Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Bezużyteczne rozkosze

Po co motylom różnobarwne skrzydła? Dla zmylenia przeciwnika, by ptak zaatakował skrzydła, a nie np. odwłok czy głowę? By upodobnić się do kwiatów i ukryć? Wydawać się może, że mamy do czynienia ze sterowaną ewolucją, tak nieprzypadkowe i przemyślane jest to, z czym obcuje się, badając motyle.

Anna Mateja: Motyle – po grecku lepidoptera, czyli łuskoskrzydłe, bo nanostruktury łusek, pokrywających skrzydła owadów, rozpraszają światło w sposób, który wydobywa z nich kolory.

Adam Warecki: W co trudno uwierzyć nawet wykształconym, inteligentnym ludziom. Jakie łuski? Przecież to różnobarwny puder, który zostaje na palcach po dotknięciu motylego skrzydła… Tymczasem łuski mają wszystkie motyle, poza niepylakami – np. apollo czy mnemozyną – których końcówki skrzydeł, szczególnie górnych, są nieopylone, czyli pozbawione łusek. Wszystkie gatunki odtwarzają na skrzydłach barwy znane nam z tęczy, która też przecież powstaje na skutek rozszczepienia pasma światła.

 

Dlaczego neurolog zajmuje się takimi problemami? I jeszcze wydał pierwszy w kraju atlas bionomii motyli dziennych Polski z własnymi fotografiami gąsienic, poczwarek oraz imago, opatrzonych komentarzem na temat motylich siedlisk i zwyczajów.

Pełna odpowiedź na to pytanie wymagałaby ode mnie poznania przyczyn, dlaczego interesuje mnie przyroda. Tego nie potrafię powiedzieć. Tak po prostu mam. I to od dziecka. Miałem parę lat, kiedy obserwowałem w ogrodzie wszędobylskie bielinki kapustniki i na prośbę mamy strącałem z liści kapusty czy kalafiora jego gąsienice. W ferworze ocalania dobrostanu warzywnika zabiłem motyla. „Te zostaw w spokoju” – usłyszałem od mamy. „To cytrynek [ fachowo: latolistek cytrynek, z rodziny bielinkowatych – tej samej co kapustnik]. On nie jest szkodnikiem”. Tym sposobem dowiedziałem się, że motyle są różne i nie wszystkie utrudniają człowiekowi życie.

Inną obserwacją podzielił się ze mną dwa lata starszy brat. Na nieotynkowanej ścianie naszego domu na przedmieściach Gorlic wisiało mnóstwo poczwarek. Brat zauważył, że powstały one z różnokolorowych gąsienic, które przemieściły się na ścianę z kępy pokrzyw rosnących za ogrodzeniem naszej działki. Potem razem obserwowaliśmy, jak poczwarkę opuszcza imago, czyli dorosły owad. Były to rusałki: admirał, ceik, kratkowiec, pawik, pokrzywnik. Wszystkie gatunki związane z pokrzywami. Na początku lat 70., kiedy nie stosowano na masową skalę oprysków, a gospodarze wykaszali trawę kosami, taka różnorodność motyli w jednym miejscu była jeszcze możliwa. Intrygował mnie nieznany mi wówczas proces, za sprawą którego z kosmatej gąsienicy mozolnie wdrapującej się na mur, by tam zastygnąć w postaci poczwarki, kilka dni później powstaje owad z imponującymi, niemal artystycznie wykonanymi skrzydłami.

 

„Był to Paź żeglarz” – napisał w opowiadaniu Rzadki motyl Kornel Filipowicz, który jako dziecko fascynował się motylami równie entuzjastycznie jak Pan. „Jego widok po prostu zapierał mi dech w piersiach. Jakże bardzo pragnąłem go wtedy mieć – złowić, mieć trzepoczącego się w siatce, trzymać go w dłoni, potem, ach oczywiście, zatruć go chloroformem, rozpiąć jego piękne skrzydła na deseczce, przebić go szpilką, mieć go w zbiorach! Móc często patrzeć na niego!…”.

Nigdy nie złapałem motyla do siatki.

Nie interesuje mnie kolekcjonowanie – posiadanie martwych okazów pod szkłem, które mógłbym podziwiać w każdej chwili.

