Wprawdzie minione stulecie uchodzi na tym tle za skąpane we krwi, jest to ponoć jednak subiektywne odczucie tych, którym przyszło w nim żyć. Z naukowego punktu widzenia liczba ludzi zabitych w konfliktach zbrojnych nieprzerwanie maleje i nie ma powodu zakładać, by ten trend miał się odwrócić. Dokonuje się zatem potężna zmiana – po tysiącleciach krwawych rzezi ludzkość wkracza na ścieżkę Długiego Pokoju.
Tę popularną tezę głosi m.in. Steven Pinker, psycholog i językoznawca z Uniwersytetu Harvarda, autor liczącej niemal tysiąc stron książki Zmierzch przemocy[1], zawierającej dodatkowo imponującą liczbę wykresów i statystyk. Praca ta nie tylko stała się międzynarodowym bestsellerem, ale i zapoczątkowała coś na kształt współczesnej ortodoksji, gdzie o przejściu od przemocy do altruizmu mówi się tak powszechnie, jakby to była oczywistość. Należy przyznać, że Pinker uzasadnia swój pogląd z niesłychaną erudycją, śmiało łącząc rozważania o prehistorii z analizą dzisiejszych czasów. Stara się wykazać przede wszystkim, że świat przednowoczesny był o wiele bardziej brutalny, niż nam się wydaje. Przykładowo, choć antropolodzy wielokrotnie z uznaniem pisali o pokojowym współżyciu Inuitów czy członków plemienia Kung, to wskaźnik morderstw sięga tam poziomu współczesnego, upadłego Detroit. W Europie natomiast ryzyko śmierci z rąk drugiego człowieka jest dziś bez porównania mniejsze niż kilkaset lat temu i nie chodzi tylko o spadek liczby zabójstw, ale i zniesienie barbarzyńskich praktyk, takich jak ofiary z ludzi, tortury czy kara śmierci. Również przemoc w stosunku do kobiet, dzieci i zwierząt ciągle maleje. Ten „proces cywilizacji”, jak za Norbertem Eliasem nazywa go Pinker[2], ma wynikać w dużej mierze z rosnącej siły państwa, które w większości wysoko rozwiniętych krajów skutecznie zapewniło sobie monopol na stosowanie przemocy. Należy do tego oczywiście dodać inne zjawiska, tak zróżnicowane, jak wynalazek druku, emancypacja kobiet, ideały Oświecenia czy rozwój empatii.
Pinker nie jest pierwszym ani jedynym głosicielem tej nowej ortodoksji. Warto przy okazji wspomnieć choćby Joshuę Goldsteina, specjalistę od stosunków międzynarodowych, który jakiś czas temu opublikował z Pinkerem w „The New York Timesie” artykuł zatytułowany War Really Is Going Out of Style (Wojna wychodzi z mody)[3], a podobne tezy głosił też w swojej pracy Winning the War on War (Zwycięstwo w walce z wojną), wydanej w tym samym roku co książka Pinkera[4]. O wiele wcześniej, bo już w 1989 r., politolog John Mueller twierdził w Retreat from Doomsday (Odwrocie od zagłady)[5], że instytucja wojny zanika, konflikty zbrojne zaś będą odtąd bardziej przypominały porachunki gangów. W ogóle wydawało się wtedy, że liberalna demokracja właśnie rozpoczyna swój triumfalny pochód, który Francis Fukuyama ochrzcił mianem „końca historii”, co oznaczać miało kres wojen na szeroką skalę, toczonych przez rywalizujące ze sobą ustroje polityczne[6].
Idealizacja Oświecenia
Współcześnie jeszcze jednym zwolennikiem teorii długiego pokoju zdaje się Peter Singer, słynny utylitarysta, który w „The New York Timesie” chwalił Zmierzch przemocy jako „mistrzowskie dokonanie Pinkera, przekonująco wyjaśniające, dlaczego przemoc traci na znaczeniu”[7]. W najnowszej książce opisuje on dodatkowo altruizm jako „wyłaniający się ruch”, mający potencjał, aby fundamentalnie zmienić nasz dotychczasowy sposób życia[8]. Zdaniem Pinkera i Singera ta fala altruizmu to głównie dziedzictwo myślenia oświeceniowego. We wspomnianej recenzji Zmierzchu przemocy Singer pisze, że „w XVII i XVIII w., czyli w dobie Oświecenia, w Europie i na obszarach jej podległych dokonała się istotna zmiana. Zaczęto krzywo patrzeć na formy przemocy, które dotąd wydawały się oczywiste: niewolnictwo, tortury, tyranię, pojedynkowanie się czy brutalne sposoby karania. Pinker nazywa to »rewolucją humanitarną«”[9].
