Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Lepiej dać się zabić, niż zabić kogoś

Wszystkie wielkie religie i szkoły duchowe dążą do zharmonizowania tego, co się jawi jako praca wewnętrzna nad rozwojem świadomości wyznawców, z pracą zewnętrzną np. na rzecz społeczności czy świata. Ale wszystkie one podkreślają, że zaczynać trzeba od siebie, od pracy z własnym sercem i umysłem.

Dominika Kozłowska: We współczesnej krytyce zachodniej cywilizacji wciąż powraca słowo „antropocentryzm”. Nawet papież Franciszek ostro komentuje tę tendencję: „Nieodpowiednia prezentacja antropologii chrześcijańskiej doprowadziła do promocji błędnego przekonania na temat relacji człowieka ze światem”. Czy zgadza się Pan z tą diagnozą? Na czym polega to błędne przekonanie?

Wojciech Eichelberger: Brawa dla papieża! Utrwalone przez wieki rozumienie biblijnego zdania: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”, sprawiło, że ludzie zachowują się wobec świata przyrody, zwierząt, a także wobec siebie nawzajem jak despoci. Despota nie liczy się z nikim i niczym, egzekwuje władzę bez żadnych skrupułów. Od zarania chrześcijaństwo było chyba najbardziej antropocentryczną z religii – chrześcijanie uznali siebie za „koronę stworzenia”. W różnym stopniu czynią to wszystkie znaczące religie i Kościoły. Nie byłoby to groźne, gdyby stanowiło jedynie przejaw religijnego marketingu rywalizujących ze sobą o dostęp do niebiańskiej klamki. Niestety, ludzie w to uwierzyli.

Istnieją jednak również pozareligijne, biologiczne przesłanki antropocentryzmu. Niewątpliwie za sprawą swych możliwości intelektualnych, poznawczych i motorycznych człowiek dominuje nad innymi gatunkami. Lecz zamiast czynić z tego powód do większej odpowiedzialności i troski o stworzony przez Boga świat, używamy naszej przewagi, by go niszczyć. Słowem, przewróciło nam się w głowach. Antropocentryzm stał się ideologią panreligijnego, gatunkowego egoizmu. Tak silnego, że choć dziedziczony kulturowo, wydaje się wpisany w nasze DNA. Zapomnieliśmy już, że powodowani arogancją i wielkościowym urojeniem, straciliśmy rajską świadomość jedności z duchowym źródłem stworzenia i że tym samym skazaliśmy się na obsesyjne utożsamianie się z naszą cielesną formą. Wtedy też poczucie jedności i harmonii ze światem zastąpiliśmy – generowanym przez samotność i lęk przed rozpadem ciała – przymusem posiadania, zawłaszczania i kontroli.

Jeżeli sobie tego nie uświadomimy, grozi nam zniszczenie naszej planety jednoznaczne ze zbiorowym samobójstwem, a za to na pewno nie idzie się do nieba. Lecz my dalej – wbrew wszystkiemu – trwamy w naszej antropocentrycznej uzurpacji i pozwalamy sobie na bezrozumną i bezduszną eksploatację przyrody w imię tworzenia pozorów indywidualnego i zbiorowego bezpieczeństwa. Myślę, że takie lub podobne myślenie jest sprzeczne z pełnymi troski słowami papieża.

Bo czas dostrzec, że nasza gatunkowa wyjątkowość polega na czymś zupełnie innym niż antropocentryzm: na tym, że jako jedyny gatunek na tej ziemi potrafimy sobie uświadomić, iż indywidualny i gatunkowy egoizm jest kardynalnym błędem i groźną iluzją, która indywidualne życie oddziela od jednoczącej wszystko duchowej matrycy istnienia, czyli – w narracji chrześcijańskiej – od Stwórcy.

Czyż nie to właśnie jest zasadniczym przekazem proroków wszystkich religii? Patrząc w ten sposób, widzimy, że religia nie istnieje, by utwierdzać nas w iluzji antropocentryzmu, lecz byśmy porzucali wszelki egoizm i odzyskiwali zapomniane cnoty pokory, współodczuwania i komunii.

Przez tysiąclecia fałszywe poczucie wyższości napędzało rozwój cywilizacji. Ale dzisiaj coraz powszechniej stawiamy pytanie, czy ścieżka, którą podążamy, faktycznie jest rozwojem czy upadkiem. Bierze się ono z narastających objawów cywilizacyjnego kryzysu. Wygląda na to, że fizyczne i duchowe przetrwanie ludzkiego gatunku w zasadniczy sposób zależy od tego, czy uznamy swój błąd, poważnie potraktujemy sygnały ostrzegawcze, a potem szybko i solidarnie zabierzemy się za naprawianie szkód.