Mnie od dziecka pociągało obserwowanie motyli, podpatrywanie ich zachowań. Chciałem je widzieć żywe. I nie musiałem ich mieć. Pierwszym przewodnikiem po motylim świecie była dla mnie książka wydana w Czechosłowacji – Jaroslava Tykacˇa Poznávejme motýly. Nazwy umieszczone pod kolorowymi zdjęciami martwych owadów nie zawsze były prawidłowe, a informacje o nich zaledwie podstawowe. Ale to już było coś, bo w latach 70., kiedy dorastałem, nie było w Polsce literatury, która przedstawiałaby wszystkie gatunki występujące u nas czy w Europie. Książka informowała też, na jakich roślinach poszczególne gatunki składają jaja, jak wyglądają gąsienice, jakie są ich rośliny żywicielskie, gdzie znajdują się siedliska poszczególnych gatunków. Do momentu rozpoczęcia studiów medycznych motyle były obecne w moim życiu ustawicznie. Poznawanie przyrody, bo poza życiem łuskoskrzydłych zgłębiałem właściwie wszystko, co je otaczało, było drugim torem obok normalnego życia, na które składały się szkoła, dziewczyny, zapasy… Właśnie – od piątej klasy szkoły podstawowej trenowałem zapasy w stylu klasycznym i w wieku 17 lat wygrałem międzynarodowy turniej zapaśniczy w Suczawie w rumuńskiej części Bukowiny. Co kupiłem za nagrodę finansową?

 

Coś o motylach, jak się domyślam.

Do dzisiaj to mam: Fluturi din România – małą encyklopedią ilustrowaną motyli Rumunii. I drobne prezenty dla rodzeństwa. Żaden tam drobny handel transgraniczny, uprawiany wówczas przez turystów, także przez moich kolegów i instruktorów, ale przyroda. Mimo to, gdy nauczyciel zasugerował: „Spróbuj zdawać na medycynę”, dałem się przekonać, że mając tak dużą wiedzę przyrodniczą, powinienem inaczej ją wykorzystać i zrezygnowałem ze studiowania biologii.

Dalsze poznawanie świata motyli zarzuciłem na wiele lat: najpierw nauki w Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, później specjalizacji z neurologii. Wróciłem do owadów, gdy zostałem ordynatorem oddziału neurologiczego Szpitala Wojskowego w Przemyślu i miałem bardzo dużo obowiązków. Ale może właśnie dlatego w 2001 r. zająłem się motylami z zamiarem fotograficznego przedstawienia życia wszystkich gatunków dziennych występujących w Polsce, także rzadkich i pojawiających się u nas co jakiś czas: od jaja przez gąsienicę i poczwarkę do imago. W opisach zamierzałem się skupić na ich bionomii – powiązaniach poszczególnych gatunków z otoczeniem, roślinami oraz innymi zwierzętami, na ich zwyczajach i zachowaniach.

Zdjęcia musiały więc być zrobione w naturalnym środowisku, nie w gablocie. Stadia wielu gatunków fotografowałem po raz pierwszy. Odkryłem miejsca w nauce wcześniej nierozpoznane jako obszary występowania niektórych z nich. Także w opisach, które opierałem nie tylko na fachowej literaturze, ale przede wszystkim na własnych obserwacjach, nie brakuje informacji wcześniej nieznanych. Inna sprawa, że nie było wówczas publikacji, która ujmowałaby temat w sposób całościowy i wyczerpujący. Kiedy kilka lat później, już po wydaniu Motyli dziennych Polski w 2010 r., rozpocząłem fotografowanie motyli Europy (pracę planuję zakończyć ok. 2020 r.), miałem te same cele: po raz pierwszy zebrać fotografie stadiów rozwojowych motyli w jednej publikacji i je opisać. Tyle że przy tej pracy mam dużą przyjemność korzystać z pomocy kolegów z zagranicy – od nich dowiaduję się, w jakich warunkach i biotopach poszczególne motyle się pojawiają.

 

Żeby zrobić dobre zdjęcie motyla, trzeba umieć do niego podejść, mieć właściwe światło, nauczyć się na niego czekać, a przede wszystkim wiedzieć, gdzie go szukać. Filipowicz, jak pisał w cytowanym opowiadaniu, czekał na możliwość obserwowania z bliska pazia żeglarza pół wieku… Gdzie trzeba jechać i jakie zwyczaje znać, żeby go w Polsce zobaczyć?