Także tutaj obydwaj autorzy wyglądają jak współcześni ortodoksi, którzy w obliczu kryzysu wartości chcieliby za wszelką cenę powrócić do mitycznych „ideałów Oświecenia”. Tyle że nie były one wcale tak jednoznacznie dobroczynne, jak się dziś często sądzi. Warto pamiętać, że John Locke odmawiał rdzennym Amerykanom wszelkich praw do ich ojczystego terytorium, a Wolter głosił „preadamicką” teorię rozwoju ludzkiego, zgodnie z którą Żydzi są potomkami istot człekokształtnych „gorszego sortu”. Jakby tego było mało, Immanuel Kant utrzymywał przecież, że osoby czarnoskóre są z natury predysponowane do niewolnictwa, utylitarysta Jeremy Bentham wsławił się zaś projektem Panoptikonu, czyli więzienia doskonałego, w którym skazańców poddawano by bezustannemu nadzorowi. Żadne z tych pomysłów nie są oczywiście przez Pinkera i Singera komentowane. Nie ma u nich również wzmianki o bardziej ogólnym zjawisku, jakim w myśleniu oświeceniowym był silny nurt antyliberalny, doskonale widoczny u jakobinów czy później u bolszewików, dla których metodyczna przemoc stanowiła narzędzie inżynierii społecznej.
Pinker, jak wielu innych, zaprzecza istnieniu ciemnej strony Oświecenia. Jak bowiem filozofia rozumu i tolerancji mogłaby być uwikłana w masowe morderstwa?
Za ich przyczynę należy uznać wyłącznie złowrogie hasła kontroświecenia. Kiedy Pinker omawia XX-wieczne zbrodnie, z Holokaustem na czele, daje do zrozumienia, że wspólnym mianownikiem nazizmu i komunizmu była kontroświeceniowa utopia, którą głosiły. Czytając Zmierzch przemocy, nie dowiemy się, że „naukowy rasizm” nazistów opierał się na teoriach, których rodowód sięga tak prominentnych myślicieli Oświecenia jak Francis Galton, wiktoriański psycholog i pasjonat eugeniki. Takie związki dla Pinkera są co najwyżej aberracją i wypaczeniem myślenia, które w swojej istocie pozostaje nieskazitelne. Innymi słowy, wszystkie okropności, których dopuszczono się w imię Oświecenia, albo brały się z niezrozumienia jego przesłania, albo były skutkiem obcych wpływów. Dziecinna prostota tego rozumowania przywodzi na myśl niektórych chrześcijan pytających, jak religia miłości może odpowiadać za zbrodnie inkwizycji. W obydwu przypadkach polemika jest niemożliwa, są to bowiem wyznania wiary, a nie logiczna argumentacja.
Pogląd głoszący, że wojny zanikają wraz z „procesem cywilizacji”, nie jest zresztą niczym nowym. August Comte już na początku XIX w. sugerował, że nasza zdolność do empatii zależy od wzrostu racjonalności, i zmierzał do ustanowienia „religii ludzkości” – świeckiego credo, opartego na frenologii, czyli najbardziej zaawansowanej „nauce” tamtych czasów. Pinker i Singer nie odwołują się wprawdzie do Comte’a, ale jego idee mocno kształtują ich sposób myślenia. Comte – notabene, autor terminu „altruizm” – także wierzył, że ludzkość, a przynajmniej jej najwyżej rozwinięci przedstawiciele, staje się coraz bardziej dobroczynna i bezinteresowna. Równocześnie był zajadłym krytykiem liberalizmu, przekonanym, że samodoskonalenie się ludzi doprowadzi w końcu do wykształcenia się organicznego sposobu życia, czegoś na kształt średniowiecznego ładu społecznego, który (mimo całej swojej niechęci do tradycyjnych religii) zawsze podziwiał. Nieprzejednany antyliberalizm Comte’a niepokoił jego ucznia Johna Stuarta Milla, który przewidywał nawet, że w niedalekiej przyszłości troska o przyrost naturalny stanie się powszechnym obowiązkiem ludzkości, co położy kres jednostkowej wolności. Wygląda jednak na to, że prognozy te były przedwczesne. Choć ludzie istotnie zdolni są do empatii, nie stają się przez to automatycznie bardziej altruistyczni ani pokojowo nastawieni.
