Stanów Zjednoczonych, symbolizującej republikę. Przypomnijmy część tej…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czarnobyl – eksplozja wolności