 

Jaki kryzys Pan widzi na horyzoncie?

Ten kryzys nie pojawia się na horyzoncie. Jest tu i teraz, dzieje się wszędzie: wokół nas i w nas. W naszych domach, w naszych sercach i umysłach, w naszych relacjach z przyrodą i z innymi ludźmi. Ma wiele twarzy: ekonomiczną, ekologiczną, socjologiczną, polityczną, obyczajową, aksjologiczną, a przede wszystkim duchową, czyli tożsamościową. Obecnie doświadczamy groźnych przejawów powszechnego kryzysu duchowości i tożsamości, czyli kryzysu wiary. Globalizacja, rozwój społeczności mulitkulturowych i wielorasowych, wielkie migracje, zanikające zasoby energii, wody, powietrza i żywności stanowią ogromne wyzwanie dla wszelkiej wiary w transcendencję i dla wynikających z niej postulatów: pokory, wybaczania, miłości, jedności i dzielenia się z potrzebującymi. Wiele wskazuje na to, że nasza wiara łatwo załamuje się pod wpływem trudnych, wyjątkowych okoliczności. Masowo ulegamy egoistycznej regresji, odwołując się do tożsamości powierzchownych, tymczasowych i dzielących, czyli stawiających nas w opozycji do innych. Są to z reguły tożsamości związane z potrzebą przynależności do jakiejś zdefiniowanej – mniejszej lub większej – gromady. Tak więc przybieramy tożsamości: narodowe, etniczne, rasowe, religijne, światopoglądowe, generacyjne, i traktujemy je ze śmiertelną powagą. A przecież najważniejsze, odwieczne zadanie religii i Kościołów to uświadamianie ludziom, że żadna z tych tożsamości nie określa człowieka w jego istocie. Ta ich misja jest dziś szczególnie ważna i pilna. Ale by ją wypełnić, religie, Kościoły, ich hierarchie i funkcjonariusze nie mogą z innymi Kościołami rywalizować i nimi gardzić. W przeciwnym razie misja i przekaz będą nadal niespójne i niewiarygodne. Nie można głosić, że wszyscy ludzie są dziećmi jednego Boga, jednocześnie twierdząc, że tylko ci, którzy należą do „naszej” religii, mają potwierdzone boskie pochodzenie i obietnicę zbawienia. To nie przypadek, że wszelkie podboje religijne i przymusowe konwersje zawsze kończą się tragicznym niepowodzeniem i powodują morze krzywd, śmierci i cierpienia. Czyż nie czas zrozumieć, że od momentu wygnania z raju jesteśmy powołani do tego, by w końcu rozpoznać jedność – jednego Boga – w całej różnorodności istnienia?

 

Skupiamy się na różnicach – np. narodowych lub religijnych, przez co umykają nam podobieństwa. Co nas zatem łączy? Wokół czego można budować poczucie wspólnoty całego rodzaju ludzkiego?

To nie podobieństwa nam umykają, umyka nam nasza fundamentalna identyczność ze wszystkimi istotami – nie tylko z ludźmi. Wyraża się ona w uniwersalnym przeżywaniu szczęścia, radości i wolności w unikalnych momentach komunii ze światem i Stwórcą.

 

Co jest celem postępu moralnego?

Celem każdej dojrzałej praktyki duchowej – bez względu na osobę proroka, rodzaj Kościoła i jego narrację – jest przezwyciężenie chciwości, nienawiści i ignorancji. Ponieważ te trzy grzechy – podobnie jak potrzeba doświadczenia szczęścia – również są wspólne wszystkim ludziom. Łączą się bowiem z powszechnym wśród ludzi utożsamianiem się z ego, które swoje – w gruncie rzeczy neurotyczne – potrzeby uzurpatorsko umieszcza w centrum istnienia. Dlatego wszystkie religie i tradycje duchowe oparte na obietnicy zbawienia, transcendencji czy, tak jak buddyzm, wyzwolenia z iluzji ego starają się dać ludziom narzędzia umożliwiające przekroczenie chciwości, nienawiści i duchowej ignorancji.

 

Mówią o konieczności wyjścia poza ego, aby osiągnąć szczęście?

