Wiosną ubiegłego roku, przeglądając internetowy portal informacyjny, natrafiłem na wiadomość[1] o naukowej publikacji z prestiżowego tygodnika „Nature”[2]. Tekst oryginalny znałem już wcześniej: chodziło o wyniki wieloletnich, szeroko zakrojonych badań międzynarodowego zespołu naukowców na temat bilansu węgla w ekosystemach leśnych Amazonii. Lasy te w poprzednich dziesięcioleciach pochłaniały nieco więcej CO2, niż wydzielały. Zmiany globalne (zwiększona zawartość CO2 w atmosferze) mogły ułatwić fotosyntezę i przez to uczynić ten bilans jeszcze bardziej dodatnim, ale uzyskane wyniki temu zaprzeczyły: w ostatnim dziesięcioleciu tempo akumulacji węgla w biomasie spadło o 1/3. W artykule dyskutowano możliwe przyczyny i skutki tego zjawiska. Oryginalna publikacja zawierała mnóstwo liczb, wykresów i szczegółów metodycznych, które utwierdzały jej wiarygodność, ale nie ułatwiały lektury. Mimo to autorzy internetowego streszczenia nie popełnili merytorycznych błędów, za to dodali notatce sensacyjnego charakteru („naukowcy alarmują”, „lasy tracą zdolność pochłaniania CO2”), a piękne zdjęcie tropikalnego lasu podpisali: „Amazońskie lasy deszczowe nazywane są »płucami Ziemi«”. Umieszczenie tej notatki na popularnym portalu mocno mnie zdziwiło. Kogo może zainteresować tak specjalistyczna publikacja?
Okazało się, że wielu – 436 komentarzy i 47 dyskusji, a pod każdym postem jeszcze statystyka ocen pozytywnych i negatywnych. Większość wypowiedzi nacechowana była silnymi emocjami, nieraz przeradzającymi się w niewybredną agresję (nie licząc obrzydliwego „hejtu”). Sam fakt poinformowania o bilansie węgla w tropikalnych lasach mocno ekscytował. Przede wszystkim jednak przypuszczono frontalny atak za rozpowszechnianie „wierutnej bzdury”, że lasy są płucami Ziemi, bo przecież nie są – płucami Ziemi, sugerowano, są oceany[3]. Cały problem bilansu węgla ma uzasadniać tezę o zmianie klimatu wywołanej przez człowieka – a to wymysł ekoterrorystów („takie humbugi jak »efekt cieplarniany« są wciskane ciemnej masie, aby uwierzyła, iż 0,03% CO2 w atmosferze ma wpływ na cykle klimatyczne […] przy okazji można zarobić”). Inni uczestnicy przystąpili do kontrataku, wskazując, komu służą ci, którzy kwestionują istnienie ocieplenia globalnego („na handlu emisjami najwięcej zarobią nie ekolodzy a tzw. instytucje finansowe, które »już zwietrzyły łatwą zwierzynę« i mieszają w głowach »kowalskim«”). Mimo wzajemnej wrogości adwersarze mogliby się zgodzić co do jednego: naukowcom nie wolno ufać, bo są sprzedajni ( „Wielu »naukowców« klimatologów podczepiło się pod globalny geszeft i dobrze z tego żyją”, „»mądre głowy« są zawsze na czyichś usługach i opłacani przez lobbystów”). Cały ten spór nie wart byłby uwagi, gdyby nie stawiany przez wszystkie strony sztafaż niby-naukowych argumentów. Uderzał brak zaciekawienia tym, co się naprawdę dzieje na naszej planecie – wyniki badań naukowych (prawdziwe lub zmyślone) traktowane były instrumentalnie, jako argumenty w sporze ideologicznym. Uzasadnianie przewagi jednych danych nad innymi skłaniało uczestników do bardziej „akademickiej” debaty na ich temat, co z kolei ujawniało ogrom ignorancji i niemożność zrozumienia, czym w ogóle jest nauka.
