Subskrybuj
Historyk filozofii. Adiunkt na Wydziale Nauk Humanistycznych UKSW.

Czego Hans Blumenberg może nauczyć teologa o Kościele

W 2014 r. Uwe Wolff opublikował otrzymany od Hansa Blumenberga list, który, napisany w 1996 r., kilka tygodni przed śmiercią autora, można prawdopodobnie uznać za jego „ostatnie słowo” . Pięć gęsto zapisanych stronic maszynopisu zasługuje z kilku względów na uwagę.

Adresat listu, ewangelicki teolog i pisarz Uwe Wolff, twierdzi, że rzucił on nowe światło na katolickie korzenie Blumenberga, który urodził się w rodzinie katolickiej i przez pewien czas studiował teologię z zamiarem zostania duchownym[1]. Bez wątpienia list dowodzi teologicznych kompetencji Blumenberga, co w jakiejś mierze koryguje obiegowy wizerunek tego filozofa skoncentrowanego nade wszystko na obronie nowoczesności, problemie genezy nowożytnej kosmologii oraz techniki. Dla znających pisarstwo niemieckiego myśliciela, zwłaszcza Matthäuspassion[2] ( Pasja wedug Mateusza), jego teologiczne zainteresowania nie mogły być jednak żadnym zaskoczeniem.

Większe zdziwienie wywołuje opinia Blumenberga o możliwości wiary w obecnych czasach, nawet w najbardziej tradycyjne z katolickich dogmatów. Przekonanie swe Blumenberg łączył z dezaprobatą wobec wszelkich prób „uaktualnienia” nauki chrześcijańskiej, wyrastających z chęci schlebiania „duchowi czasu”. Słowa krytyki kierował on zarówno pod adresem teologów pokroju Uty Ranke-Heinemenn, jak i II Soboru Watykańskiego, „zgubnego kongresu ważniaków”. W innym miejscu pisał on o tym następująco: „Jak można przez dwa tysiąclecia lub choćby parę stuleci, a nawet jedynie parę lat, nauczać czegoś, roszcząc sobie pretensje do działania wspartego boskim autorytetem, a potem nagle przestać uważać to za prawdę, gdyż na przykład zmienił się pogląd na temat dziewictwa? Uważam to za strasznie głupie (…). Bogowie przychodzą po prostu na świat w cudowny sposób – i kto nie chce wierzyć, powinien to zostawić, a nie podawać się za »krytycznego« stróża i opiekuna innych. Istnieje coś takiego jak szacunek wobec tego, co dla innych święte, i winni go okazywać także ci, którzy nie są w stanie tej wiary podzielać”[3].

Choć budzący zdumienie, pogląd ten jest jednak dobrze osadzony w filozoficznej wizji Blumenberga, który przeciw oświeceniowej ambicji „doprowadzenia mitu do końca” wielokrotnie – najpełniej w dziele Praca nad mitem – przekonywał o nieusuwalności mitu z obszaru życia nowoczesnego, z uwagi na jego antropologiczną nieodzowność. Człowiek zawsze będzie potrzebował metafor, obrazów i narracji, które pozwolą mu udzielić przynajmniej cząstkowych wyjaśnień na te z fundamentalnych pytań, na które nigdy nie będzie odpowiedzi ścisłej i pełnej. Blumenbergowska apologia mitu wielokrotnie przybierała formę polemiki z projektem demitologizacji chrześcijaństwa zainicjowanym przez Rudolfa Bultmanna[4].

Jednak do prawdziwie zaskakującej można zaliczyć w liście deklarację, że – pomimo utraty wiary w kościelne dogmaty – Blumenberg zachował miłość do Kościoła[5].

Powstaje intrygujące pytanie, skąd resztki miłości do Kościoła u kogoś, kto nie wierzył w nic z tego, czego Kościół naucza. Sam filozof tłumaczył swą postawę wdzięcznością za uratowanie życia.

