Subskrybuj
Warszawski muzykolog, krytyk, ekolog akustyczny. Członek kolektywu redakcyjnego magazynu o muzyce współczesnej „Glissando”. Przełożył „Strojenie świata” R. Murraya Schafera, teraz marzy o kolektywie rolniczym i hektarze ekologicznego zboża.

Pięć ćwiczeń z kształcenia słuchu

Czy poruszając się w tłumie z zatkanymi uszami, potrafisz poczuć się bezpiecznie? Jakie masz wrażenia, odtykając uszy po pięciu minutach, kwadransie, godzinie, pięciu godzinach? Do czego w ogóle potrzebne są nam uszy? Nawet nie-słuchając, możemy dowiedzieć się bardzo wiele o własnym słyszeniu.

Wszystkim osobom, które zetknęły się z polskim systemem szkolnictwa muzycznego, hasło „kształcenie słuchu” kojarzyć się musi z nauką solfeża oraz rozpoznawaniem na ucho akordów i interwałów. Reszta społeczeństwa, czyli przytłaczająca większość Polaków, na wzmiankę o nauce słyszenia odruchowo odpowiada: „Słoń mi na ucho nadepnął”. Nie o taką naukę, nie o takie dźwięki i nie o taki słuch tym razem chodzi. Gdy mówimy o kulturze w odniesieniu do dźwięku, w pierwszym momencie przychodzi nam na myśl muzyka, najczęściej ta klasyczna, zamknięta w sztywnych ramach systemu dur-moll i stroju równomiernie temperowanego. Od dzieciństwa tresują nas do tego przemysł fonograficzny, radio, telewizja, szkoła, filharmonie, domy kultury. Muzyka współczesna, która wykracza poza te wyuczone schematy, budzi z kolei – poniekąd zrozumiałą – niechęć, jest bowiem obca, „nienaturalna”, niezrozumiała. Stop. W tym miejscu sugeruję, abyśmy zrobili trzy kroki wstecz.

Kultura dźwięku nie ogranicza się bowiem w żadnym wypadku do muzyki (czymkolwiek ona jest) ani nawet do ścieżek dźwiękowych filmów, słuchowisk radiowych, archiwów, domowych nagrań etc., każdy dźwięk codzienności, choćby ten najmniej istotny czy też najbardziej intymny, wart jest uwagi.

Pisząc o „kształceniu słuchu”, mam więc na myśli każde działanie, które czyni nas bardziej świadomymi i uważnymi słuchaczami, inkluzywny trening w duchu ekologii akustycznej i współczesnych nauk o dźwięku (sound studies).

*

Zainteresowanie szeroko pojętym środowiskiem dźwiękowym – wszystkimi brzmieniami natury i cywilizacji, ich znaczeniem w życiu ludzi i organizmów żywych, rolą w kulturze i sztuce – z każdym rokiem wzrasta. Od paru lat pejzaż dźwiękowy (soundscape) stał się modnym przedmiotem badań naukowych, działań artystycznych, projektów edukacyjnych, a nawet sporów politycznych. W Polsce działają prężnie Pracownia Badań Pejzażu Dźwiękowego na Uniwersytecie Wrocławskim oraz rozwijana przez Marcina Barskiego i Marcina Dymitera „Emitera” – projekt pod nazwą Instytut Pejzażu Dźwiękowego IPD; ukazują się dziesiątki, jeśli nie setki, artykułów z tej dziedziny, a kilka periodyków (m.in. „Dwutygodnik”, „Muzyka” i „Glissando”) poświęciło słuchaniu oraz studiom nad dźwiękiem numery tematyczne. Spacery dźwiękowe (soundwalk), organizowane np. przez Muzykotekę Szkolną, stały się pożądaną praktyką edukacyjną; w środowisku muzycznym zawrotną karierę robią artyści opierający swój warsztat na przeprowadzaniu nagrań terenowych (field recording), kolekcjonowaniu wyjątkowych brzmień, odgłosów oraz rejestracji szczególnych środowisk dźwiękowych, które są następnie wykorzystywane w elektroakustycznych kompozycjach (soundscape composition), w trakcie improwizowanych koncertów, do tworzenia instalacji artystycznych, interaktywnych map dźwiękowych, a nawet w eksperymentalnych aplikacjach do smartfonów. Sędziwy ojciec założyciel klasycznej kanadyjskiej szkoły pejzażu dźwiękowego z lat 70. Raymond Murray Schafer doczekał się statusu jednego z najistotniejszych autorytetów w dziedzinie muzyki eksperymentalnej i sztuki dźwięku; wymieniany jest jednym tchem z tak wybitnymi postaciami XX-wiecznej awangardy jak John Cage czy Pierre Schaeffer.