W omawianej dyskusji internetowej prawie nie sięgano po materiały źródłowe (choćby na poziomie popularyzacji). Tylko jeden uczestnik powoływał się na poważniejsze źródło – książkę, która przytaczała informacje naukowo-ekologiczne, aby wesprzeć tezy z dziedziny ekonomii i polityki. Pozostali czasem przytaczali źródła internetowe (np. YouTube), częściej z rozbrajającą dezynwolturą wzajemnie wzywali się do korzystania z literatury naukowej (znając ze słyszenia tylko dwa tytuły: „Widziałeś chociaż raz w życiu jakieś czasopismo naukowe jak »Science« czy »Nature«?”, „Czytaj matołku czasopisma naukowe jak »Science« lub »Nature« zamiast bredzić na forum!”, itp.). „Naukowe” argumenty, przytaczane bez cienia krytycyzmu, w większości były naiwnymi uproszczeniami lub w ogóle pozostawały w sprzeczności z dobrze ugruntowanymi ustaleniami nauki. Internetowe fora stanowią obfity materiał do poważnych badań socjologicznych i psychologicznych, ale już ten jeden przykład ilustruje ogrom problemów związanych ze społeczną percepcją wyników badań naukowych oraz zupełną bezradność szkolnej dydaktyki i medialnej popularyzacji. Zapewne, są też inne fora internetowe, więc uogólnianie tego przypadku nie jest uprawnione. Jednak w oparciu o wieloletnie doświadczenie dydaktyczne stawiam hipotezę (testowalną!), że skrupulatne badania na szerokim materiale potwierdziłyby wnioski wyciągnięte z tej jednej obserwacji. Widać bowiem jak na dłoni, że: (1) wyniki badań naukowych na temat stanu środowiska mają duże znaczenie dla wielu osób; (2) większość tych osób nie posiada elementarnej wiedzy, która umożliwiałaby im zrozumienie tych ustaleń nauki; (3) osoby te nie potrafią znaleźć wiarygodnej informacji naukowej (bądź też – nie potrafią jej odróżnić od pseudonauki), destrukcyjną rolę odgrywają współczesne media: telewizja, Internet; (4) większość tych osób w ogóle nie wie, jak funkcjonuje nauka (science); (5) fakty i wyjaśnienia nauki traktowane są instrumentalnie dla wsparcia wybranych ideologii; (6) obiektywne ustalenia nauki są mylone z subiektywnym wyborem wartości.
Nauka i życie: postępujące niezrozumienie
W początkach naszej cywilizacji, przez pierwsze kilka(naście?) tysięcy lat, świat przyrody był dla człowieka pełen tajemnic. Lęk przed niezrozumiałymi zjawiskami łagodziły mitologiczne konfabulacje, a złudzenie sprawowania kontroli zapewniały praktyki magiczne. Wytwory ludzkich rąk i umysłów – od siekiery i grabi po wiatrak, od gwoździa i młotka po zegar na kościelnej wieży – były zaś, przynajmniej potencjalnie, dla wszystkich zrozumiałe.