Gdy przez nazistów uznany został za „pół-Żyda” i zamknęła się przed nim droga do dalszej edukacji, to Kościół, a konkretnie: jezuici z Sankt Georgen, przez pewien czas umożliwił mu studiowanie filozofii, znacząco zwiększając szanse na przeżycie wojny.

Tę zaskakującą deklarację, popartą sumiennym płaceniem do końca życia podatku kościelnego, można również intepretować w kontekście filozoficznego stanowiska Blumenberga – sceptycyzmu. Paradoks sceptycyzmu polega na tym, że radykalny krytycyzm podważający wszelkie pewniki i dogmaty idzie w nim częstokroć w parze ze społecznym konformizmem[6]. Jak powiada jeden z komentatorów: „Pyrronizm jest w swym spojrzeniu na tradycje i konwencje zapiekle konserwatywny”[7]. Sceptyk unika podejmowania radykalnych decyzji, do których nieodzowne jest przeświadczenie o możliwości poznania zdecydowanej przewagi alternatywnego rozwiązania. I odwrotnie, wszelka postawa rewolucyjna zakłada obcy sceptycyzmowi epistemologiczny absolutyzm[8].

 

***

Oba te wyjaśnienia – o wdzięczności oraz sceptycyzmie – chciałbym uzupełnić dodatkowym wytłumaczeniem biorącym pod uwagę to, co w liście do niemieckiego teologa Hans Blumenberg pisze na temat samego Kościoła, a zwłaszcza jego relacji do ojczyzny i narodu. Zacząć należy jednak od przytoczenia stosownego fragmentu samego listu:

„Przy powtórnym przejrzeniu Pańskiego dossier ponownie przeczytałem Pański [reportaż] W świetle i wśród lodów, dostrzegając tym razem coś, co umknęło mi przy pierwszej, depresyjnej lekturze (…). Jednak najpierw muszę powiedzieć, które zdanie dotknęło mnie – najgłębiej (to może nie jest najlepsze sformułowanie): chodzi o zdanie końcowe, opisujące powrót do domu: »Jaką łaską jest posiadanie ojczyzny«. To słowa pokolenia, które mnie nie rozumie i którego ja nie rozumiem. Nie dlatego że wyczuwam w tym »coś prawicowego«. Ten kraj pozostał dla mnie czymś napawającym grozą, chociaż tylko z rzadka go opuszczałem, a i nawet wtedy opuszczać go nie chciałem, gdy mój ojciec zaproponował mi sfinansowanie studiów w Rzymie, a nawet do nich zachęcał (…). Byłem domatorem; wystarczała mi wyobraźnia, natomiast wizje lokalne zawsze mnie rozczarowywały, zwłaszcza w Egipcie, który był mi bardzo bliski dzięki takim postaciom, jak [James] Breasted, [Joachim] Jeremias, a przede wszystkim Józef [Tomasza Manna]; gdy przemierzałem samochodem dolinę Nilu i pustynię pomiędzy Gizą, Sakkarą, Asjutem, Luksorem i Hurghadą, zaofiarował mi jedynie szaroczerwonawe pustkowie. Gdzieś napisałem: »Nigdy nie powinienem był jechać do Egiptu, najdalej w Brugii (którą kocham jak Lubekę) powinienem był zawrócić«. (…) Tyle a propos ostatniego zdania [reportażu]. Wiąże się ono ściśle z tym, co Pan pisał w liście z 20 października 1995 r. o moim pokoleniu i pokoleniu Pańskiego Ojca. Tak jak Pana Ojciec, i ja utraciłem wiarę, ale nie miłość do Kościoła. Do Kościoła, a nie do tego kraju, odnosi się zdanie, które zacytowałem (»Jaką łaską jest posiadanie ojczyzny«). Dotyczyło okresu do ukończenia przeze mnie pierwszego semestru w Saint Georgen, gdzie jezuici pod immatrykulacją nr N002 udzielili mi schronienia i przez prowadzone po łacinie studium filozofii nauczyli dyscypliny. Moja matka mogła przeżyć Hitlera w katolickim szpitalu, podczas gdy trzy jej siostry zostały zamordowane, wśród nich moja ulubiona ciotka, u której właśnie znalazłem książki Fridjofa Nansena, czytane w nigdy nieogrzewanym »pokoju pana domu« (nie było w tym domu żadnego pana), leżąc na podłodze i drżąc – nie z zimna, lecz z ekscytacji. 12 lat później nie było już pokoju, ciotki ani Nansena. Moja matka zmarła pół roku po upadku Hitlera; przy całym nieszczęściu związanym z jej umieraniem było to niczym tryumf. Parę dni później w Rzymie hrabia von Galen został wyniesiony do godności kardynalskiej – człowiek, którego święceń biskupich byłem świadkiem w 1933 r. (wtedy odwiedziłem po raz pierwszy Münster), a którego kazania stały się sekretnym wiatykiem dla tego kraju (chociaż on sam, tak jak reszta westfalskiej arystokracji, z pewnością nie był przyjacielem Żydów i nigdy w kazaniu nie powiedział niczego w obronie prześladowanych »handlarzy bydłem«, którzy tę arystokrację doprowadzili do ruiny). Gdy Pius XII okrywał go purpurą, wyszeptał do ucha tego barczystego mężczyzny: »Boże, chroń Niemcy«. I to pozostało mi z miłości do Kościoła, chociaż nie pozwolę mu się nawet pogrzebać. (Mimo że płacę podatek, który umożliwiałby mi posiadanie osobistego egzorcysty). Gdy papież wypowiedział słowa życzące Niemcom Bożej opieki, tyrania upadła – Niemcy nie były godne Bożej ochrony, ale wciąż jej potrzebowały; wśród wszystkich Pańskich aniołów najważniejszy jest dla mnie Michał, »Anioł Narodu«. W tym kraju nie ulotniło się nic z tego, co Hitler umożliwił, a co rozpoczęło się wraz z niewinnością (skradzionych) pieśni ruchu młodzieżowego i szaleńczą euforią, której kontynuacją była akcja »niedziela z eintopfem«”[9].

