Subskrybuj
Dziennikarz i publicysta portalu Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta thinkzina Nowa Konfederacja; pisze dla Polskiego Radia 24, TVP.INFO, „Gazety Polskiej", kwartalnika „Fronda LUX" i tygodnika opinii TYGODNIK.TVP.

Kobiety rewolucji, zakładniczki patriarchatu

Kobiety pierwszej Solidarności wywodziły się zarówno z PRL-owskich klas ludowych, jak i z ówczesnej inteligencji: współtworzyły nową, krótkotrwałą wspólnotę.

Reportaż historyczny Kobiety Solidarności pióra Marty Dzido to niebezpieczna książka. Groźna dla tych, którzy chcieliby, żeby pamięć o pierwszej Solidarności stanowiła jedynie formę uładzonego, sentymentalnego narodowego mitu. Kłopotliwa też dla tych, którzy chcieliby w ruchu społecznym / związkowym z lat 80. XX w. widzieć tylko formę legitymizacji ich późniejszej postopozycyjnej władzy i transformacyjnych form zarządzania staro-nowym państwem. Wreszcie to lektura niewygodna dla wszystkich, których złości słowo „patriarchat” i negują / wypierają ze świadomości prosty a znamienny fakt, że role kulturowe dotyczące płci są przemożnym determinantem historycznym, społeczno-gospodarczym, politycznym. A choć książkę Dzido czyta się lekko, nie jest to treść niezobowiązująca. To subtelne, wyrafinowane przez stonowane podanie argumentów i ukazanie różnych perspektyw oskarżenie pod adresem naszego świata, który powstał na gruzach Polski Ludowej.

Potrzebne będzie szersze odmalowanie tła. Jedną z mało znanych polskiemu czytelnikowi książek, która wprost podejmuje temat praw kobiet w czasach pierwszej Solidarności, jest Walka klas w bezklasowej Polsce Sławomira Magali. Autor ukrywający się pod pseudonimem Stanisław Starski, obecnie profesor zarządzania międzykulturowego na Uniwersytecie Erazma w Rotterdamie, w listopadzie 1981 r. konspiracyjnie przekazał swoją pracę do druku amerykańskiemu lewicowemu wydawnictwu South End Press.

Fenomenalne jest to, że Magala w początkach pierwszej Solidarności podjął genderową tematykę, która przez lata stanowiła w rodzimym dyskursie temat na pograniczu tabu i niszy. A równocześnie połączył ją z wyraziście ukazaną i solidnie przemyślaną perspektywą ekonomiczno-klasową. Interesujący jest również fakt, że tego typu, nowatorską jak na tamte miejsce i czas, analizę przedstawił autor, który nie należy do feministycznego nurtu opowiadania o Solidarności, zatem trudno mu zarzucić ideologiczne okulary.

*

Warto szkicowo omówić rozdział 13. zatytułowany Prawa kobiet. Zacznę od drobnego cytatu: „W Polsce Ludowej nie istnieje ruch wyzwolenia kobiet jako taki, nie istniała też żadna organizacja, która starałaby się osiągnąć cele polityczne poprzez zorganizowanie kobiet w odrębną grupę. (…) Jedynym przejawem wyzwolenia były mocno nagłaśniane przypadki kobiet wchodzących w skład niektórych politycznych organów decyzyjnych. Kobiety zawsze jednak odgrywały w nich rolę pionków. Brakowało zarówno spójnej polityki wobec kobiet, jak i polityki personalnej”.

