Marion, jak rzadko który współczesny filozof, prowadzi refleksję o Bogu w sposób nowatorski i niezależny, dokonując hermeneutycznej analizy dzieł takich autorów, jak m.in. Nietzsche, Hörderlin i Heidegger. Autor odrzuca utrwaloną od czasów Tomasza z Akwinu i zradykalizowaną przez Kanta różnicę między filozofią (porządkiem rozumu i wiedzy) a teologią (porządkiem wiary i objawienia). Uprawia więc „teologię filozoficzną”, tj. myślenie, które z jednej strony przyjmuje cały korpus doktrynalny wiary chrześcijańskiej, ale z drugiej – nie zadowala się raz udzielonymi odpowiedziami, które sugerują, że to tradycja tomistyczna ma stanowić o mierze i granicach ortodoksji.
Pojawia się jednak pytanie: czy rzeczywiście można „bezkarnie” łączyć teologię z filozofią, ignorując całą wcześniejszą tradycję intelektualną z jej podziałami i regułami? Gest francuskiego filozofa to świadomy ruch, odwołanie do chrześcijańskiej tradycji starszej niż myśl św. Tomasza, mianowicie do teologicznego dyskursu Pseudo-Dionizego Areopagity, w którego czasach teologia i filozofia były nierozdzielne.
Marion bardzo poważnie traktuje ateistyczną krytykę Boga i religii, zwieńczoną i doprowadzoną do ostatecznych konsekwencji przez Nietzschego. Ta wnikliwie analizowana krytyka znajduje swoje uzasadnienie w idolatrycznej koncepcji Boga, za którą odpowiedzialna jest metafizyka. Dla metafizyki coś ma wartość o tyle, o ile istnieje, a przez to może zostać pojęte, wpisane w obiektywny, przyczynowo-skutkowy porządek bytu. I tak np. metafizyczne określenia Absolutu, takie jak pierwsza przyczyna czy byt konieczny, przyjęte w sposób dosłowny i bezkrytyczny, tj. jako rzeczywiste, składające się na postać Boga atrybuty, prowadzą człowieka do idola – fałszywego boga. Oznacza to, że „śmierć Boga” dotyczy dziś nie tyle Boga, ile jedynie metafizycznego idola, którego można nazwać, zrozumieć, oswoić, a przez to „zobaczyć i dotknąć”, pojąć, a w końcu… zabić. W takiej pozornej sile…