Tak. Chodzi o to, aby przestać uważać się za oddzieloną od reszty świata wyspę, za istotę, która pozostaje w konflikcie ze wszystkim, co ją otacza, czuje się zagrożona i nie potrafi żyć bez walki, rywalizacji i przemocy. Pragnienie wydobycia się z tej urągającej rzeczywistej ludzkiej kondycji pułapki wyraża się w powszechnym aspirowaniu do wyzwolenia się z klaustrofobicznej klatki egocentryzmu. Zauważmy, że angażuje to nie tylko wierzących. To uniwersalne pragnienie dawało i nadal daje impuls do projektowania oraz wprowadzania w życie różnorakich świeckich utopii – np. utopii komunistycznej. Na poziomie indywidualnym, społecznym i ekonomicznym komunizm postulował, a w praktyce wymuszał, rezygnację z chciwości. Można więc dojrzeć w nim element wiary w elementarną, dobrą, a przynajmniej czystą w sensie tabula rasa, naturę człowieka, która kształtowana i demoralizowana przez system (byt) oparty na rywalizacji o pieniądz i wykorzystywaniu jednych przez drugich, nabiera diabolicznych cech. Czyli zły byt kształtuje złą, egoistyczną świadomość. Prawdziwi komuniści wierzyli, że system niegenerujący klasowych różnic statusowych i majątkowych, dzielący niezbędne dobra sprawiedliwie i według potrzeb, w naturalny sposób będzie kształtował świadomość wolną od egoistycznych zapędów. Błąd polegał na tym, że jednocześnie odebrano ludziom religię, czyli narzędzia do przekraczania egoizmu w wymiarze wewnętrznym, a także wiarę w odnalezienie innej niż egocentryczna, duchowej tożsamości. To zmuszanie ludzi do porzucenia chciwości i jednoczesne wmawianie im pozbawionego nadziei na transcendencję materialistycznego światopoglądu zdecydowało o szybkim upadku tego opresyjnego systemu.

 

Komunizm wychodził z założenia, że świadomość jest emanacją warunków, w jakich żyje człowiek. Aby zmienić świadomość, na drodze rewolucji trzeba przekształcić społeczno-polityczne ramy życia. Buddyzm mówi przeciwnie: to świadomość wyznacza ramy naszego życia. To od niej musi się zacząć przemiana. Czy te dwa wymiary da się w ogóle połączyć?

Wszystkie wielkie religie i szkoły duchowe dążą do zharmonizowania tego, co się jawi jako praca wewnętrzna nad rozwojem świadomości wyznawców, z pracą zewnętrzną np. na rzecz społeczności czy świata. Ale wszystkie one podkreślają, że zaczynać trzeba od siebie, od pracy z własnym sercem i umysłem. (Nawiasem mówiąc, jest to również fundamentalna rekomendacja w psychoterapii.

Tytuł jednej z pierwszych moich książek brzmi: Pomóż sobie, daj światu odetchnąć). Ale tylko dzięki doświadczeniu i narracji mistycznej, gdzie dowiadujemy się, że „wewnątrz” i „zewnątrz” nie istnieją, udaje się w pełni przekroczyć pozorny konflikt między praktyką wewnętrzną i zewnętrzną. Wtedy ofiarne, wolne od egoizmu działanie na rzecz innych i rozmodlone, medytacyjne, pustelnicze życie – w perspektywie zbawienia czy przebudzenia – niczym się nie różnią.

 

Czy dostrzega Pan udane próby realizacji utopii społecznych?

Komunizm jako forma systemu ekonomiczno-społecznego mógłby być ustrojową konsekwencją każdej religii, poważnie i bez hipokryzji traktującej konieczność przekraczania chciwości, nienawiści i ignorancji. Taki hipotetyczny oddolny, naturalny komunizm pozostanie jednak na zawsze utopią, bowiem jego realizacja stałaby się praktycznie możliwa, gdyby przynajmniej większość członków danej zbiorowości doświadczyła duchowego przebudzenia, a reszta by do tego aspirowała. Czasami udaje się ludziom stworzyć taki system, lecz tylko w małych, wyizolowanych i religijnych społecznościach. Najlepszym tego przykładem jest przesiąknięta protestancką duchowością, trwająca od wieków społeczność Amiszów. Na państwową skalę udało się w pewnym stopniu wprowadzić taki porządek w jednym tylko kraju na świecie – w nasyconym, dla odmiany, buddyjską duchowością Butanie. Może dlatego że buddyzm najbardziej jednoznacznie i spójnie uznaje ego za szkodliwą, uporczywą iluzję i konsekwentnie praktykuje minimalizm i prostotę. Do oświeconego komunizmu nawiązywał również ogromny, choć bardzo rozproszony, ruch hippisów próbujący, czasami z powodzeniem, tworzyć komuny. Te niewielkie społeczności wyznawały zasadzę make love, not war. Ale i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak postępuje moralność