Ten komfort trwał aż do nastania epoki pary i elektryczności. Poprzedzający ją rozwój nauki nowożytnej pozwolił oswoić nieco przyrodę – zaczęto rozumieć i przewidywać jej właściwości, powstało oświeceniowe złudzenie, że świat jest poznawalny (w domyśle: dla ogółu) i tylko kwestią czasu jest wyjaśnienie wszystkiego. Ogłoszona w II połowie XIX w. teoria ewolucji miała tłumaczyć największą z tajemnic (tak się przynajmniej wtedy wydawało). Wiek pary i elektryczności przyniósł natomiast coś innego: zaawansowaną technikę, wytwory ludzkich rąk, które wkrótce zaczęły się wymykać powszechnemu rozumieniu. Zjawiska, takie jak zamiana cieczy na parę, wielkość fizyczna zwana ciśnieniem, praca wykonywana przez parę – choćby w formie podskakującej pokrywki na imbryku – to wszystko mieściło się w zakresie codziennych obserwacji. Co prawda, żeby rozumieć i móc stosować w praktyce zasady działania maszyn cieplnych, trzeba było sięgnąć już do dość zaawansowanej fizyki – nie tylko klasycznej, Newtonowskiej (wciąż jeszcze pojęć intuicyjnie uchwytnych), ale także do bardzo już elitarnej termodynamiki. Mimo to działanie maszyny parowej daje się pojąć za pomocą zdrowego rozsądku. Kiedy jednak do naszego życia weszła elektryczność, nastał zupełny rozbrat między otaczającą nas rzeczywistością a jej rozumieniem. Jakieś niematerialne oddziaływania na odległość, pojęcie pola, równania Maxwella (całki, pochodne cząstkowe – czarna magia). Nie jest chyba przypadkiem, że właśnie wtedy pojawiły się rozmaite mesmeryzmy, magnetyzmy i inne zabobony, inspirujące się terminami (bo nawet nie pojęciami) zapożyczonymi z nauki.
Dzisiaj elektryczność buduje całe środowisko. Otacza nas świat ludzkich wytworów, którego istoty większość ludzi nie rozumie, ale jest od niego całkowicie uzależniona. Dostęp do tej wiedzy tajemnej mają bardzo nieliczni (uczeni, inżynierowie), którzy posługują się hermetycznymi językami. Dostajemy od nich coraz to nowsze zaczarowane przedmioty i czasem różdżkę, która daje władzę nad telewizorem. Zaklinamy komputer, telefon, samochód i pralkę, panujemy nad otaczającym nas niezrozumiałym światem. Jeszcze do niedawna niektórzy z nas osiągali niższe stopnie wtajemniczenia uczniów czarnoksiężnika: za pomocą lutownicy można było zrobić radio (superheterodynę na pentodach) i rozumieć, jak to działa. Dziś już nie ma na to szans. Urządzenia, którymi się posługujemy, są zbyt skomplikowane, nikt sobie własnoręcznie nie zmajstruje smartfona. Jesteśmy więc świadkami kolejnej radykalnej zmiany w percepcji otaczającej nas rzeczywistości. Wykładniczo rośnie liczebność populacji ludzkiej i natężenie zasilającego ją strumienia energii, co powoduje zmiany w biosferze (naturalnym środowisku naszej cywilizacji) o skali dotąd niespotykanej. Równocześnie nauki przyrodnicze dokonały postępu, coraz lepiej rozumiejąc mechanizmy działania biosfery, dzięki czemu mogą formułować prognozy o możliwych konsekwencjach tych zmian. Ma to praktyczne znaczenie dla funkcjonowania naszej cywilizacji.
Jednak ani same zasady panujące w biosferze, ani uzasadnienie naukowych prognoz, ani nawet sens proponowanych środków łagodzących zagrożenia nie są zrozumiałe dla większości obywateli naszej planety. Dominujący udział w generowaniu rozdźwięku między rozumieniem świata i pojmowaniem cywilizacyjnych zagrożeń ma współczesna biologia: ekologia, genetyka, biomedycyna.
Przypomina to sytuację sprzed rewolucji naukowej. Świadomość zagrożenia ze strony przyrody, spowodowanego niezrozumiałymi przyczynami, rodzi lęki i skłania do ucieczki w irracjonalne mitologie. Potrzeba działań w obronie przed zagrożeniem, którego mechanizmów pojąć nie sposób, znajduje zaspokojenie w akceptacji jakiejś ideologii – właśnie w niej, a nie w wiedzy.