Łatwo zauważyć, że Blumenbergowska deklaracja miłości do Kościoła pojawia się w ramach krótkiej medytacji na temat ojczyzny sprowokowanej słowami Uwe Wolffa, który relację z odbytej latem 1995 r. wyprawy do zamkniętej strefy wojskowej rosyjskiej Arktyki zakończył eksklamacją: „Welche Gnade, Heimat zu haben[10]. W odpowiedzi Blumenberg przyznał, że Niemiec – kraju, w którym spędził całe życie i który rzadko opuszczał – nigdy nie uważał za swoją ojczyznę. Nie były jego ojczyzną ani nazistowskie Niemcy, które uznały go za „pół-Żyda” i wymordowały rodzinę ze strony matki, ani Niemcy powojenne, które pozostały krajem napawającym go grozą, z którego nie ulotniło się nic z tego, co umożliwił Hitler.

Natomiast w latach 40. XX w. prawdziwą łaską dla Blumenberga stała się nie ojczyzna, lecz przynależność do Kościoła, który przynajmniej czasowo był w stanie oprzeć się presji reżimu faszystowskiego, umożliwiając mu podjęcie studiów. (Blumenberg wspomniał, że jego immatrykulacja nosiła numer N002, co dowodzi, że musiał istnieć co najmniej jeszcze jeden podobny przypadek[11]). W obliczu totalitarnego państwa łaską było już istnienie wspólnoty, która czyniła wyłom w jego totalności; która obchodząc niektóre z jego zakazów, uchylała szczelinę wolności. W tym sensie Kościół okazał się odciążeniem od absolutu państwa[12]. Blumenberg zaznaczył, że w owej pochwale Heimatu problematyczny nie jest jej wydźwięk prawicowy. Zwrócił w ten sposób uwagę, że…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dlaczego rośliny powinny mieć prawa?