Równowaga strachuWróćmy jednak do obrazu kurczącej się przemocy, który malują przed nami nowi ortodoksi, i spróbujmy uważniej przyjrzeć się ich uzasadnieniom. Jednym z koronnych argumentów ma być malejąca liczba ofiar wśród żołnierzy biorących udział w walkach. Część krytyków, takich jak John Arquilla, słusznie wskazuje jednak, że główną tego przyczyną jest tzw. równowaga strachu, czyli zaniechanie działań zbrojnych na szeroką skalę z obawy przed użyciem broni jądrowej. Pinker pomniejsza rolę atomu, wskazując, że stosowanie innych środków masowego rażenia, takich jak gaz trujący, nigdy w przeszłości skutecznie nie przeciwdziałało wojnom. Tyle tylko że broń jądrowa jest bez porównania bardziej niszczycielska. Żaden poważny historyk wojskowości nie wątpi, że to strach przed jej użyciem zapewnia dziś pokój między mocarstwami. Inni zaś przypominają, że mniejszej śmiertelności wśród żołnierzy towarzyszy stale rosnąca liczba ofiar wśród ludności cywilnej. W I wojnie światowej cywile stanowili jeszcze tylko 10% ofiar, w II już ok. 50%, a w trakcie wyniszczającego konfliktu w Kongu ich odsetek sięgał 90%. Pinker ma naturalnie rację, że światowe potęgi unikają dziś bezpośrednich konfliktów zbrojnych, ale nie zapominajmy, że wielokrotnie wykorzystywały one do walki wojny zastępcze. Wystarczy wspomnieć neokolonialne konflikty w Azji Południowo-Wschodniej, tłumienie powstań w Kenii i Malezji przez Brytyjczyków, wojnę domową w Angoli, inwazję ZSRR na Węgry, Czechosłowację i Afganistan, wojny w Wietnamie i w Zatoce Perskiej, tajne operacje na Bałkanach i na Kaukazie, agresję na Irak, naloty na Libię, cyberataki Rosji w republikach bałtyckich czy wreszcie wojnę między Rosją a Stanami Zjednoczonymi, która nadal toczy się na Ukrainie – a to i tak nieliczne spośród przykładów. Prawdą jest również, że zmienił się sposób prowadzenia wojen, przez co wcale nie stały się one jednak mniej niszczycielskie. Kiedyś były głównie pojedynkiem stabilnych państw, które w każdym momencie mogły ogłosić rozejm. Dziś są to najczęściej konflikty wielostronne, toczone w dodatku na terytorium państw upadłych, które nie są w stanie ich zakończyć. W tych wojnach walczą zarówno uzbrojeni partyzanci, zabijający z zemsty lub w imię religii, jak i wysoko opłacani najemnicy, rekrutujący się z najlepszych armii świata. Dla jednych i drugich normalnością stały się ataki na cywilów. Przykładem takiego typu wojny jest wyniszczający konflikt w Syrii, gdzie głodzenie ludności i rujnowanie miast stosuje się jako strategiczne metody walki. Kolejny argument Pinkera, o tym, że do zmniejszenia liczby zabójstw przyczynił się monopol państw na stosowanie przemocy, również nie jest pozbawiony racji. Pamiętajmy jednak, że władzy państwowej używano także do mordowania na masową skalę. Dzięki odkryciom historyków wiemy dziś, że eksterminacji Żydów w czasie II wojny światowej, zwłaszcza w Związku Radzieckim (tzw. Holokaust od kul), dopuszczono się na skalę o wiele większą, niż dotąd przypuszczano. Miliony istnień pochłonęła kolektywizacja wsi, oznaczająca w praktyce klęskę głodu, zsyłki do gułagów i operacje wojskowe przeciwko opornym regionom. Z kolei państwowy terror Mao Tse-tunga odebrał życie ok. 70 mln ludzi, a ilu bezpowrotnie je zniszczył, trudno nawet oszacować. Nie jest jasne, jak te wszystkie okropności mają się do wizji Długiego Pokoju. Pinker w każdym razie posuwa się do stwierdzenia, że liczba ofiar zbrodni XX w….