Augustyniak stara się spacyfikować (dezaktywować, jak sam by powiedział) wieczność w imię osobliwie pojmowanej nieskończoności. W tym celu podejmuje się reinterpretacji fundamentalnego tekstu zachodniej eschatologii: Platońskiego Fedona, którego chce wstawić na poczesne miejsce w panteonie antyimmortalistów. Pomysł Augustyniaka jest brawurowy, stawia on bowiem pod znakiem zapytania całą wielowiekową tradycję postrzegania tego dialogu jako przedśmiertnej mowy Sokratesa o nieśmiertelności duszy. Teza jest prosta: jednostkowej nieśmiertelności nie ma. Życie ludzkie wyłania się z nieskończonego rezerwuaru życia (którego „potencją” jest dusza) i w nim po śmierci przepada. Nieśmiertelny jest tylko ów rezerwuar, a „ja” tylko o tyle, o ile uśmierci swą odrębną jednostkowość.
Można odnieść wrażenie, że Augustyniakowi w ogóle nie chodzi o Fedona (gdy bowiem Sokrates expressis verbis przeczy rzeczonej tezie, autor natychmiast posądza go o ironię) ani nawet o Platona (w przeciwnym razie sięgnąłby po opis pośmiertnych losów duszy z Timajosa, których nie sposób pogodzić z przedstawioną tu interpretacją). Z rozlicznych wzmianek wynika, że chodzi mu raczej o tradycję metafizyczną, a zwłaszcza o chrześcijaństwo, wobec których żywi nieskrywaną niechęć. Swojej wrogości wobec metafizyki i chrześcijaństwa autor skądinąd nigdzie nie tłumaczy.
Jak zaatakować chrześcijaństwo i metafizykę? Najlepiej uderzyć w jeden z filarów, na których wspiera się cała ich struktura: w nadzieję na życie wieczne. Niniejsza interpretacja Fedona jawi się z tej perspektywy jako próba antymetafizycznej lektury jednego z fundamentalnych tekstów tradycji metafizycznej. Paradoksem jest to, że Augustyniak, który odrzuca autorytet Pisma Świętego, traktuje tekst Platona jako wiążący (jak gdyby zawierał wiedzę objawioną na temat sensu śmierci i losów pośmiertnych duszy), a zarazem interpretuje go zupełnie…