– Najgorzej, gdy się nie pożegnasz, wtedy umarli wracają. Przez ściany, dach, okna. We śnie. Brata mojego, jak utonął, śniłam rok czasu! Z lampą wchodził do izby, grzał ręce przy kaflach i śpiewał. Czekaj no, co on takiego śpiewał? Nie mogę sobie przypomnieć. Czasem przychodził zły, wtedy zrzucał fajerki, jakby chciał powiedzieć: „No, spytaj mi się, no spytaj”. No to pytałam: „A co tak, Wituś, po domu się tłuczesz, brak ci czego?”. A on prosił, żebym ja mówiła 40 razy „Ojcze nasz” i 40 razy „Zdrowaś Maryja” i 40 „Wieczny odpoczynek”. Za jego duszę. Co dzień. I ja mówiła. Aż przyszedł raz we Wszystkich Świętych i tyko tak popatrzył, głowę schylił, więcej nic. Ksiądz mi potem tłumaczył, że Wituś onego dnia z pokuty zeszedł. Pani Hela. Miała 86 lat. Niska, okrąglutka, w jaskrawej chustce na głowie. Nazywałam ją „tą, która tka”. Zresztą w sprawie lnu do niej wtedy przyszłam. Chodziło o soroczkę, koszulę, którą utkała dla swojego męża „na śmierć”. Chciałam też znowu usłyszeć opowieść o tym, jak przed wojną, jeszcze na Białorusi, kołysała się na warkoczach z lnu przywieszonych u sufitu w chałupie. Usiadłyśmy w zimnej izbie, dopiero co bielonej. Uparła się, żeby pokazać mi, gdzie będzie leżeć do trzeciego dnia, jak już umrze, rzecz jasna. Tłumaczyła: – Na desce przykrytej białym prześcieradłem ustawią trumnę ze mną. Na ścianie przy głowie zawieszą kapę, a na niej krzyż albo obraz. Może Maryjkę znad łóżka w niebieskiej sukience? Do trumny chciała zabrać kilka rzeczy. Na przykład wazonik z gołąbkami, który dostała w prezencie na imieniny. Mężowi, też tu leżał, sama włożyła laskę i kapelusz. – Chciałam harmonię wepchać, ale się nie mieściła. Jak sobie przypomnę, jak on na tej harmonii grał, oj. I tak, i tak, i z boku, i przed nogami. Czasem i pół wioski się zeszło, żeby posłuchać, bo całą muzykę w sercu się od razu czuło, nie tylko po skórze….
Autorka opowieści reporterskich Marlene, Papusza, Stryjeńska. Diabli nadali, współautorka książki Krótka historia o długiej miłości.