Gwarancja nauki v. autorytet profesora
Rozwój cywilizacji to przecież nie tylko nowe technologie i dewastacja środowiska, to także coraz wyższy poziom wykształcenia wciąż rosnącej frakcji ludności. Zatem – czy dalsza intensyfikacja i udoskonalenie procesu dydaktyki nie powinny rozwiązać cywilizacyjnych problemów? Zjawiska zilustrowane debatą na internetowym forum rozwiewają to złudzenie. W omawianym przykładzie widać przede wszystkim braki w wiedzy biologicznej. Być może świadczy to o wyjątkowym niepowodzeniu dydaktyki akurat w tej dziedzinie. Nauczyciele akademiccy pracujący ze studentami biologii zauważają, że szkolna biologia koncentruje się na przygotowaniu do studiów medycznych, a zagadnienia dotyczące biologii środowiskowej i ewolucyjnej nie są traktowane poważnie. Proces dydaktyczny można (i trzeba) ulepszyć.
Przepaść pomiędzy ogromem wiedzy naukowej potrzebnej do zrozumienia otaczającej rzeczywistości a pojemnością ludzkiego mózgu (i ilością czasu, który można poświęcić na uczenie się) jest jednak nie do zasypania. Każdy czcigodny profesor to ignorant we wszystkich, poza swoją, dziedzinach. Musi uwierzyć, że krótkie, uproszczone komunikaty (publikacje naukowe) to sprawdzone fakty i najlepsze wyjaśnienia, które przeszły przez ogień testowania hipotez, recenzowania projektów grantowych i maszynopisów, w oparciu o kryteria ostre i obiektywne. Naukowiec wie, jak to działa, i z dobrym przybliżeniem (chociaż nie ze 100-procentową pewnością) potrafi odróżnić miarodajne źródło naukowe od medialnych fantazji. Przeciętny odbiorca nie ma o tym pojęcia. Bełkot pewnego kreacjonisty na temat „dewolucji”, niedawno opublikowany przez – podobno – ambitne wydawnictwo, ma na oko wszelkie pozory propedeutycznego podręcznika gimnazjalnego, a autor – owszem – posiada profesorski tytuł. Trzeba wiedzieć, że korpus wiedzy naukowej (science) to jedno, a indywidualne wypowiedzi „ekspertów” to zupełnie coś innego. Laikowi bardzo trudno odróżnić autorytet nauki (gwarantowany) od autorytetu profesora (bez gwarancji).
W codziennym życiu często upraszczamy rzeczywistość. Taki stan rzeczy może przyjąć patologiczną formę ideologii (pseudo)scjentystycznej, która – jak każda ideologia – nie gwarantuje naukowej rzetelności ani sensowności opartych na niej praktycznych decyzji. Ale może też rozwinąć się w umiejętność krytycznego wyszukiwania potrzebnych w danym momencie informacji, odróżniania faktów i wyjaśnień zweryfikowanych naukowo od szumu informacyjnego. Wstępnym warunkiem do uzyskania takich kompetencji przez znaczącą frakcję społeczeństwa jest upowszechnienie zaufania do nauki, co wymaga dobrego zrozumienia zasad jej metodologii i pragmatyki.
Nie znajdzie się tego w programach szkolnych. Najlepszym rozwiązaniem byłoby praktyczne zetknięcie się adepta z procesem badawczym. Niestety, widać już postępującą erozję naukowej edukacji również na poziomie studiów wyższych, np. magistrant(ka) zamiast robić pracę badawczą pod nadzorem doświadczonego naukowca, „pisze magisterkę” – referat z literatury, albo zamiast projektu badawczego wykonuje stosowany projekt inżynierski (a to dwie zupełnie inne rzeczy). W ten sposób procent osób w populacji zdolnych do odróżniania nauki od nie nauki jest coraz mniejszy, chociaż magistrów, nawet w domenie science, nam przybywa. W nauce, poza wczesnym etapem testowania konkurencyjnych hipotez, nie ma permanentnych sporów. Ostatecznie na placu boju zostaje jedna, dobrze sprawdzona hipoteza; owszem, ona też…