Magala zwraca uwagę, że w czasach Polski Ludowej dokonała się faktyczna, po części wymuszona specyfiką ustrojową, emancypacja kobiet, szczególnie z niższych i na PRL-owską modłę średnich warstw społecznych. Pierwszym jej źródłem było powszechne uczestnictwo kobiet w ogólnym awansie zawodowym, wynikającym z industrializacji. I tak część zawodów, wcześniej tradycyjnie zdominowanych przez mężczyzn, otworzyło się na kobiety pod naporem podaży pracy. Wszak najpierw spawaczka, a później suwnicowa Anna Walentynowicz była dzieckiem swojej epoki, która w perwersyjny sposób łączyła ład neofeudalny z industrializacją na miarę okołoradzieckiego socjalizmu. Emancypacja kobiet w PRL była też pośrednim skutkiem propagandy  państwowej, która głosiła całkowite zniesienie dyskryminacji ze względu na płeć. Jak stwierdza Magala: „(…) to przechwalanie się doprowadziło do większego zaangażowania kobiet, chociaż w żaden znaczący sposób nie zmniejszyło ich obciążenia pracą w domu ani nie zapewniało żadnego spójnego programu ulżenia kobietom w obowiązkach związanych z gospodarstwem domowym”.

Drugim potężnym czynnikiem budującym względną niezależność kobiet w czasach Polski Ludowej była urbanizacja. Ogromna migracja z małych tradycyjnych wspólnot do dużych skupisk ludności, również stanowiących nowo przybyły żywioł, skutkował m.in. większą obyczajową i światopoglądową swobodą. Prowadziło to do dużych kulturowych przeobrażeń w życiowych planach kobiet, włączając w to obyczaje seksualne. Równocześnie transformowała PRL-owska postchłopska, noworobotnicza, nowourzędnicza, nowointeligencka rodzina: od wspólnoty zdominowanej przez mężczyznę do „wspólnoty partnerskiej”, w której możliwe było, że kobieta nie tylko zarabia więcej, ale jest w pełni świadoma, że przynajmniej formalnie socjalistyczne państwo traktuje ją równoprawnie. Jednak w obrębie autorytarnego porządku niezmiernie trudno było stworzyć realnie oddolny ruch kobiecy na rzecz praktycznego przepracowania zachodzących w życiu codziennym głębokich zmian, np. w formie dalszych instytucjonalno-legislacyjnych udogodnień.

Co więcej, pogłębiający się kryzys gospodarczy końca lat 70. XX w. znów zaczął wpychać kobiety w objęcia tradycyjnego podziału ról. Trudna sytuacja ekonomiczna zaczęła ponownie spychać polskie rodziny w stronę tradycyjnego, budującego wysoką pozycję mężczyzny modelu: „nie dlatego, że rodziny same powróciły do tego schematu, ale dlatego, że kobiety musiały poświęcać więcej czasu na codzienne prace i zajęcia, przejmując ponownie pozycję osoby zajmującej się gospodarstwem domowym. Nie był to więc nawrót męskiej dominacji jako takiej, ale zjawisko »większego nakładu pracy po stronie żony«”.

*

Celowo pozwoliłem sobie na nakreślenie szerszego tła dla Kobiet Solidarności Dzido. Odnoszę bowiem wrażenie, że łatwiej nam opisać przyczyny wygasania i argumenty za potrzebą rekonstrukcji okołosolidarnościowego mitu, niźli uchwycić specyfikę ówczesnej sytuacji Polek, należących do różnych warstw społecznych niby-socjalistycznego społeczeństwa. W dużej mierze wynika to z kwestii pokoleniowych: współczesne kobiety, dzisiejsze dwudziestoparolatki, trzydziestolatki, czterdziestolatki, pięćdziesięciolatki, znają już wyłącznie pierwszą Solidarność jako zapośredniczony w cudzym doświadczeniu obraz fenomenu. Lecz nie poznały samego zjawiska poprzez współuczestnictwo. Podobnie dla znacznego już grona aktywnych zawodowo / kulturowo mężczyzn pierwsza Solidarność jest jedynie przymglonym toposem: może rzewnym, może wyszydzanym, może kompletnie już obojętnym. Na marginesie: gdy późną zimą tego roku stałem na dachu Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku i w mglisty przymorski dzień wpatrywałem się w monumentalne stoczniowe dźwigi, to dojmująco czułem, że intelektualnie i emocjonalnie działają we mnie cudze wspomnienia, obce przeżycia, usłyszane i przeczytane historie. A przecież jest to ten fragment rodzimej historii, z którym…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Przepis na głód