*

Warto jednak zadać pytanie, jaki jest praktyczny, polityczny, pozainstytucjonalny i pozaartystyczny sens tych wszystkich działań. Oczywiście praca ta pozwala wielu osobom, które zetkną się z nową dla nich tematyką, „otworzyć uszy”, usłyszeć świat w zupełnie nowy, świeży sposób. Zdeklarowani ekolodzy akustyczni, w tym niżej podpisany, odpowiedzą chętnie, że ostatecznym celem tych wszystkich działań jest „nastrojenie” pejzażu dźwiękowego świata na nowo – stworzenie warunków, w których ludzie zaczęliby świadomie i twórczo kształtować środowisko dźwiękowe wokół siebie, respektując przy tym fakt, że współdzielimy je z innymi istotami żywymi, które też słuchają i potrzebują się nawzajem usłyszeć, co niejednokrotnie decyduje o stabilności biosystemów i przetrwaniu gatunków.

Uprawianie studiów nad dźwiękiem ma jednak także swój wymiar codzienny. Osoby zajmujące się tą tematyką w mniej lub bardziej świadomy sposób wykorzystują swoją wiedzę w wielu dziedzinach życia. Włączają rozmaite technologie w osobiste doświadczenie słuchania, eksperymentują z dźwiękiem i z własnym słyszeniem. Praktyki te nie wymagają żadnego specjalnego przygotowania, jedynie ciekawości, odrobiny wyobraźni, umiejętności przełamywania rutyny i czasem odwagi, by zdobyć się na małe dziwactwa. Tych parę praktycznych ćwiczeń z „kształcenia słuchu” może być wstępem do głębszego zainteresowania tematyką dźwięku, ale przede wszystkim może odrobinę ułatwić życie w świecie przepełnionym najrozmaitszymi odmianami hałasu, ciszy, sygnałów i szumów.

  1. Polub wreszcie swój głos na nagraniu

Warto zacząć od głosu, bo to jeden z najważniejszych składników naszej tożsamości. Głos jest naszą „dźwiękową twarzą”, bliscy rozpoznają nas po nim, zakodowane są w nim nasze emocje, czujemy, że odzwierciedla on naszą osobowość. Wyobraź sobie brzmienie własnego głosu. Większości osób nie sprawi to problemu, często „słyszymy” go w umyśle, gdy czytamy (np. teraz). Ten nasz wyobrażony głos nie różni się znacznie od tego, który słyszymy, mówiąc. Tymczasem słuchanie samego siebie na nagraniu jest przeważne torturą nie do opisania. Nasz głos brzmi obco, odrzuca nas. Winę za ten przykry efekt przypisujemy przeważnie niskiej jakości urządzenia nagrywającego. Aby się o tym przekonać, wystarczy nagrać rozmowę kilku osób, w której samemu bierze się udział. Dyktafon nosisz zawsze przy sobie – większość współczesnych telefonów jest wyposażona w opcję nagrywania dźwięku. Odsłuchaj nagranie, skup się jednak nie na brzmieniu własnego głosu, a na głosach pozostałych osób. Czy są one tak samo zniekształcone?

Cały problem zasadza się na tym, że mamy dwa głosy, nie jeden.

Inne osoby na nagraniu nie mogą brzmieć dla nas tak obco jak my sami. Wiadomo, że fale akustyczne inaczej rozchodzą się w powietrzu, inaczej w wodzie, a jeszcze inaczej w… kościach. Nasz głos dobiega do naszych uszu nie za pośrednictwem powietrza, tylko „od środka” przez kości. Drgania, które odbieramy, różnią się zatem od tych, które (za pośrednictwem powietrza) zarejestrowały mikrofony dyktafonu. Barwa naszego głosu, tego „drugiego”, który słyszą nasi rozmówcy, jest więc łudząco podobna do tej, którą usłyszeć możemy na przyzwoitej jakości nagraniu. Nagranie jest dźwiękowym odpowiednikiem lustra, możemy się w nim przejrzeć, usłyszeć siebie takimi, jakimi słyszą nas inni. Jeśli sobie to uświadomimy, możemy poczuć się o wiele pewniej w chwili, gdy przyjdzie nam zabrać głos. O wiele łatwiej zaakceptujemy to, jak brzmimy w radiu, przez Skype’a czy na filmiku, który opublikowaliśmy w sieci. Nie czyni to w żadnym wypadku mniej ważnym ani mniej „prawdziwym” tego naszego wewnętrznego głosu, który jest słyszalny tylko dla nas. Wręcz przeciwnie, czyni go to jeszcze bardziej wyjątkowym: ekstremalnie prywatnym, wręcz intymnym. Możemy zacząć mówić i myśleć w innym języku, ale ten „pierwszy” głos nadal będzie nam towarzyszył. Jest integralnym elementem naszej osobowości i może to dobrze, że jak dotąd nie wynaleziono urządzenia, które pozwalałoby go utrwalić.

