Gdybyśmy w obecności teologów, filozofów religii, psychologów i socjologów zadali pytanie, czym jest doświadczenie religijne, otrzymalibyśmy szereg mniej lub bardziej dopełniających się bądź sprzecznych odpowiedzi, wskazujących na bogactwo humanistycznego ujęcia osoby ludzkiej i tego, co jest jej udziałem. Każde z tych ujęć byłoby niezbędne dla jak najszerszego zrozumienia kwestii. Możemy też spojrzeć na doświadczenie religijne jako intymne i społeczne przeżycie ściśle określonej grupy ludzi. Niekiedy będzie się to wiązało z przekroczeniem wielu funkcjonujących w danym społeczeństwie tabu, z koniecznością odniesienia się do zagadnień przemilczanych i traktowanych jako wstydliwe. A gdy światło padnie w ciemne miejsca, wtedy albo można odwrócić wzrok (czy ten gest nie stoi często również za kościelnym triumfalizmem?), albo pozostaje nam namysł nad tym, co dostrzeżone – nie tylko ściśle rozumowy, ale również etyczny.
To wszystko może zdarzyć się czytelniczkom i czytelnikom podczas lektury Zakonnice odchodzą po cichu Marty Abramowicz. Autorka opisuje świat kobiet, które zdecydowały się ślubować wierność Chrystusowi, Kościołowi i własnym zgromadzeniom zakonnym – jednak ostatecznie z przeróżnych przyczyn po krótszym lub dłuższym czasie nie udźwignęły tego wyzwania. Ta książka nie jest potępieniem, jest świecką próbą opisania fenomenu żeńskiego życia zakonnego. Więcej: ta praca to pytanie o miejsce kobiet w polskiej rzeczywistości, wciąż nasyconej religijnością, która niekiedy nie wyzwala ze zła indywidualnego i społecznego, ale legitymizuje struktury opresji i tworzy koncepcyjne zaplecze dla wyobrażeń społecznych przyzwalających na krzywdę kobiet w świecie, gdzie mężczyźni i tak mają na ogół wyższe stanowiska zawodowe, więcej zarabiają i w ogóle więcej mogą.
Dla jednych to pewnie książka skandal, rzecz zdecydowanie niechciana. Autorka wchodzi w przestrzeń, którą Kościół w Polsce trzymał dotąd z dala od osób postronnych – mówiąc, że to jego „wewnętrzna sprawa”. A dla kobiet, których rzecz dotyczyła, poza milczeniem nie było zbawienia. Dla drugich ta pozycja to jeszcze jedno narzędzie do upewnienia siebie i innych w niechęci do wspólnoty katolickiej i jej patriarchalnej hierarchii duchownej i administracyjnej.
Moim zdaniem ta lektura to kolejna szansa na poznanie i próba zrozumienia fragmentu świata nieprzedstawionego. Kościołowi, jak każdej innej instytucji, należy się krytyczny osąd. Nigdy do końca nie ufam swoim przewodnikom, choćby autorkom i autorom książek. Tak jest i w tym przypadku. Niemniej mam świadomość, że potrzeba tego typu zdecydowanie laickiego, nieuwikłanego w złe ani dobre lojalności względem Kościoła opisu świata ex-zakonnic. I to z przyczyn niebagatelnych, bo czysto poznawczych. Przecież odkrywanie prawdy wprost wiąże się z przyzwoleniem na cudzy, nieraz zdecydowanie odmienny w pewnych / wielu punktach od naszego, ogląd rzeczywistości. Szczególnie że mówimy o poznaniu drugiego człowieka w jego relacjach społecznych, uwarunkowaniach psychologicznych, charakterologicznych, seksualnych. Wreszcie myślimy o sferze duchowej, czy jak kto woli: najgłębiej intymnej, w której pojawiają się pytanie o sens życia, o przerażenie śmiercią, nadzieje wieczności, rozumienie dobra i zła jako tajemnicy człowieczeństwa i zbawienia, a nie tylko jako etycznego savoir-vivre.
Jeszcze jedna sprawa, bodaj najistotniejsza. Otóż takie książki jak Abramowicz – odnoszące się do Kościoła i do kwestii doświadczenia (nie)wiary – wymagają pokazania najbardziej newralgicznego punktu odniesienia. Jest on prosty do zapisania: „(…) który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion, zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał”. Równocześnie te właśnie słowa, które jako katolicy uznajemy za odsłonę rzeczywistości zarówno historycznej, jak metafizycznej, są nieprzetłumaczalne na wszystkie języki niewiary: może to najbardziej przejmujące lost in translation, które okazuje się dla wierzących coraz bardziej codziennym doświadczeniem, jeśli tylko nie zamykamy się w okołokościelnych instytucjach dających bezpieczeństwo wspólnego języka i wspólnych sensów. To fakt, który należy zrozumieć. (Czy przydarza się coś bardziej uwłaczającego wierze apostołów niż katolicyzm zamknięty w sobie z obawy przed światem?) Tę „nieprzetłumaczalność” trzeba przyjąć, nawet jeśli wewnętrznym pragnieniem wierzących jest to, by czyjaś niewiara stała się wiarą żywszą od naszej własnej.
*
Temat, który podjęła Abramowicz, w pewien sposób wydaje się nieobcy doświadczeniu Polek i Polaków. Przecież od wielu lat wystąpienia mężczyzn ze stanu kapłańskiego i / lub wspólnot zakonnych stanowią wręcz element medialnego show. Owszem, tego typu wystąpienia „głośnych nazwisk” budzą kontrowersje, nieraz skrajne emocje, bywają okazją do refleksji nad kondycją katolickiej wspólnoty, często są pytaniami o tożsamość Kościoła w świecie współczesnym i jego ratio jako sakramentu zbawienia. Gdy postawić przed nami byłego księdza: krytykujemy, sympatyzujemy, tokujemy, odnosimy się. Ex-księża i ex-zakonnicy mogą czasem uważać się za wyklętych czy wprost są wyklinani od czci – ale głośno o nich. A to w pewien elementarny sposób oznacza uznanie ich nowych ról społecznych, nawet ról ex-kapłanów celebrytów. To wszystko oswaja z nimi i ich sytuacją społeczną opinię publiczną. To powoduje, że bycie ex-duchownym (i zdolność ekspresji tego faktu) z reguły jest społecznie akceptowane, a niekiedy wręcz chciane.
Ex-ksiądz, który staje wobec Kościoła i bezpardonowo krytykuje go – to dla niektórych mediów i niemałej części opinii publicznej całkiem ładny obrazek. Oczywiście wielu byłych duchownych powie nie bez racji, że doznało krzywd, że wciąż nie są rozumiani w Kościele, że szukają dla siebie wsparcia we wspólnotach byłych księży i zakonników. Ale rzecz właśnie w tym, że nie są niemi. Tworzą pewną akceptowalną społecznie sieć oddziaływania. Więcej: najbardziej rozpoznawalni i opiniotwórczy wśród nich (a może dodam w ramach małego coming out: niektórzy wśród nas) budują swoistą „łagodną konspirację”, lobbują za naszym prawem do bycia w Kościele i w społeczeństwie.
W przypadku ex-zakonnic uderza ich samotność. Nie zawsze jest to samotność życia po zamknięciu za sobą na…