Istotne jest znalezienie siedliska motyla. Paź żeglarz jest ciepłolubny, pochodzi z południa Europy. Składa jaja dwa razy w roku – na przełomie kwietnia i maja oraz, w drugim pokoleniu, od końca lipca do połowy sierpnia. Dawniej uważano, że pojawia się w porze kwitnienia bzów… Pięknie brzmi, ale to nieprawda: po pierwsze, w maju nie kwitnie bez, tylko lilak zwyczajny (Syringa vulgaris, a nie Sambucus), po drugie – żeglarze z dużymi, finezyjnie wykończonymi skrzydłami widywałem już pod koniec kwietnia. Mówiono, że najłatwiej spotkać go w Bieszczadach. Znowu: to już nieaktualne. Ustaliłem, że najwięcej siedlisk tego motyla znajduje się w Beskidzie Niskim, przy granicy ze Słowacją – od Przełęczy Dukielskiej do Przełęczy Łupkowskiej. Tam wieją ciepłe wiatry z południa. I istnieją olbrzymie połacie nieuprawianej ziemi ze skąpą roślinnością. Wymarzone warunki dla paziów…

To motyle najbardziej intrygujące zwyczajami. Potrafią się odszukać, a każde ich pojawienie się w określonym miejscu ma sens. Wszystkie pazie – alexanor, korsykański, królowej, żeglarz – inaczej niż np. wspomniane niepylaki, nie trzymają się siedliska, ale pokonują spore odległości. Zwyczajem wszystkich tych gatunków jest hilltoping – wzlatywanie na najwyższy punkt w okolicy. Na szczycie gromadzą się jednak wyłącznie samce, które żeglują wielkimi skrzydłami, pokazując umiejętności i konkurując o względy partnerek. Te lecą w tym samym kierunku, ale na szczyt wzgórza nie docierają. To samce muszą je dojrzeć i do nich zlecieć. Po połączeniu on wraca spełniony na szczyt wzgórza, a latając jak opętany, staje się nieostrożny. Z reguły szybko wpada w dzioby ptaków owadożerców.

 

Jego życie nie jest już potrzebne?

Tak, on przecież nie żyje dla siebie, a zrobił już wszystko, by przedłużyć gatunek. Samica jest z kolei rozważna, bo ma do odegrania wielką rolę – złożyć w najbardziej po temu właściwych miejscach odpowiednią liczbę jaj, co zajmuje jej od kilku do kilkunastu dni, kiedy przemierza obszar nawet 15–20 km. Znajdując te jaja, zdarzało mi się dziwić: gdzie ona je złożyła? Nie dość, że na jakimś rachitycznym krzaku, to jeszcze na skarpie, przy drodze. Ale po chwili namysłu przychodziło olśnienie: przecież to jest znakomite miejsce! Bo ptaki raczej nie będą przesiadywać blisko drogi i gąsienice, które kilka tygodni później wyjdą z jaj, będą miały szansę przeżyć w formie poczwarki do następnego sezonu.

 

A skąd motyl wie, że ruchliwa droga odstrasza ptaki?

Dzięki nabytym doświadczeniom. To one pozwoliły gatunkowi dostosować się do zmieniającego się środowiska. Pazie poradziły sobie nawet z zagrożeniami cywilizacyjnymi, potrafią więc żyć w miastach czy na przedmieściach. Kierując się zapachem, wybierają tarniny i głogi w nasłonecznionych miejscach. Często w pobliżu kryjówek żmii zygzakowatej, która poluje na myszy polne, norniki i inne gryzonie odżywiające się poczwarkami motyli (zimują w ziemi, w odległości mniej więcej metra od krzaka, na którym samica pazia złożyła jaja). Miejsca są odsłonięte, więc teren jest z reguły patrolowany z góry przez pustułki i myszołowy, co dodatkowo odstrasza gryzonie. Można powiedzieć: to jest dobrze pomyślane.

 

Gdyby ewolucja była wymyślona… Ale Karol Darwin i jego zasada doboru naturalnego nie wszystko wyjaśniają. Uważał tak nawet Vladimir Nabokov, wybitny pisarz i lepidopterolog. W autobiografii Pamięci, przemów pisze o mimetyzmie niektórych motyli, które upodabniają się do suchych liści tak precyzyjnie, że „[motyl] nie tylko ma wszystkie, pięknie oddane, szczegóły liścia, lecz również dorzucone szczodrze cętki udające dziurki wyżarte przez robaki”. Po co? Skoro, jak zauważa pisarz, to „przekracza możliwości docenienia przez drapieżnika”, czyli nie potrzeba aż tak dokładnej charakteryzacji, żeby ocalić życie.

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świat chce sprawiedliwości, nie zbawienia