  1. Posłuchaj raz jeszcze tego samego

Praca z własnym głosem uczy przede wszystkim, jak subiektywnym doświadczeniem jest słyszenie. Na to, co usłyszymy, wpływają warunki akustyczne, rodzaj środowiska dźwiękowego, ale też czynniki osobiste, takie jak koncentracja, poczucie komfortu, stan zdrowia, nastrój. Nasz sposób słuchania zmieniamy w zależności od okoliczności – inaczej słuchamy, kierując samochodem, inaczej prowadząc audycję radiową. Jak dotąd posłużyliśmy się nagrywaniem, żeby usłyszeć samych siebie, teraz spróbujmy za pomocą technologii dowiedzieć się trochę więcej o tym, jak słuchamy.

Świetnym przykładem może być dziennikarska praca nad wywiadem. Jeśli nagrana za pierwszym razem rozmowa była autentyczną dyskusją na określony temat, a nie jedynie próbką głosów rozmaitych osób, możemy skopiować ścieżkę dźwiękową na dysk komputera, odtworzyć ją kilkakrotnie i spisać poszczególne wypowiedzi w pliku tekstowym. Zapisując rozmowę, zdajemy sobie nagle sprawę z tego, jak wiele treści było w niej zawartych, jak wiele wątków nam pierwotnie umknęło, jak wiele zaszło w trakcie tej krótkiej wymiany zdań drobnych nieporozumień, powtórzeń, omyłek. Każde zająknięcie okazuje się nagle znaczące, a jego pominięcie na piśmie zmienia sens wypowiedzi. Słuchając danej sytuacji po raz drugi, nie skupiamy się na tym, co się wydarzy, lecz możemy przestawić się na bardziej analityczny sposób odbioru. Wielokrotnie odtwarzając te same dźwięki, pogłębiamy nasze zrozumienie nagranej sytuacji dźwiękowej. Już nie tylko słowa, ale też odgłosy tła zdają się tworzyć spójną historię. Warto w tym celu podłączyć do urządzenia przyzwoite słuchawki nauszne lub zewnętrzne głośniki – głośniczki wbudowane w telefony i laptopy są do tego stopnia zminiaturyzowane, że wielu rzeczy możemy na nich po prostu nie usłyszeć.

Dźwięki otoczenia możemy czytać tak jak słowa, przypisując im określone znaczenia, tworząc na ich podstawie spójny obraz określonej sytuacji. Nagraj tym razem nie mowę, ale krótką próbkę odpowiednio ciekawego środowiska dźwiękowego (dźwięków miasta, podwórka, miejsca pracy, domu, restauracji, targowiska). Odsłuchaj swoje nagranie kilkanaście razy. Możesz spisać występujące na nim dźwięki i ich umiejscowienie w czasie, wyszukać dźwięki ciągłe (jak szum wody, brum wentylatorów), skategoryzować brzmienia w zależności od ich źródła, głośności czy wysokości dźwięku, ocenić, które z nich są przyjemne, a które irytują. To proste ćwiczenie w duchu „czyszczenia uszu” (ear cleaning), opracowanej przez Schafera metody edukacyjnej, której celem jest wykształcenie u uczniów umiejętności uważnego słuchania. Przy wnikliwej analizie nawet z chaosu dźwięków miasta wyłania się pewien wyższy porządek – z hierarchią sygnałów ostrzegawczych, światłami dyrygującymi ruchem samochodowym, brzmieniami przypisanymi do określonych godzin, dni tygodnia i pór roku.

  1. Sfonografuj, zamiast fotografować

Skoro już trochę oswoiliśmy się z recorderem, choćby z tym w telefonie, możemy świadomie ustawić ostrość, wybrać cel i wykadrować kilka ciekawych ujęć. Nagrywanie ćwiczy słuch tak, jak fotografowanie uczy spostrzegawczości. Pozwala zarejestrować atmosferę miejsca w odmienny sposób niż zdjęcie czy film, inaczej postawione są akcenty, inne…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak postępuje moralność